RECENZJA: Loreen “Wildfire” (2026) (#1684)

Loreen nie należy do wokalistek, które zasypują słuchaczy nową muzyką. Przeciwnie. Jej dyskografia rośnie powoli, a między kolejnymi płytami pojawiają się długie okresy ciszy. Od czasu eksperymentalnego “Ride” z 2017 roku minęło niemal dziewięć lat. W tym czasie Loreen właściwie zniknęła z wydawniczego rytmu, by powrócić w spektakularny sposób – w 2023 roku ponownie wygrała Eurowizję, zapisując się w historii konkursu jako jedna z jego najbardziej uznanych triumfatorek. “Wildfire” pojawia się więc w szczególnym momencie. To nie tylko powrót po długiej przerwie, lecz także pierwszy krążek nagrany po ponownym zdobyciu europejskiej sceny. 

Eurowizyjnego zwycięskiego utworu “Tattoo” nie mogło zabraknąć na “Wildfire”. Elektropopowa power ballada nadal nie podbiła mojego serca. Loreen lubi jednak dźwiękowe eksplozje i podobnie mocnymi kompozycjami są takie kawałki jak hymniczne “Feels Like Heaven”, jeszcze agresywniejsze “Weapons” ze wstępem pełnym kruchych i wysokich wokali w stylu FKA twigs czy EDM’owe “Set Me Free” o euforycznym refrenie kojarzącym mi się z hitem “Euphoria”. Na drugim biegunie lądują faktycznie spokojniejsze propozycje w stylu mglistego, flirtującego z ambientem “Where Do We Go From Here”, klimatycznego elektropopu “Wildfire” oraz wyciszającego pop-rhythm’and’bluesowego “Lose That Light” (feat. 6LACK).

Mi jednak Loreen najbardziej podoba się w “Can’t Pull Me Down” i “True Love”. Pierwszy z utworów jest dynamicznym, pełnym futurystycznych hooków i melorecytowanych fragmentów eksperymentalnym nagraniem. “True Love” stanowi zaś ładne ambientowo-popowo-smyczkowe zwieńczenie albumu. W międzyczasie zabieram dla siebie minimalistyczne, wysuwające na pierwszy plan ciepły wokal Loreen “Is It Love” oraz “Coming Close” łączące eurodance z początku tysiąclecia z duchowym feelingiem. Do tańca najmocniej porywa klubowe “Melt” – jedyny tego typu moment albumu.

Po indie projekcie “Ride” szwedzka wokalistka wraca do brzmień, które wyniosły ją na szczyt przy “Heal”, ale robi to na własnych, dojrzalszych zasadach. To wciąż elektropop, lecz daleki od imprezowej oczywistości. Jest to raczej muzyka zawieszona między emocjonalną kruchością a skandynawskim chłodem. Loreen pozostaje tu postacią zdystansowaną, niemal lodowatą, a jednocześnie pod tą powierzchnią tli się ogień – stąd on w tytule płyty “Wildfire”. Ta sprzeczność buduje jej siłę. Artystka jest enigmatyczna, ale właśnie dlatego tak interesująca.

Warto: True Love & Can’t Pull Me Down

__________

Heal Ride

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *