RECENZJA: Yebba “Dawn” (2021) (#1248)

Amerykańska wokalistka Abigail Elizabeth Smith nie miała na koncie debiutanckiej płyty, gdy wystąpiła u boku Chance The Rapper oraz śpiewała u Eda Sheerana, Marka Ronsona i A Tribe Called Quest. Na półce już dwa lata temu postawiła swą pierwszą nagrodę Grammy (za duet “How Deep Is Your Love” nagrany z PJ Mortonem), a ostatnio jedną z piosenek na swoim nowym albumie poświęcił jej sam Drake. Ona jednak, jak podejrzewam, te wszystkie sukcesy wolałaby zamienić na udane życie osobiste.

Gdy Yebba – taki pseudonim sceniczny przyjęła Abigail – dopiero nieśmiało pukała do drzwi show biznesu, spotkała ją niewyobrażalna tragedia. Jej mama popełniła samobójstwo. Po czymś takim nie da się łatwo przejść do normalności, więc nie dziwi fakt, że wokalistka zaczęła pisać piosenki, by poradzić sobie ze swoim bólem. Złożyły się one na jej debiutanckie wydawnictwo “Dawn”. Tym samym Yebba dołączyła do takich artystów jak Nick Cave (“Skeleton Tree”) czy Mount Eerie (“A Crow Looked at Me”), którzy oswajali żałobę za pomocą dźwięków.

How many years will it take for these tears to dry? pyta wokalistka w otwierającym album nagraniu “How Many Years”. Nu jazzowa, słodko zaśpiewana kompozycja ujęła mnie od pierwszego odsłuchu bijącym od niej spokojem i elegancją. W kolejnym numerze, “Stand”, Yebba zabiera nas na wycieczkę śladami gospel, muzyki akustycznej i najtisowego r&b, by w surowszym, agresywniejszym “Boomerang” postawić na plemienno-retro popowe klimaty, którymi niegdyś mogłaby być zainteresowana i Amy Winehouse. Takich żywszych momentów jeszcze trochę na płycie uchwycimy. Świetnie chociażby wypadają hip hopowo-rhythm’and’bluesowe, ciemne “Far Away” z A$AP Rockym oraz pełne mocy, delikatnie elektroniczne (palce w produkcji maczał Kaytranada) “Love Came Down”. W połowie zawieszone są kawałki baduizmowe “Louie Bag” oraz flirtujące z soulem lat 70., pościelowe “Distance”. Intryguje krótkie “One More Smile”, które sprawia wrażenie nu jazzowej improwizacji w deszczowy dzień.

Ważnymi nagraniami w kontekście historii Yebby są “October Sky” i “Paranoia Purple”. Pierwsza z kompozycji jest folkową symfonią, w której Amerykanka wprost przyznaje I’m missin’ my mama, so I stand on the street and get high. Jeszcze bardziej rozwala zamykające album gitarowe, natchnione, choć smutne “Paranoia Purple”, w którego końcówce wokalistka wykorzystała nagranie, które na poczcie głosowej zostawiła jej mama.

Dotychczas postać Yebby migała mi przy okazji różnych kolaboracji. I, co ciekawe, za każdym razem to właśnie piosenki z jej udziałem były tymi, które podbijały wartość wydawnictw, na których się znalazły. Nad stworzeniem debiutanckiego albumu “Dawn” artystka siedziała długo, a w tej niełatwej podróży towarzyszył jej sam Mark Ronson. Zrodzony z bólu, ale i ogromnych pokładów cierpliwości krążek jest jedną z najlepszych debiutanckich płyt mijającego roku. Ciężko przejść obojętnie nie tylko obok aranżacji (kto obawia się, że Yebba ma być nową gwiazdką pop, ten może spać spokojnie), ale przede wszystkim pięknych, soulowych wokali i kruszących serca tekstów.

Warto: How Many Years & Louie Bag & Paranoia Purple

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *