
Neonowo-zielony album “Brat” sprzed dwóch lat uczynił z jego autorki, brytyjskiej wokalistki Charli XCX, jedną z najgorętszych gwiazd sezonu. W krótkim czasie artystka stała się viralem i ikoną niepokornego elektropopu. Krążek “Wuthering Heights” pojawia się więc trochę na przekór temu mechanizmowi. To pierwszy tak duży projekt soundtrackowy w jej dorobku i jednocześnie sygnał, że Charli coraz chętniej rozpycha się w kinie. Jako pierwszy większy projekt po viralowym “Brat” tegoroczna płyta brzmi jak próba ucieczki od własnego sukcesu oraz testowanie, czy popowa gwiazda może na chwilę zniknąć w cieniu filmu, nie tracąc przy tym własnej tożsamości.
Największą niespodzianką albumu bez wątpienia są umieszczone na nim kolaboracje. Otwierające krążek “House” z niepokojącą narracją Johnego Cale’a krąży wokół chłodnego industrialu, gotyckiego klimatu i wokalnej ekspresji samej Charlotte. To mało piosenkowa propozycja o ciężkim, mrocznym wydźwięku. Zakochałam się w niej od pierwszego usłyszenia. Drugim zaskoczeniem jest melancholijny pop o filmowym sznycie z wyciągniętą z niebytu Sky Ferreirą. W pozostałych nagraniach Charli XCX pozostaje zdana wyłącznie na siebie. Fani jej starszej twórczości z pewnością usatysfakcjonowani będą glitchowym “Out of Myself”; chłodnym elektropopem “Dying for You” przypominającym mi o erze “Crash”; czy metalicznym “Chains of Love”, w którym wokale Brytyjki mocno konkurują z wyrazistymi bitami.
Interesującą kompozycją jest “Wall of Sound”, w którym artystka eksploruje świat industrialnego popu i bawi się warstwami osiągając efekt przebodźcowania, którego metaforę ukryła w wersach. Ten kawałek naprawdę potrzebuje kilku podejść. Od pierwszego odsłuchu zauroczyło mnie za to “Always Everywhere” – eteryczny, rozmyty synthpop. Highlightem płyty jest także gotyckie “Funny Mouth”, które w balladowy, klimatyczny, a momentami nawet lekko obłąkany sposób wieńczy przygodę z tym projektem. Zanim jednak odłożymy “Wuthering Heights” na półkę, warto zerknąć na powolne, atmosferyczne “Open Up” o dobiegających jakby z oddali wokalach Charli XCX i delikatniejsze, przyjemnie wibrujące “My Reminder”. Jedynie “Seeing Things” nie przypadło mi do gustu. Piosenka brzmi, jakby Charlotte postanowiła na chwilę stać się Enyą. A ja wolę, gdy jest po prostu sobą.
Na koniec zostaję z poczuciem, że wcale nie muszę czytać “Wichrowych wzgórz” ani oglądać filmu, żeby ta płyta działała. Muzyka broni się sama swoim nastrojem i odwagą. Krążek “Wuthering Heights” jest jednym z najbardziej niezwykłych projektów w dorobku Charli XCX właśnie dlatego, iż powstał w chwili absolutnej wolności. Wszak po “Brat”, które uczyniło z niej pierwszoligową gwiazdę, mogła pozwolić sobie na wszystko. I faktycznie sobie pozwala. Flirtuje z industrialem, gotykiem, chłodem i ciężarem. Nie ogląda się na algorytmy. Wydawnictwo to działa niczym sito – sprawdza, kto zostanie z Charlotte na dłużej, a kto był tylko wtedy, gdy słuchanie jej było w modzie. Jeśli “Brat” było neonową zielenią, tak “Wuthering Heights” przybiera ciemne, jesienne barwy.
Warto: House & Always Everywhere & Funny Mouth
______________
True Romance ♥ Sucker ♥ Number 1 Angel ♥ Pop 2 ♥ Charli ♥ How I’m Feeling Now ♥ Crash ♥ Brat
Jeśli chodzi o Charli, to kilka lat temu byłem mocno jej muzyką zafascynowany. Ale potem jakoś rozminąłem się z nią muzycznie. Nie potrafiłem nic ciekawego dla siebie znaleźć w jej twórczości. Trwa to do dziś niestety. Natomiast jesli chodzi o Sky Ferreirę to wróżyłem jej wielką karierę. Coś poszło jednak nie tak…
Że Sky jeszcze jest ten ciekawy case, że od lat nagrywa tyle co nic, płyta jest zawieszona w czasie, koncertów mało a ona ma jakiś ikoniczny status. Szkoda, że robotą go nie potwierdza