#831 Kelela “Take Me Apart” (2017)

Wydawać by się mogło, iż w dzisiejszych czasach wiek rozpoczynania kariery (czy to aktorskiej, czy muzycznej, bo o sportowej nawet nie ma co mówić) jest niski. Może nawet za niski, biorąc pod uwagę, że nie każde cudowne dziecko show biznesu jest w stanie poradzić sobie z narastającą presją. Zaskakują więc przypadki takie, jak Kelela. Amerykańska wokalistka przebiła Leonarda Cohena i debiutancki album wydała w wieku trzydziestu czterech lat.

Prace nad “Take Me Apart” trwały przeszło cztery lata. W międzyczasie, by nieco narobić w okół siebie szumu, Kelela wydała mixtape “Cut 4 Me” i epkę “Hallucinogen”, która już w 2015 roku podpowiedziała mi, że warto artystkę obserwować. Jej debiutancki longplay jest jak pamiętnik, któremu muzyczny kształt nadali m.in. współpracownik Björk – Arca, producent m.in. Sky Ferreiry i HAIM – Ariel Rechtshaid, dawny przyjaciel Keleli – Jam City czy nawet Romy Croft z zespołu The xx. Artystka nie ukrywa, że o uczuciach pisze się jej najlepiej. “Take Me Apart” traktować więc można jako historię o kobiecie, która nie potrafi żyć bez miłości, i która nie chce długo rozpaczać po zakończonej relacji, bo na horyzoncie pojawił się ktoś interesujący.

Pierwsza kompozycja (“Frontline”) powoli wprowadza nas do elektroniczno-rhythm’and’bluesowego świata Keleli, będąc nagraniem o przyjemnie bounce’ującym refrenie. Nieco słabiej, choć weselej przedstawia się muśnięte słońcem “Waitin”, które sprawia wrażenie utworu, za które odpowiedzialna mogłaby być Janet Jackson, gdyby tylko bardziej otworzyła się na nowoczesne brzmienia. To nie jedyny ukłon wokalistki w stronę legend r&b. W “Truth or Dare” słychać Aaliyah, a wokalne harmonie “Turn to Dust” przypominają o Destiny’s Child. Sama kompozycja jest jednak zbyt eksperymentalna jak na amerykański girlsband. Kelela odsuwa od siebie r&b, robiąc miejsce chłodnej elektronice i metalicznym smyczkom, otrzymując najlepszy numer na swoim debiucie. Inne highlighty? Przede wszystkim “Enough”, które zachwyca swoją futurystyczną aranżacją i intrygująco nakładającymi się na siebie wokalami artystki. Warto sięgnąć także po zerkające w stronę klubowych klimatów “LMK”, nietuzinkowe “Onanon”, króciutkie (ledwo minutowe), zmysłowe “Bluff” czy (nie)klasyczną, słodką balladę “Better”. Złych kompozycji na “Take Me Apart” nie ma, choć parę z nich (m.in. “Altadena” czy nagranie tytułowe) zaczyna w połowie lekko nużyć.

Z “Take Me Apart” miałam wiele kłopotów. Niby Kelela proponuje mi brzmienie, które lubię, stając się kolejną ważną przedstawicielką “alternatywnego r&b”, ale z drugiej strony brakuje tu większych zaskoczeń, czegoś, co na dłużej by mnie przy sobie zostawiło. Technicznie ta płyta jest aż za ładna. Tyle że “ładna” mało kiedy przecina się z przymiotnikiem “ciekawa”. Najbardziej na “Take Me Apart” błyszczy sama Kelela, która otwiera się przed słuchaczami i wzbogaca swoje kompozycje całą gamą emocji. Robi to w sposób bardzo łagodny (nie dramatyzuje, ale i nie udaje kogoś pozbawionego serca) oraz wzbogacony kobiecym, choć dojrzałym wdziękiem. Jej pierwsza płyta jest albumem dobrym, choć nie dla wszystkich. Fani nowoczesnego r&b powinni być jednak usatysfakcjonowani. Reszta może chwilami ziewać.

Warto: Turn to Dust & Enough

4 odpowiedzi do “#831 Kelela “Take Me Apart” (2017)”

  1. “Turn To Dust” bardzo ładne i zupełnie nieoczywiste. Utwór tytułowy też spoko. To na plus, bo mimo tego, że lubię r&b, to jednak zbyt wiele piosenek wydało mi się trochę… mało odważnych, zbyt typowych.

  2. Nie gustuję w r&b, więc ciężko mi się wypowiadać. Przesłuchałam płytę i pewnie szybko o niej zapomnę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *