TOP75: najlepsze albumy 2017 roku (25-1)



25. LORDE MELODRAMA

Moje oczekiwania względem drugiego studyjnego wydawnictwa Lorde były niesamowicie małe. Spora w tym zasługa zaprezentowanych przed premierą singli „Perfect Places” i „Green Light”. Miło się jednak rozczarowałam. Te dwie kompozycje nie są w stanie popsuć mojego dobrego zdania o płycie Nowozelandki, skoro pozostałe numery prezentują bardzo wysoki poziom. W przypadku „Pure Heroine” można nieco narzekać na monotonność. „Melodrama”, choć spójna, zaskakuje mnogością muzycznych rozwiązań. Dobrze wypadają także wyśpiewywane przez Lorde teksty, będące wyrazem jej młodzieńczych doświadczeń i rozterek. Artystka odrobiła lekcje, stając się wzorową uczennicą.

(#11 w 2013 r.)


24. SZA CTRL

Na stworzenie debiutanckiej płyty masz mnóstwo czasu. SZA siedziała nad swoją trzy lata, nawiązując nie tylko ciekawe kontakty w branży muzycznej, ale przede wszystkim wielu rzeczy doświadczając w swoim prywatnym życiu. „Ctrl” nazwać można jej osobistym pamiętnikiem, w którym najwięcej miejsca poświęciła na opisywanie swych miłosnych doświadczeń, rozterek, zawodów. Nie do końca mimo to jest aż tak rozczarowana płcią przeciwną, skoro do współpracy zaprosiła wielu facetów. Przy ich pomocy stworzyła jednak bardzo kobiecą płytę. I niezwykle udaną. Warto dać jej szansę i nie oceniać po jednym podejściu. Nie wiadomo, czym „Ctrl” będzie za dziesięć lat, ale w 2017 roku ładnie błyszczała.


23. TRICKY UNUNIFORM

Ciężko wyrzucić jest z pamięci katastrofalny koncert Tricky’ego w Poznaniu, który w zamierzeniu promować miał krążek “Ununiform”. Słaba forma artysty zniechęcać mogła do sięgnięcia po to wydawnictwo, lecz nie ma się czego bać. Na albumie Tricky jest w nieporównywalnie lepszej formie, zestawiając swoje mruczące wokale z (głównie) kobiecymi głosami. Sporo dzieje się także w warstwie muzycznej, choć Brytyjczyk nie stara się zbytnio żonglować tempem numerów czy wpychać do jednego utworu zbyt wielu pomysłów. “Ununiform”, może zabrzmi to dziwnie, składa się głównie z atmosfery – bardzo gęstej, momentami wręcz dusznej i odurzającej.

22. WANGEL REASON

Wygląda jak nasz Taco Hemingway, ale jego twórczość ląduje na przeciwnej muzycznej półkuli. Duńczyk Peter Wangel zaprosił do współpracy muzyka Kaspera Ejlerskova Leonhardta i przy jego pomocy nagrał drugi studyjny album – „Reason”. Przede wszystkim urzekł mnie głos głównego bohatera: niski, głęboki, balansujący na granicy śpiewu i melorecytacji. Artysta wykłada nim utwory o różnych odcieniach miłości, dobierając do swych historii melodie będące połączeniem elektroniki i indie popu. Jak trafnie zauważył dziennikarz jednego z niemieckich magazynów muzycznych: „Reason” to takie nowe „22, A Million” Bona Ivera, lecz skromniejsze i obdarte z efekciarstwa.


21. LCD SOUNDSYSTEM AMERICAN DREAM

Sporo w ostatnim czasie powstało albumów, na których artyści przyglądają się z uwagą współczesnemu społeczeństwu i jego problemom. Od podobnych tematów nie ucieka grupa LCD Soundsystem, która powróciła z nowym krążkiem po sześciu latach od ogłoszenia zakończenia swojej działalności. Tego upływającego czasu kompletnie się na “American Dream” nie zauważa. Twórczość kapeli (będąca mieszanką m.in. tanecznego rocka, smakowitej elektroniki, synth popu) wciąż brzmi zaskakująco świeżo. Nie odbiega od starszych kompozycji, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, iż dowodzona przez Jamesa Murphy’ego formacja zasługuje na miano muzycznych wizjonerów.


20. ALT-J RELAXER

Brytyjskie trio Alt-J jest zespołem, który może nudzić. Takie uczucie zawsze mi towarzyszyło, gdy po raz pierwszy słuchałam każdej z ich studyjnych płyt. Także „Relaxer” na początku zupełnie mnie nie porwało. To jednak album, który trzeba odkrywać bez pośpiechu. Nagle okazuje się, że ten minimalizm i skromność są tylko pozorne. Gdzieś tu pojawi się kobiecy głos, gdzieś przemknie chórek, a gdzieniegdzie usłyszymy subtelne trąbki czy sekcję smyczkową. Nad całością góruje melancholijny nastrój, jeszcze bardziej potęgowany przez smutny, pozbawiony życia głos Joe’a Newmana.

(#35 w 2014 r.)


19. CIGARETTES AFTER SEX CIGARETTES AFTER SEX

Debiutancka płyta dowodzonego przez Gregory’ego Gonzaleza zespołu jest najbardziej spójnym albumem, jaki wpadł w moje ręce w ostatnich miesiącach. Równym, utrzymanym w tej samej minimalistycznej stylistyce, z piosenkami pozbawionymi mocniejszych, ostrzejszych punktów, które mogłyby zburzyć wypracowany przez formację spokój i ład. ”Cigarettes After Sex” nie jest albumem, który mogłabym polecić każdemu. Osoby hałaśliwe, lubiące, jak wiele wokół nich się dzieje, czy zwyczajnie preferujące żywsze melodie przy utworach Amerykanów zapaść mogą w głęboki sen. Pozostali nie powinni długo się wahać. Najbardziej klimatyczna płyta 2017 roku.


18. AUSTRA FUTURE POLITICS

Mało jest takich płyt, które od pierwszego spotkania zjednują sobie moją sympatię i sprawiają, że nie chcę w najbliższych dniach słuchać niczego innego. „Future Politics” jak najbardziej do tej grupki należy, będąc nie tyle moim ulubionym dziełem firmowanym nazwą Austra, ale i jednym z tegorocznych albumów, który na pewno zostanie ze mną na dłużej. To po prostu porcja dobrej, domowej roboty elektronicznej muzyki. Nieprzekombinowanej, ale i nie prostackiej. Tu jakimś cudem wszystko gra – nieobrobiony, przeszywający głos Katie (przypominający Florence Welch) wyśpiewujący zaangażowane, niewesołe teksty do lekko tanecznych melodii.


17. SEVDALIZA ISON

Ciężko jest trzymać rękę na pulsie i być na bieżąco ze wszystkimi muzycznymi nowościami. Mój last.fm podpowiedział mi jednak, że na początku 2016 roku miałam krótkie spotkanie z twórczością irańskiej (lecz wychowanej w Holandii) wokalistki Sevdalizy. Po “ISON”, jej debiut, sięgnęłam dopiero po ogłoszeniu, iż artystka będzie jedną z gwiazd Open’era. Już wiem, że nie zabraknie mnie na jej występie. Muzyka Sevdy za bardzo intryguje. Wyczuwa się w niej echa twórczości m.in. Portishead, (trip hop!), ale też zmysłowego, pościelowego r&b, które w wielu utworach na “The Velvet Rope” tak świetnie ujęła Janet. Idealny album do słuchania w samotne noce.


16. THUNDERCAT DRUNK

Tytuł albumu amerykańskiego muzyka i wokalisty Thundercata jest dość zmyłkowy. “Drunk” w żadnym wypadku nie brzmi jak płyta osoby, która nie wylewałaby za kołnierz. To granie (ułożone z klocków z napisami m.in. “jazz fusion”, “funk”, “r&b”, “elektronika”), w którym nie ma miejsca na szalone, zakończone niepowodzeniem eksperymenty czy wokalne potknięcia (choć, trzeba uczciwie przyznać, wokalistą wybitnym Thundercat nie jest). Mimo sięgnięcia po wiele gatunków “Drunk” jest krążkiem spójnym i równym. Co chwilami może męczyć, gdyż składa się z dwudziestu trzech nagrań. Na szczęście artysta nie przesadzał z ich długością, przez co cała płyta wchodzi jak… woda. Nie, nie umknęła mi kreseczka nad “o”.

15. WARHAUS WARHAUS  

Maarten Devoldere, najbardziej introwertyczny członek belgijskiej indie rockowej formacji Balthazar, był jednym z tych artystów, po których w minionym roku sięgałam najchętniej i najczęściej. Jego solowy projekt Warhaus zainteresował mnie na początku zeszłego roku. Z wielką radością przyjęłam wieść, iż na 2017 zaplanował premierę drugiego albumu. A ten jest tak samo wspaniały co “We Fucked a Flame Into Being”. Podobnie leniwy, tak samo przyciągający, tworzący nie mniej intymną, kameralną atmosferę.


14. THE NATIONAL SLEEP WELL BEAST

The National nadal robią to, co umieją najlepiej – nagrywają poukładane, pozbawione szaleństwa kompozycje. I chociaż nie w głowie im wielkie, ryzykowne eksperymenty (elektronika zastosowana na „Sleep Well Beast” nie dominuje, lecz jedynie delikatnie muska poszczególne utwory) każdą kolejną płytą potrafią mnie zainteresować. I poruszyć. Oj tak, emocje kreślone przez zespół z łatwością mi się udzielają. Siódmym studyjnym wydawnictwem The National nie wyzbywają się łatki najsmutniejszego bandu świata. Tu wciąż królują niewesołe opowieści o miłości i otaczającym nas świecie. Idealna płyta na szarą jesień. Czy najlepsza w dyskografii Amerykanów? Na to pytanie najlepiej sobie odpowiedzieć za kilkanaście lat. Ta muzyka jest jak wino, które z takim upodobaniem na każdym koncercie pije Matt Berninger.

(#10 w 2013 r.)


13. SAMPHA PROCESS

„Process” to proces – systematyczne, niespieszne wyciąganie wniosków z doznanych doświadczeń, obserwowanie targających artystą emocji, poznawanie jego życia za pomocą nie konta na Instagramie, lecz piosenek, nad którymi od początku do końca króluje melancholijny nastrój, osiągnięty dzięki osobliwej barwie głosu ich autora. Sampha mógłby śpiewać najradośniejsze, najbardziej słoneczne utwory świata, a i tak podczas ich słuchania zrobi się ciemniej, zaczną opadać liście i ani się obejrzymy, będziemy mieć jesień. Taki już jego urok, który ja kupuję w niemalże stu procentach. Na taki debiut warto było czekać tyle lat.

12. FEIST PLEASURE

Może i nową (pierwszą od 2011 roku) kanadyjska wokalistka Feist nie powtórzyła komercyjnego sukcesu “The Reminder” (ani nie wylansowała hitu pokroju “1234”), ale nie znaczy to, że nie warto poświęcić jej tych pięćdziesięciu minut. Przewrotny jest sam tytuł powrotnego dzieła artystki – “Pleasure”. Ciężko bowiem powiedzieć, by o przyjemnościach mówiło się w kontekście samotności, odrzucenia i wywieranej presji. A m.in. właśnie takie tematy w swoich łączących indie rock ze szlachetnym popem i folkiem utworach podejmuje Kanadyjka. Robi to w sposób bardzo kobiecy, choć chętnie pokazuje pazurki i mocniej szarpie gitarowe struny.


11. FINK FINK’S SUNDAY NIGHT BLUES CLUB

Na najnowszym krążku artysta proponuje nam muzykę z pozycji faceta, który na swojej robocie zna się świetnie, odważnie stawia kroki w bluesowej krainie i głębiej w ten gatunek nurkuje. W żadnym jednak wypadku nie kopiuje swych idoli. Fink to Fink. Wciąż tak samo wrażliwy, wciąż czarujący niskim, przenikliwym głosem. Bardziej jednak niż kiedyś kierujący swe piosenki na surowe, szorstkie drogi. „Fink’s Sunday Night Blues Club” może znudzić, ale osoby nieoczekujące chwytliwych refrenów, ceniące żywe brzmienie i marzące o taniej podróży wgłąb Stanów Zjednoczonych, nie powinny być rozczarowane. Idealna propozycja na leniwą niedzielę.

(#1 w 2014 r.; #55 w 2015 r.)

10. MOUNT EERIE A CROW LOOKED at me

Szczerze przyznam, że pierwsze spotkanie z nowym albumem ukrywającego się pod pseudonimem Mount Eerie wokalisty i muzyka Phila Elveruma nie zapowiadało tego, że krążek ten tak wysoko zawędruje w moim zestawieniu. Wystarczyło jednak w “A Crow Looked at Me” wsłuchać się uważniej, by stwierdzić, że smutniejsza płyta od tej dawno się nie ukazała. Artysta poświęcił wydawnictwo swej zmarłej żonie, zamykając w skromnych, akustycznych piosenkach swój smutek i żal. Bez taniego sentymentalizmu i rzewności. Trzeba nie mieć serca, by choć przy jednej z kompozycji nie uronić łzy.


9. SNOH ALLEGRA FEELS

Wśród swoich muzycznych idoli Snoh Aalegra, wokalistka o szwedzko-perskich korzeniach, wymienia m.in. Lauryn Hill, Prince’a, Whitney Houston i Ninę Simone. Swoją własną twórczość określa zaś mianem filmowego soulu. Do tego gatunku dodaje jeszcze r&b i hip hop (to za sprawą takich gości jak Logic czy Vince Staples) i faktycznie otrzymuje mieszankę bardzo klimatyczną, wielobarwną (choć są to dość przydymione odcienie) i bardzo mi się kojarzącą z moimi ukochanymi latami 90. A słysząc takie kompozycje jak “Time” czy “Nothing Burns Like the Cold” aż naprawdę chce się sprawdzić, czy “FEELS” nie przeleżało w czyjejś szufladzie jakieś dwadzieścia pięć lat.


8. VINCE STAPLES BIG FISH THEORY

Kiedy już wydawało mi się, że amerykański hip hop kręci się w okół własnej osi i ciągle bazuje na tych samych samplach, bitach, kolaboracjach czy ogólnie pomysłach, w uszy wpadł mi album Vince Staplesa “Big Fish Theory”. Tu hip hop i nawijki artysty robią tylko za bazę. Pomieszane zostały bowiem ze sporą ilością różnorodnej elektroniki, udowadniając nam niejako, iż gatunek ten ma wiele twarzy. Od najlżejszych tanecznych, klubowych klimatów po grime, techno, drum’n’bass, syntezatorowe klimaty i house. Mieszanka wybuchowa i bardzo wciągająca. “Big Fish Theory” szybko stało się jedną z moich ulubionych imprezowych płyt ostatnich lat. A wisienką na torcie są gościnne dziewczęce wokale Kilo Kish.


7. ALGIERS THE UNDERSIDE OF POWER

„The Underside of Power”. Album wstrząsa od pierwszych sekund i proponuje nam brzmienie, które jest w stanie oddziałać na każdą komórkę naszego ciała. Te piosenki po prostu angażują i przyciągają uwagę, więc robienie jakiejkolwiek innej rzeczy podczas ich słuchania staje się bezproduktywne. Zaskakują melodie, które są mozaiką brudnego rock & rolla, niesmętnego bluesa, post punku, podszytego psychodelią soulu, gotyckich klimatów Amerykańskiego Południa a nawet gospel czy industrialu. Ich dopełnieniem są mroczne, często zaangażowane politycznie teksty oraz wykonania Fishera, które nierzadko są pełne złości i agresji.

6. ST. VINCENT MASSEDUCTION

Dziesięć lat po debiucie ST. Vincent zmieniła się ze skromnej dziewczyny w seksowną, pewną siebie kobietę, która na okładkową fotografię wybiera zdjęcie swoich pośladków w żarówiastych rajstopach. I taka też jest muzyka zawarta na „Masseduction”. Kolorowa, czasem pstrokata, nieszablonowa, śmiała. Intensywna. I bardzo różnorodna. Do tego stopnia, że te wycieczki w głąb takich gatunków jak glam rock, elektronika, new wave, techno czy psychodeliczny rock zaowocowały materiałem, o którym powiedzieć można: futurystyczny pop. „Masseduction” mieni się za to całą feerią intensywnych barw. Czasem posypanych brokatem, czasem lekko przydymionych. Ale za każdym razem tak samo intrygujących i zachęcających do ciągłego wpatrywania się w nie. Podoba mi się, że na „Masseduction” Annie nie udaje, że nie interesuje jej muzyka pop. Ona ten gatunek ujęła na swój własny, przebojowo-ambitny sposób.

(#29 w 2014 r.)


5. BENJAMIN CLEMENTINE I TELL A FLY

Napisałem ten album jako sztukę teatralną. To opowieść o dwóch muchach, które razem wyruszyły na odkrywanie świata. Wkrótce jedna opuszcza drugą. Ja wcielam się w rolę narratora – tak genezę tytułu „I Tell a Fly” wyjaśnia Clementine, dodając, że motywem przewodnim premierowych nagrań uczynił bycie osobą obcą, wyalienowaną. Skądinąd śpiewa o sobie, bo sam przez długi czas szukał swojego miejsca w świecie. Ubiera to jednak w takie słowa, byśmy odnieśli wrażenie, iż jego druga płyta jest dziełem mniej egocentrycznym niż „At Least for Now”. A muzycznie? Ponownie ciężko włożyć brzmienie Benjamine’a do jednej szuflady. To, co Brytyjczyk nam proponuje, nadal oscyluje w awangardowych klimatach spotykających jazz, soul, alternatywny pop rock, piosenkę aktorską czy nawet klasykę. „I Tell a Fly” godnie zastąpiło „At Least for Now”.

(#1 w 2015 r.)


4. FINK RESURGAM

Zamiast drugiej części bluesowej przygody – płyta nagrana z jednym z najpopularniejszych producentów. Flood (współpracujący wcześniej m.in. z PJ Harvey, Nick Cave and the Bad Seeds, Depeche Mode) wniósł do muzyki Finka nową jakość, z szacunkiem jednak podchodząc do tego nieskomplikowanego grania. Na „Resurgam” artysta odszedł nieco od bluesa w stronę rockowych i elektronicznych podkładów, na których jego zjawiskowy głos sprawia wrażenie jeszcze głębszego i bardziej przejmującego. Jest surowiej i mroczniej niż kiedykolwiek. Najnowsza płyta Finka jest kolejną perełką w jego dyskografii i potwierdzeniem tego, że ten facet po prostu nie wie, jak nagrywa się złe piosenki.

(#1 w 2014 r.; #55 w 2015 r.)


3. HARRY STYLES HARRY STYLES

„Harry Styles” nie jest albumem przełomowym czy oryginalnym. Na tworzenie czegoś nowego Brytyjczyk nawet się nie silił, skupiając się na podpatrywaniu swoich muzycznych idoli i gromadzeniu piosenek, które po prostu dobrze dziś wybrzmią. I to mu się udało. Wielkim atutem krążka jest jego spójność. Artysta wraz ze swoją ekipą zadbali, byśmy otrzymali kompozycje nieprzesadzone i tworzące całą płytę, a nie tylko jakąś składankę. Podoba mi się także ten minimalizm i podchodzenie do aranżacji z głową. „Harry Styles” naprawdę może się podobać. Brawo.


2. CAMERON AVERY RIPE DREAMS, PIPE DREAMS

Przerwa w działalności zespołu jest dobrą okazją, by jego członkowie spróbowali czegoś nowego. Urlop od Tame Impala wziął Cameron Avery. Po solowym debiucie muzyk nie daje po sobie poznać, że doświadczenie zdobywał w grupie specjalizującej się w psychodelicznym rocku czy elektronice. Swoje kompozycje Avery ubiera głównie w orkiestrowe szaty, momentami tylko ujawniając zainteresowanie mocniejszym graniem. „Ripe Dreams, Pipe Dreams” luźno podchodzi do tematu „lata 50.”, a sam artysta czasem udaje eleganckiego Sinatrę, czasem niechlujnego Bublé’a, a chwilami romantycznie zawodzi niczym Father John Misty. Cameron to facet z klasą, posiadający swoją mroczną naturę. Jego pierwszy (oby nie ostatni!) solowy krążek jest płytą… ładną. Nieprzesadnie emocjonalną, niezbyt rewolucyjną, ale za to urokliwą i czarującą aranżacjami.


1. KING KRULE THE OOZ

Kiedy rok temu o tej porze pracowałam nad artykułem o płytach, których szczególnie w 2017 roku będę wypatrywać, nie miałam pojęcia, że ktoś taki jak King Krule istnieje i tworzy. A tymczasem wystarczyło przypadkowe odsłuchanie singla “Czech One” bym już wiedziała, że datę premiery albumu “The Ooz” warto zaznaczyć sobie w kalendarzu. Długo zastanawiałam się, jakim przymiotnikiem najlepiej określić dzieło dwudziestotrzyletniego (!) Brytyjczyka. Wybór, z którego i tak nie jestem do końca zadowolona, padł na słowo wyrafinowany. Kompozycje King Krule są przykładem grania bardzo wyszukanego, wymyślnego. Największa w tym zasługa odwagi w mieszaniu muzycznych stylistyk. Trochę tu trip hopu, sporo zadymionego jazzu, psychodelii i rockowych klimatów. Od “The Ooz” naprawdę ciężko się oderwać. Każda piosenka to nowa niespodzianka wysokich artystycznych lotów. Już wokaliście współczuję, gdy będzie zbierał materiał na kolejny krążek.

10 odpowiedzi do “TOP75: najlepsze albumy 2017 roku (25-1)”

  1. King Krule rusza mnie średnio, natomiast, mimo że czekałem od dłuższego czasu, to w ogóle przegapiłem premierę Snoh Aalegry. I to, pomimo tego, że pisałem o niej w samych superlatywach, data premiery debiutu w ogóle mnie ominęła. Debut roku? Czemu nie 🙂

  2. O, takiego pierwszego miejsca się nie spodziewałam 😉 Podejrzewałam natomiast, że Fink, Harry, St. Vincent i Benjamin będą wysoko. Cieszy The National, a do Cigarettes After Sex jestem dość sceptycznie nastawiona. Ale to pewnie przez to, że lubię hałas, tak jak napisałaś 😉

  3. Czytanie Twoich topów jest bardziej ekscytujące od tych wszystkich zestawień Billboardu czy Rolling Stone. 😀
    Niestety nie podzielam Twojego entuzjazmu co do Camerona Avery i Cigarettes After Sex, ale myślę, że to kwestia gustu.
    Pozdrawiam. 🙂

    1. “Czytanie Twoich topów jest bardziej ekscytujące od tych wszystkich zestawień Billboardu czy Rolling Stone” nie pamiętam, kiedy dostałam fajniejszy komplement 😀

  4. Dzięki Twojemu blogowi przesłuchałam kilka płyt, o których wspominasz, inaczej nawet nie słyszałabym pewnie o tych artystach. Cieszę się, że odkryłam St Vincent, a King Krule zaraz przesłucham

  5. Melodrama mi się kompletnie nie podoba. I jakoś nie mam zamiaru za nią jeszcze raz się zabrać. Wolę zdecydowanie Pure Heroine. SZA wypadła z tym albumem całkiem całkiem. MASSEDUCTION też bardzo fajne. Domyslalam się, że u cb album Harry’ego bdz na wysokim miejscu. I zreczywiście zasłużył, bo to naprawdę extra płyta. sama nie wierzę, ale znalazła się w mojej kolekcji xD

    Pozdrawiam.

  6. Uff w końcu przeczytałam Twój spis najlelpszych albumów. Jeśli chodzi o muzykę, to jestem strasznie “do tyłu”, nie wiele nowości przesłuchałam. Z płyt z 2017 roku zdecydowanie polubiłam album Eda Sheerana, Keshy (tu się z Tobą zgodzę, ogólnie ta płyta “kupiła mnie” za szczerość w utworach, a ja tekstowo ogólnie lubię takie klimaty), Pink i Davida Garretta, którego Ci polecam, przede wszystkim jeśli będziesz mieć ochotę na coś instrumentalnego 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *