![]()
Pod koniec 2001 roku kanadyjski bard Leonard Cohen niespodziewanie powrócił z albumem “Ten New Songs”. Było to jego pierwsze studyjne wydawnictwo od 1992 roku, kiedy to ukazał się krążek “The Future”. U Cohena ta tytułowa przyszłość przybrała jednak zaskakującą formę – zamiast dalszego uczestniczenia w muzycznym obiegu wybrał wycofanie, rezygnację ze sławy i życie w klasztorze. Wydawało się, że zamknął pewien rozdział na dobre. A jednak świat muzyki upomniał się o niego. O ten spokojny, kojący głos i poetyckie teksty potrafiące ujarzmić wszechobecny chaos.
Płyta zatytułowana po prostu “Ten New Songs” powstała w dużej mierze dzięki wsparciu Sharon Robinson, która latami występowała u boku Cohena w chórkach. Tu wzięła na siebie produkcję i muzykę. Została również współautorką tekstów, a jej twarz widnieje na okładce wydawnictwa. Jej głos także stanowi tu mocny punkt programu, kontrastując z często zmęczonym, szepczącym Leonardem. Tymi piosenkami, w których słychać ją najlepiej, są zmysłowe, mieszające blues z delikatną elektroniką “Boogie Street”; elegancka, kontemplacyjna ballada “Alexandra Leaving” oraz harmonijne, folkowe “The Land of Plenty”.
Na kobiece wokale natkniemy się na “Ten New Songs” całkiem często. Wspaniale wybrzmiewa singiel “In My Secret Life” będący dziś jedną z najbardziej rozpoznawalnych piosenek w dyskografii Kanadyjczyka. To sophi pop, w którym wszystko jest na swoim miejscu. Świetnie słucha się i długiego “A Thousand Kisses Deep”, które za sprawą swojej minimalistycznej produkcji i delikatnie elektronicznego podkładu wciąż brzmi współcześnie. Gitara i folkowy klimat kojarzący się ze starszą twórczością Cohena są cechami “That Don’t Make It Junk”. Hipnotyczne, niskie dźwięki przenikają “Love Itself”, podczas gdy “Here It Is” przyjemnie kołysze, a “By the River Dark” uderza w rytualny soft rock muśnięty ambientowymi efektami.
Na płycie “Ten New Songs” Leonard Cohen po raz pierwszy wyraźnie dzieli swój muzyczny świat z kimś innym – i wychodzi to albumowi na dobre. Sharon Robinson nie jest tu jedynie współpracowniczką w tle. Jej głos, wrażliwość oraz wyczucie formy odcisnęły trwałe piętno na materiale, potwierdzając, że Cohen wiele lat wcześniej nieprzypadkowo zaprosił ją do swojego świata. Wydana w 2001 roku płyta jest powrotem godnym kanadyjskiego poety – to porcja utworów spokojnych, dojrzałych, o miękkich melodiach. Wiele z tych piosenek ma senny charakter, ale jest to senność niosąca raczej ukojenie aniżeli znużenie. Ta muzyka najlepiej smakuje niespiesznymi wieczorami.
Warto: In My Secret Life & Boogie Street
____________
Songs of Leonard Cohen ♥ Songs From the Room ♥ Songs of Love and Hate ♥ New Skin for the Old Ceremony ♥ Death of a Ladies’ Man ♥ Recent Songs ♥ Various Positions ♥ I’m Your Man ♥ The Future
Kiedyś słuchałam całości, ale w pamięci został mi tylko tytułowy utwór. Chętnie do niego wracam, kojarzy mi się z dzieciństwem, z domem mojej babci, która podobno bardzo lubiła Cohena.
Pozdrawiam. 😊