Nie wiem, kto w tym roku musiałby wydać płytę, bym przestała określać nowy album Mumford & Sons mianem najbardziej zaskakującego comebacku. Brytyjska formacja, która w latach 2009-2012 biła rekordy popularności i sprawiła, że folk wrócił do łask, szybko spadła ze szczytu i zrobiła sobie długą przerwę, która równie dobrze oznaczać mogła zwyczajny rozpad zespołu. Siedem lat po ostatnim krążku Mumfordzi wrócili z dziełem “Rushmere”. To się naprawdę wydarzyło.
Chociaż Mumford & Sons nigdy nie cieszyli się uznaniem krytyków, dla mnie ich debiutancka płyta “Sigh No More” jest jednym z tych albumów, które uwielbiam od pierwszej do ostatniej sekundy. Nie ma tam słabych momentów. Mniejszy entuzjazm towarzyszył mi podczas zapoznawania się w “Babel”. Idące w stronę nowocześniejszych, delikatnie elektronicznych brzmień krążki “Wilder Mind” i “Delta” zostawiły po sobie ledwie piosenkę. Nadzieję na powrót do folkowych początków pogrzebało odejście Winstona Marshalla, który zabrał ze sobą banjo. “Rushmere” udowadnia, iż bez niego zespół może sobie dobrze radzić.
Dźwięki akustycznej gitary i lekko przytłumiona perkusja witają nas w nagraniu “Malibu”, które w drugiej połowie nabiera aranżacyjnego rozmachu. Ależ to musi wybrzmieć na żywo! Mocniejsze wokale, wyraźniej zarysowany rytm i więcej folku – tak przedstawia się kolejny utwór, jakim jest “Caroline”. Kolejne trzy kompozycje (“Rushmere”, “Monochrome”, “Truth”) to kwintesencja tego albumu. Tytułowa piosenka zaskakuje swym nostalgicznym klimatem i refrenem, w którym wychwycić można wpływy słynnego “I Will Wait”. To taki numer, przy którym zaraz przypominają się lata, gdy Mumfordzi zaliczani byli do najpopularniejszych współczesnych grup. “Monochrome” zachwyca kołysankową atmosferą i spokojnymi chórkami. “Truth” zaś skręca w stronę hałaśliwego, napędzanego elektryczną gitarą rock’n’rolla. Tak wybuchowi Brytyjczycy jeszcze nie byli. Ochota na zagranie nieco głośniej nachodzi ich także w “Surrender” (acz warto tu uzbroić się w cierpliwość) oraz utrzymanym w średnim tempie “Carry On”. W “Where It Belongs”, “Anchor” i “Blood On the Page” prezentują za to akustyczne, skromne brzmienia.
Take me back to empty lawns and nowhere elsе to go śpiewa Marcus Mumford w tytułowym utworze, który wytypowany został także na singiel zwiastujący piąty płytowy projekt jego formacji. “Rushmere” nie jest dosłownym powrotem do czasów “Sigh No More” czy “Babel”, gdzie ten ich folk przybierał nieraz uroczo przaśny, wiejski charakter. To granie dojrzalsze, często pozbawione większej przebojowości. Niewiele tu refrenów, które nuciłabym na długo po wyłączeniu krążka. Grupa zdaje się być zmęczona minionymi, kiepskimi dla siebie latami i w swoim tempie woli uporać się z trudną przeszłością. Bo właśnie tak widzę album “Rushmere” – jako coś przejściowego. Jako krok w dobrym kierunku. Milo mieć ich z powrotem.
Warto: Rushmere & Truth
________________