#224 VA “Nine” (Soundtrack) (2010)


Musical „Nine” („Dziewięć”) opowiada o życiu światowej sławy reżysera – Guido Continiego. Mężczyzna przechodzi poważny twórczy oraz życiowy kryzys. Nie ma pomysłu na najnowszy film, a mało tego – w jego życiu pojawia się wiele kobiet. Zbyt wiele. Zdradzana żona (Marion Cotillard), kochanka Carla (Penelope Cruz), przyjaciółka Lillie (Judi Dech) oraz prostytutka Saraghina (Fergie) to tylko kilka pań, które wprowadzą zamęt w życiu reżysera. A to wszystko w rytm utworów łączących w sobie jazz, soul oraz swing, przenoszące słuchacza w przeszłość. Musical „Nine” był jednym z najgorętszych filmów 2010 roku. Został uhonorowany wieloma nagrodami m.in. statuetką Tony dla najlepszego musicalu. A jak musical to i muzyka. Soundtrack do filmu był jednym z najpopularniejszych w tamtym czasie.

Czytaj dalej #224 VA “Nine” (Soundtrack) (2010)

#155 Black Eyed Peas “Monkey Business” (2005)

 


Zaraz po zakończeniu promocji płyty “Elephunk” zespół Blac Eyed Peas rozpoczął prace nad kolejnym albumem. Wydany w 2005 roku krążek “Monkey Business” jest…świetny! Brzmienie zespołu nie zmieniło się tak radykalnie jak w 2009 roku. Nadal dominuje pop, hip hop. Momentami pojawia się i funk. Zupełnie nie dziwię się, że płyta była hitem a  Black Eyed Peas już na zawsze będą kojarzeni z takich utworów jak “Pump It” czy “My Humps”. Niesamowite jest to, jak łatwo przychodzi im pisanie chwytliwych piosenek. Każda z zamieszczonych na “Monkey Business” mogłaby być hitem. Nie ma tu dwóch takich samych utworów. Każdy czymś się wyróżnia. Moje typy? Przede wszystkim “My Humps”. Podoba mi się to, że Fergie dostała tak duży part. Jak mogło być inaczej? Nie wyobrażam sobie will.i.am’a czy Taboo śpiewających o swoich tyłkach. Piosenka podobno uznawana jest za jedną z najgorszych od Black Eyed Peas, ale jają uwielbiam. Lubię też “Union”. Piosenka (szczególnie refren) bardzo przypominają “Englishman in New York” Stinga. Nic dziwnego – taki był zamysł. Świetnie wyszło im połączenie dwóch zupełnie różnych światów. Można? Pewnie, że można. Kolejnym numerem, który zdobył moje uznanie jest singiel “Don’t Phunk With My Heart”. Poznałam tę piosenkę w dość unikalnych okolicznościach. Kilka lat temu w MacDonaldzie do zestawów Happy Meal dodawali takie mini radyjka, które grały fragment jakiejś piosenki. Mi trafiło się z Black Eyed Peas i od tamtej pory bardzo podoba mi się ten numer. Na “Monkey Business” pierwsze skrzypce gra oczywiście sam zespół Black Eyed Peas. Chłopcy fajnie rapują, rymują a Fergie zręcznie wplata w to wszystko swój świetny wokal. Aby było ciekawiej ‘fasolki’ zaprosiły do współpracy innych artystów. Oprócz wspomnianego wcześniej Stinga posłuchać możemy Justina Timberlake’a i Timbalanda (“My Style”). Piosenka jest przyzwoita. Kiedy ostatni raz Justin nagrywał coś z Black Eyed Peas, wyszła kiepska pioseneczka “Where Is the Love”. W “Like That” mamy całą ‘galerię’ innych artystów na Q-Tip zaczynając a na John Legend kończąc. Do wcześniej wymienionych piosenek (czyli tych, które są moimi ulubionymi) w ostatnim czasie doszły takie utwory jak “Disco Club” oraz “Bebot”. Najgorszy numer? Na tym krążku taki nie występuje. Każda piosenka ma sobie coś, co ją wyróżnia od pozostałych. Reprezentują wysoki poziom jak na utwory, które służą dobrej zabawie i oderwaniu się od rzeczywistości. Klikam, że lubię 😉

 

#77, 78, 79 Black Eyed Peas “Elephunk” (2003) & Britney Spears “Britney” (2001) & Rihanna “A Girl Like Me” (2006)

“Elephunk” to pierwszy album Black Eyed Peas, na którym możemy usłyszeć wokal Fergie. Wyobrażacie sobie bez niej ten zespół? Ja chyba nie. Dla mnie zawsze pozostanie ważnym członkiem Black Eyed Peas, nawet jeśli dzisiaj jej głos bardzo poprawiają komputerowo. Jaką muzykę serwują nam “fasolki”? Przede wszystkim hip hop (“Hands Up”, “Shut Up”), nieco funku (“Smells Like Funk”, “Let’s Get It Started”), oraz sporo zapożyczeń z innych gatunków. W utworze “Where Is The Love” nagranym wspólnie z Justinem Timberlake’em obok oczywistego hip hopu przewija nam się soul. Ja osobiście nie mogę przekonać się do tej piosenki. Kojarzy mi się z Michaelem Jacksonem (refren). Sorry, ale dla mnie to oznacza minus. Pozytywnie jestem zaskoczona piosenką “Anxiety”, w której Black Eyed Peas wsparli ‘chłopcy’ z Papa Roach. Wyszedł im bardzo ciekawy numer. Zespół Papa Roach wniósł do utwory świetną, rockową energię. Połączyć rap z rockiem? Można? Można 😉 Black Eyed Peas również w jednej z piosenek skierowali swoje zainteresowania w stronę muzyki latynoskiej. Chodzi mi o kawałek “Latin Girls”. Całkiem niezłe. Namiastkę r&b znajdziemy w wyprodukowanym przez jednego z członków zespołu (i to nie przez will.i.am’a!) – apl.de.ap – utworze “The Apl Song”. Wspiera go tam momentami Fergie. Jednak piosenka znika gdzieś pośród innych na “Elephunk”. W “Labor Day” partia wokalna Fergie skojarzyła mi się z piosenką Madonny “Holiday” (1983). Jednak nie przeszkadza mi to, piosenkę Madonny całkiem lubię. Podoba mi się utwór “Let’s Get It Started” z niesamowitym początkiem by Fergie. Niesamowity to może za duże słowo, ale w podobnym stylu zaczyna się uwielbiane przeze mnie “Fallin” Alicii Keys. Wprawdzie Fergie to nie Alicia, ale może być. Płyta na pewno zadowoli fanów rapu. Mnie momentami nieco znudziła, ale i tak jest lepsza od tego, co dostajemy od Black Eyed Peas teraz.
 

Po teen popowym debiucie “Baby One More Time” i kiepskim “Oops!…I Did It Again” otrzymujemy trzeci album księżniczki popu zatytułowany po prostu “Britney”. Britney Spears się zmieniła. Jej image stał się bardziej wyzywający, seksowny. Więcej odkrywa niż zakrywa. Muzyka też poszła w nieco innym kierunku. Nadal są to popowe i dance-popowe pioseneczki, ale tym razem mają w sobie odrobinę ‘pieprzu’. I co zauważyłam po dotarciu do połowy krążka – da się tego słuchać. Pomoc laryngologa nie będzie konieczna. Nie mówię, że Britney nauczyła się śpiewać. Muzyka jest duże lepsza niż na poprzednim albumie. Nieco bardziej elektroniczna. Zaskoczyła mnie (pozytywnie) przebojowym singlem “I’m Slave 4 U” zawierającym w sobie wpływy r&b. Ogólnie często sięgała po ten gatunek tworząc “Britney”. Znajdziemy go jeszcze w “Boys” i “Let Me Be”. Pojawiają się i ballady. Wprawdzie nie jest ich tu dużo, ale to raczej na korzyść płyty. Odkąd pamiętam nie lubiłam utworu “I’m Not a Girl Not Yet a Woman”. Piosenka autorstwa znanej artystki Dido zła nie jest, ale nie podoba mi się wykonanie Britney. bardziej do gustu przypadła mi druga ballada – odrobinę taneczne “Tah’t What You Take Me”. Kiedyś często słuchałam coveru utworu zespołu Arrows pt. “I Love Rock ‘n’ Roll” z 1975 roku. Britney nie nagrała oczywiście tego w rockowym stylu. Jej wersja jest bardziej popowa. Płyta “Britney” muzyki nie zmieni. Jednak Spears zrobiła mały krok na przód i nie nagrała głupiutkich teen popowych pioseneczek.

Rok po wydaniu świetnego krążka “Music of the Sun” Rihanna zaatakowała nas kolejnym albumem pt. “A Girl Like Me”. Rihanna przez rok dojrzała, albo…na taką pozuje. “Music of the Sun” było bardzo słonecznym, lekkim i przyjemnym krążkiem. Sama chętnie do niego wracam. Tu brakuje mi tej przebojowości, tego ‘czegoś’. Tym razem otrzymujemy bardziej przemyślaną płytę. Wszystko jest na swoim miejscu. Nie traktuje tego w tym przypadku jako komplement. Brakuje mi szaleństwa. Rihanna stała się ogólnoświatową gwiazdą, nie pozostała niestety tą samą ciepłą dziewczyną z sąsiedztwa, która tak naturalnie śpiewała takie piosenki jak “Music of the Sun” czy “That la la la”. “A Girl Like Me” jest spokojniejszy. O ile reggae czy hip hop pojawiały się często na debiucie, tak tu otrzymujemy pop okraszony tylko momentami tymi gatunkami. Przyjemne r&b otrzymujemy w kawałku “We Ride”. Kiepską namiastkę reggae w “Crazy Little Thing Called Love”. Nie podoba mi się też ‘ciężkostrawne’ “Selfish Girl”. Przychylnie patrzę natomiast na hip hopowy duet z Sean Paulem pt. “Break It Off”. Mam wrażenie, że za sprawą utworu na moment przeniosłam się na “Music of the Sun”. Stąd też moja radość, na widok (a może dźwięk?) nowych wersji starych hitów. “If It’s Lovin’ That You Want” jest bardziej hip hopowe od pierwszej wersji, a remix “Pon De Replay” bardzo fajny, energetyczny. Jak już wspomniałam wcześniej, znajdziemy tu kilka ballad. Na pewno o uszy obiło wam się “Unfaithful”. Mieszanka r&b i soulu na wysokim poziomie. Zakochałam się również w “Final Goodbye”. Smutny utwór, ale bardzo piękny. Pozostałymi balladami na krążku są “PS (I’m Still Not Over You)” i “”A Million Miles Away”. Jednak nie mogę się do nich ostatecznie przekonać. Czekałam na piosenkę tytułową – “A Girl Like Me”. Jednak po pierwszym słuchaniu najzwyklej ją przegapiłam. Może to i dobrze? Nie zachwyciła mnie. Ten krążek słaby nie jest. Z pewnością lepiej się go słucha niż wydanego pod koniec 2010 “Loud”. Od debiutu niestety odstaje.

#60, 61, 62 Black Eyed Peas “The Beginning” (2010) & Keri Hilson “In a Perfect World” (2009) & Madonna “Ray of Light” (1998)

“Nowy album jest początkiem kolejnej ery dominacji BEP – zapnijcie pasy i cieszcie się przejażdżką” – tak przed premierą “The Beginning” mówił Taboo. Jeśli mieliście nadzieję, że Black Eyed Peas wrócą do czasów “My Humps” lub “Shut Up” zawiedziecie się. Znowu. Ja ten zespół skreśliłam. Zamiast nagrywać coś oryginalnego uparcie siedzą w muzyce tanecznej.Techno, elektroniczne ‘bity’ i inne pierdoły. Zastanawiam się, jak zinterpretować tytuł krążka – początek. Rok wcześniej mieliśmy Koniec ;P Może to powrót do lat 80.? Świadczyć o tym może wykorzystanie popularnej lata temu piosenki “The Time of my Life” z filmu “Dirty Dancing”. Utwór ten zawsze dobrze mi się kojarzył. Do czasu usłyszenia “The Time(Dirty Bit)” Black Eyed Peas. Jak dla mnie jedna z najgorszych piosenek2010 roku. Aż trudno uwierzyć, że na “The Beginning” są gorsze! Cały album wyprodukowany jest chyba tylko przy użyciu komputerów. Wszystko jest sztuczne, wykreowane. Trochę szkoda mi Fergie, bo dziewczyna ma dobry głos,nagrała niezły solowy album, a marnuje się w tym zespole. Nawet jeśli w “Whenever” czy “Just Can’t Get Enough” dadzą jej trochę pośpiewać, to i tak w pamięci pozostaje jej okropnie zmiksowany głos w większości utworów. Pamiętacie “Rock That Body” z poprzedniego albumu? Podobnie głos Fergie przerobili w “Love U Long Time”. Gwoździem do trumny są teksty piosenek. W takich momentach cieszę się, że nie rozumiem po angielsku. This is thatoriginal, This has no identical, You can’t have my digital, Future Aboriginal,Get up off my genitals (PL: To jest oryginalne, To nie jest identyczne, Masz mój cyfrowy, Przyszły Aborygen, Puść moje genitalia) w “Don’t Stop The Party” czy this s***’s moneyn**** this s***’s green this s*** is terrifyin, halloween this s*** is gimmeyour q-q-queen and that means I’m the wha-wha– king (PL: Ten shit, jak kasajest zielony Ten shit jest straszny jak halloween Ten shit daje mi twoją kró-kró-królową To oznacza że jestem ki-ki-kim? Królem!) w “Do It LikeThis”. Jeszcze bardziej denerwują tłumaczenia Will.I.Am’a. Że niby świat idzie do przodu, technika cały czas się rozwija itp. Nie kupuje tego. Radzę wam wydać pieniądze na ich stare albumy. A od tego trzymać się z daleka.

Keri Hilson jest bardzo utalentowaną autorką tekstów piosenek. Współtworzyła m.in. “Wite a Minute” Pussycat Dolls, “Gimme More” oraz “Break The Ice” Britney. Pisała dla Ciary, Ludacrisa oraz Ushera. Darem od losu było rozpoczęcie współpracy z Timbalandem.Nagrała z nim kilka piosenek w tym dwa popularne utwory: “The Way I Are” oraz “Scream”. Keri zaistniała i wydała debiutancki krążek”In a Perfect World…”. Jej płyta utrzymana jest w gatunkach pop i r&b. Gdzieniegdzie pojawia się hip hop (“Turnin’ Me On”). Po pierwszym przesłuchaniu byłam sceptycznie nastawiona do tego albumu. Jednak go doceniłam. Melodie są zgrabne, Keri ma bardzo dobry głos. Całe szczęście, że Timbaland odsunął się w cień pozostawiając pole do popisu innym producentom z Polow da Don na czele (“Make Love”, “Get Your Money Up”). Oprócz tanecznych piosenek znajdziemy tu i ballady. “Energy”, “Slow Dance”, “Tell Him The Truth” są udanymi kompozycjami z pogranicza soulu i r&b. Poza tym mnóstwo to duetów. Niektóre są bardziej udane(“Turnin’ Me On”, “Get Your Money Up”, “Knock You Down”) inne mniej (“Change Me”, “Return The Favor”). Keri chciała zaprosić nas do swojego perfekcyjnego świata. Nie każdy jednak będzie czuł się w nim swobodnie. Mi Hilson udowodniła, że jest artystką wartą uwagi. Jedna rzecz mi niestety się nie spodobała na tym albumie (oprócz 3 piosenek, które na tle masy innych, znanych mi ‘hitów’ wypadają dobrze) to odsunięcie Keri na drugi plan. W wielu kolaboracjach jest wręcz spychana w tło. Na palcach jednej ręki można policzyć piosenki, w których pisaniu brała udział.

Do sięgnięcia po “Ray of Light” zachęciły mnie głosy, że to najlepsza płyta w dorobku Madonny. Cóż, ciekawski ze mnie człowiek, więc nie mogłam oprzeć się tej pokusie. Jeśli myślicie, że będę oryginalna i zadam wokalistce kilka ciosów, zawiedziecie się. Po części podzielam te opinie. W przeciwieństwie do jej nowych płyt a przede wszystkim starych jest to bardzo dojrzały album. Bardzo spokojny a jednocześnie taneczny. Tych szybszych utworów nie potrafię jednak nazwać dance popowymi. Są raczej z pograniczna muzyki elektronicznej i techno. Ale ze smakiem. “Ray Of Light”, “Nothing Really Matter” czy “Sky Fits Heaven” są bardzo udanymi kompozycjami. Urzekł mnie głos Madonny. Niezwykle spokojny, odprężający, czasem melancholijny.Fajnie wypada też w pierwszym utworze – “Drowned World” – gdy pod koniec pojawiają się rockowe akcenty. Ciekawym numerem jest “Shanti/Ashtangi” zawierający wpływy muzyki arabskiej.Po pierwszym przesłuchaniu można mieć wrażenie, że Madonna przynudza. Jednak warto ‘otworzyć’ uszy na muzykę zawartą na “Ray Of Light”, bo jest na wysokim poziomie. Cały album jest równy, utrzymany w podobnej stylistyce. Piosenki idealnie do siebie pasują. Są przemyślane, dopracowane a jednocześnie nie ma w nich przesady i niepotrzebnego przepychu. Warto też dodać, że płyta pokazuje nam Madonnę z nieco innej strony.Pokazuje nam dojrzałą artystkę.

#44, 45, 46 Kylie Minogue “Aphrodite” (2010) & Hurts “Happiness” (2010) & Fergie “The Dutchess” (2006)

Kylie Minogue jest wokalistką, która zna chyba każdy. Jeśli nie z całych płyt to z samych kilku singli. “Aphrodite” jest moim pierwszym albumem Kylie przesłuchanym od A do Z. Albo od pierwszej piosenki do ostatniej jak kto woli. Zachęciło mnie “All The Lovers”. Lekko taneczne, z ładnie sfilmowanym teledyskiem. Jednak cały album mnie zmęczył. Nie, nie dlatego, że znajdują się na nim utwory w sam raz na parkiet. Wydawałoby się, że Kylie nagrała, lekki, popowy albumik. I to mnie w nim wykończyło. Wszystko dla mnie brzmi tu tak samo. Po pierwszym przesłuchaniu nie pamiętałam nic oprócz singli. Kylie jest jednak jak Afrodyta. Ma ponad 40 lat a mimo to brzmi jak 20. Nowy album jest idealny na letnie dyskoteki do nadmorskich ‘kurortów’ typu Władysławowo. Jednak rewolucji nim nie zrobi. Przekonała mnie jednak do jednego: do sięgnięcia po jej starsze kompozycje. Z nadzieją, że kiedyś było lepiej.

Hurts to jeden z najgłośniejszych debiutów 2010 roku. Duet tworzą dwaj dżentelmeni z Anglii specjalizujący się w muzyce synthpopowej. A może raczej smęt-popowej. Dla niektórych sporym zaskoczeniem może być ilość spokojnych, nieco smutnych utworów na płycie zatytułowanej “Happiness’. Momentami uderza mnie profesjonalizm Hurts. Wszystko tu jest dopieszczone i wystylizowane. Mimo, iż na początku singiel “Wonderful life” mnie nie przekonał, zaliczyłabym go teraz do najlepszych na tej płycie. Ciekawie wygląda nieco bardziej przebojowy featuring z Kylie Minogue (“Devotion”). Piosenkarka swoją obecnością ożywiła nieco ten album. Jednak pozostałe kompozycje mogą być rozczarowaniem. Tym bardziej, że Hurts przed wydaniem płyty zostali okrzyknięci muzyczną nadzieją. Jest nudno. Po prostu. Momentami nawet zbyt romantycznie. Nic tylko sobie w głowę strzelić. Sorry, ale słuchając bardzo ckliwych utworów mam właśnie takie uczucia. Jednak chłopakom z Hurts warto dać szansę. W końcu to ich debiut i na drugim albumie może nas czymś zaskoczą.

Fergie postanowiła na jakiś czas odłączyć się od kolegów z zespołu i stworzyć coś pod własnym ‘nazwiskiem’. W rzeczywistości nie pożegnała się ze wszystkim kumplami z Black Eyed Peas. Płyta nie tylko została nagrana w will.i.am music group, ale tez sam Will.I.Am maczał w niej palce. Większości utworów był producentem, a w trzech nawet gościnnie się pojawił (“Fergalicious”, “All That I Got (The Make Up Song)”, “Here I Come”). Na szczęście nie jest aż za bardzo black-eyed-peas’owsko. Nie jest to może krążek, który w jakimś stopniu zmieniłby oblicze muzyki rozrywkowej. Po prostu – płyta jakich wiele. Jest sporo elektroniki i hip hopu (“London Bridge”, “Here I Come”). Pojawia się i r&b (“Glamorous”). Momentami pojawiają się naprawdę mocne utwory, szybkie, przebojowe (“Voodoo Doll”, “Pedestal”) to znów spokojne (“Big Girls Don’t Cry”, “Finally”). Najbardziej spodobała mi się piosenka “Pedestal” (nieco zadziorna) oraz “Finally”, które zawiera w sobie musicalowe wpływy. Pomyłką dla mnie jest natomiast wkurzające “Clumsy” i “Velvet”, gdzie Fergie chciała być delikatna, zmysłowa a efekt osiągnęła całkiem inny. Ciekawą piosenką jest natomiast “Mary Jane Shoes”, które w połowie zmienia brzmienie. “The Dutchess” jest dość ciekawym albumem, do którego na pewno jeszcze wrócę. Fergie ma dobry, mocny głos. A sama płyta spodoba się nawet osobom nie będącymi fanami Black Eyed Peas.