
Suki Waterhouse była jedną z tych artystek, które w 2024 roku wyjątkowo często gościły w moich słuchawkach. To przede wszystkim zasługa “Memoir of a Sparklemuffin” – krążka, który pokazał, jak swobodnie potrafi poruszać się między dream popem, indie rockiem, folkowymi balladami i chwytliwym popem nie tracąc przy tym własnego charakteru. Nic więc dziwnego, iż dwa lata później do “Loveland” podchodziłam już z konkretnymi, dość wysokimi oczekiwaniami. Czy Suki udało się im sprostać? A może zamiast rozwijać to, co działało wcześniej, postawiła na zupełnie inny kierunek? Czas sprawdzić, jak moje oczekiwania przełożyły się na rzeczywistość.
Radosny, dęciakowy wstęp charakteryzuje piosenkę “Back in Love”, która w dobrym stylu otwiera trzeci projekt Brytyjki proponując nam gitarowy indie pop o kołyszącym refrenie. Z rozmachem wykonane jest i kolejne nagranie – “Any Man”. Żywiołową fantazją na temat rock & rolla jest “Jukebox”, podczas gdy w głośnym “Tiny Raisin” Suki zdaje się prezentować swoje oblicze garażowego rocka. Grzmiący alt rock wypełnia “Puppy Dog Eyes”, gdy następujące po nim soft rockowe “Morals” przenosi nas w czasie do lat 70. – i to nie przypadek, gdyż za perkusją usiadł tu sam Mick Fleetwood z legendarnego zespołu Fleetwood Mac.
Miękkie syntezatory budują rozmarzone “Happy With It” i aż szkoda, że najsłabszym ogniwem tego kawałka jest sama Waterhouse, której wokale brzmią nieco sztucznie. W nowoczesne, muśnięte elektroniką rytmy uderzają i “Teardrops” oraz lekkie “Seasons”. Urokliwie prezentuje się filmowy, melancholijny pop spod szyldu “Notting Hill”. Moimi faworytami są jednak wzbogacane fajną linią basu, zahaczające o rhythm’and’bluesowe klimaty “When I Get Drunk (I Want You Boy)”, oraz orkiestrowa, dream popowo-doo wopowa ballada “Weirdo”. Obie kompozycje prezentują nam dwa zupełnie różne oblicza artystki.
“Loveland” raczej nie będzie albumem, który wprowadzi Suki Waterhouse do grona największych gwiazd współczesnego popu. I być może wcale nie o to chodzi. Od początku swojej muzycznej kariery wydaje się być bowiem artystką, która lepiej odnajduje się nie w samym centrum uwagi, lecz nieco z boku. Jej najnowsza płyta tego stanu rzeczy raczej nie zmieni. Mam jednak wrażenie, że największą siłą “Memoir of a Sparklemuffin” była różnorodność. To właśnie ona sprawiała, że do tamtego albumu chciało się wracać. Na “Loveland” tego elementu najbardziej mi brakuje. Album zachowuje charakterystyczny dla Waterhouse klimat dopracowanego indie-alt-popu, lecz jednocześnie jest bardziej stonowany i bezpieczny. To nadal dobra płyta i kolejny dowód na to, iż Suki ma własny muzyczny świat. Po albumie z 2024 roku, który tak wysoko zawiesił poprzeczkę, liczyłam na odrobinę więcej odwagi i nieprzewidywalności.
Warto: Weirdo & When I Get Drunk (I Want You Boy)
______________