RECENZJA: Willow “Empathogen” (2024) (#1483)

W przyszłym roku minie dekada, odkąd Willow Smith zadebiutowała z albumem “ARDIPITHECUS”. Typowana na następczynię samej Rihanny wokalistka szybko jednak stwierdziła, że nowoczesny, potraktowany elektroniką rhythm’and’blues nie jest dla niej. W kolejnych latach poskakała po chamber popie, folku czy psychodelicznym popie. Jej ostatnie dwie płyty pokazały zaś, że Willow ma ochotę (dosłownie) narobić hałasu.

Z biegiem lat album “Lately I Feel EVERYTHING” nadal uważam za zabawę w emo u boku Avril Lavigne i Travis Barker z Blink-182. Jednak już jego następcę, “<COPINGMECHANISM>, doceniam za wyraźne nawiązania do alt rocka, muzyki grunge czy chłodniejszego pop punku. Co za dużo to jednak nie zdrowo, zdawała się myśleć Willow kompletując materiał na krążek “Empathogen”, który na początku maja trafił w nasze ręce. Jazz-rockowe “No Control” z poprzedniego wydawnictwa okazało się być delikatnym spoilerem tego, co w kolejnych miesiącach naszykuje artystka.

Chociaż “Empathogen” wyraźnie zwalnia i stawia na miększe melodie, nie brakuje tu kilku głośniejszych, gitarowych nagrań. Świetnie słucha się funkującego “False Self”.  Grającego na basie Thundercata aż chciałoby się odnaleźć na liście twórców “Run!” – piosenki, w której Smith odsłania przed nami swojej nerwowe oblicze. Żwawą kompozycją jest i “Between I and She”, podczas gdy zamykające album “b i g f e e l i n g s” o zmiennej aranżacji i elektronicznym twiście to jazz rock godny Fiony Apple.

Z płyty na płytę lubię obserwować, kogo tym razem do współpracy udało się namówić młodej Amerykance. Na “Empathogen” zdecydowanie intryguje St. Vincent, która dołączyła do utworu “Pain For Fun”. Plumkający, klimatyczny duet przywołujący lata 70. przypomina mi kompozycje wchodzące w skład “Daddy’s Home”. Obie wokalistki tak pięknie się dopełniają podczas tej muzycznej podróży, że nie sposób przejść obok ich piosenki obojętnie. Bez wokalnego udziału, lecz swą grą na pianinie błysnął Jon Batiste w krótkim, jazzującym “Home”. Równie miniaturowych kompozycji doświadczymy tu jeszcze kilku. Mamy chociażby nawiązujące do folku, harmonijne “Ancient Girl”; eleganckie, neo soulowe “Down”, którym zainteresowana mogłaby być Alicia Keys; jazzujące “I Know That Face”. Komu mało dłuższych utworów, ten zerknąć powinien na wiosenne, pełne perkusyjnych zagrywek “The Fear Is Not Real” czy w końcu wpadające w ucho “Symptom of Life” o lekko mechanicznym refrenie.

Willow Smith ma to do siebie, że od samego początku (no, może gdy udamy, że “Whip My Hair” się nie wydarzyło) jest gwarancją dalekiej od tandety i banalności muzyki. Nawet gdy nigdy nie było w niej zbyt wielu eksperymentów czy udziwnień. Uwielbiam w niej chęci poszerzania horyzontów i śmiałe próby sprawdzenia się w innych muzycznych gatunkach. Tym bardziej, że nie kończą się one pudłem. Tym razem Willow postanowiła poeksplorować jazzowe tereny, dbając, by zyskały nowoczesny sznyt. “Empathogen” nie jest moim ulubionym wydawnictwem Amerykanki, ale nadal jest dobrze, a ciekawość, co do jej kolejnych kroków, ani trochę nie zmalała.

Warto: Pain For Fun & Down & Symptom of Life

_____________

Ardipithecus WillowLately I Feel EVERYTHING<COPINGMECHANISM>

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *