TOP75: najlepsze albumy 2016 roku (25-1)

25. ERIC CLAPTON I STILL DO

Czasem zapoda coś własnego pióra. Czasem zaśpiewa Boba Dylana. Częściej przybliży nam twórczość mniej znanych artystów pokroju JJ Cale’a, Leroy’a Carra czy Roberta Johnsona. Siedemdziesięciojednoletni Eric Clapton na emeryturę się nie wybiera, zaczepnie tytułując swój nowy album „I Still Do”. Pełne bluesowych coverów wydawnictwo nie jest niczym nowym w dyskografii Claptona. Artysta ponownie robi nam wykład z klasyki bluesa, interpretując takie kompozycje jak „Alabama Woman Blues” czy „Stones in My Passway” po swojemu. „I Still Do” nie należy do najoryginalniejszych płyt, ale taka muzyka jest często u mnie mile widziana.


24. EMELI SANDE LONG LIVE THE ANGELS

Cztery lata to masa czasu, by stworzyć album, i z którego Emeli Sandé będzie zadowolona, i którego słuchacze szybko z rąk (a może raczej – uszu) nie wypuszczą. Z tego zadania wywiązała się świetnie. „Long Live the Angels” rozwija pomysły swojego poprzednika, podążając jednocześnie zupełnie nową, ciekawszą ścieżką. Wokalistka pozostała sobą – i to jest tu najważniejsze. A przy okazji wyszła jej bardzo zgrabna płyta, na której każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Wiedzieliście, że pierwsze imię Emeli to Adele?Jeśli do końca życia miałabym obserwować tylko jedną Brytyjkę o tym imieniu, na pewno byłaby to Sandé.

23. JAMES VINCENT MCMORROW WE MOVE

Kiedy zaczynał, wszyscy porównywali go z Bon Iver. Kiedy wydawał drugą płytę, wszyscy nazywali go nowym Jamesem Blakiem. W 2016 roku irlandzki wokalista James Vincent McMorrow już w ogóle miał przerąbane, bo dwójka jego konkurentów także zaprezentowała nowe albumy. Ale warto tak spojrzeć na tę sytuację: dobrej muzyki nigdy mało. A takową znajdziemy również na “We Move”. Chociaż zaczynał jako folkowy twórca, McMorrow, znudził się tą stylistyką, chętnie sięgając po alternatywne r&b dla białasów. W pracy nad premierowymi numerami wspierali go m.in. Nineteen85 (współpracownik Drake’a), Frank Dukes (Rihanna, Tinashe) oraz Two Inch Punch (Jessie Ware, Sam Smith). Efekt jest naprawdę smakowity i nietypowy.

 

22. JOHN LEGEND DARKNESS AND LIGHT

Na „Darkness and Light” John Legend nieco przystopował z ilością utworów, ograniczając się do bezpiecznej, odpowiedniej dwunastki. W żadnym z numerów nie powtarza się i nie serwuje nam tych samych patentów. Chociaż mamy spory rozstrzał gatunkowy (nieco rocka, elektroniki, soulu, r&b, hip hopu czy nawet jazzu), płyta zachowuje spójny charakter i na każdym kroku zaskakuje swoją świeżością. Mimo takiego a nie innego tytułu nie znajdziemy u Legenda ani zbyt mrocznych, ani przesadnie pogodnych kompozycji. John kroczy dumnie pośrodku.

21. SAVAGES ADORE LIFE

Kochaj życie. Żyj teraźniejszością. Ciesz się z małych rzeczy. Wyczytać to można między wersami piosenek z drugiej studyjnej płyty londyńskiej formacji Savages. Składająca się z samych kobiet kapela śmiało sięga po post punk, trafiając w gusta osób zasłuchanych w Swans, A Place to Bury Strangers czy Joy Division. Dziewczyny nieźle wymiatają, nie oszczędzając ani instrumentów, ani (to w przypadku Jehnny Beth) głosu, stając się ciekawą, ostrzejszą propozycją dla tych, którzy szybko znudzili się debiutującą w podobnym czasie żeńską grupą Haim.

20. PJ HARVEY THE HOPE SIX DEMOLITION PROJECT

To nie tyle płyta, co dziennik z trudnej podróży szlakami, na których ciężko spotkać roześmianych turystów. Razem z PJ Harvey odwiedzamy biedne rejony świata. Wokalistka krytykuje społeczne niesprawiedliwości. Śpiewa o dzieciach, które giną podczas działań wojennych oraz dotykającym ich niedostatku. Porusza tematy współczesne, aktualne, które my znać możemy jedynie z telewizyjnych wiadomości. Artystka wciela się więc w rolę reporterki, jednak cały czas towarzyszy mi wrażenie, iż tematyka i wydźwięk albumu przykrywają jego muzyczną stronę.

19. DE LA SOUL AND THE ANONYMOUS NOBODY…

Czasy świetności hip hopowej formacji mnie ominęły. I pewnie nadal nie byłabym zainteresowana twórczością De La Soul, gdyby nie rzut oka na tracklistę ich pierwszej od dwunastu lat płyty. Istny misz-masz. Usher obok Damona Albarna, Snoop obok Little Dragon. A przy tym wszystkim niezłe utwory, które raz skręcają w stronę hip hopu, innym razem ujawniają inspirację vintage r&b, a jeszcze czasami przypominają o funku. Zespołowi udało się jednak sprawić, że “And the Anonymous Nobody…” pozostało albumem spójnym i równym.

18. DAUGHTER NOT TO DISAPPEAR

Muzyka Daughter jest z rodziny tych, do których trzeba mieć (nie raz anielską) cierpliwość. Piosenki potrafią zlać się w jedną, ale w przypadku tego międzynarodowego tria nie warto robić o to wyrzutów, lecz zamiast tego docenić spokój płynący z tych kompozycji. Aczkolwiek nie zawsze łatwo jest go poczuć, bo poruszane przez zespół tematy nie należą do najlżejszych i najprzyjemniejszych. „Not to Disappear” jest urokliwą płytą, którą polecam jednak zostawić sobie na zimowe miesiące, kiedy kolor nieba za oknem współgrać będzie z barwą piosenek Daughter.

17. BEYONCE LEMONADE

Ciężko mi uwierzyć w historię, strojącą za powstaniem “Lemonade”, dlatego najlepiej oceniać jest płytę przez pryzmat samej muzyki. Beyoncé nagrała najmniej „piosenkowy” album w swojej karierze. O ile na poprzednim wydawnictwie potencjał, by zostać przebojem miało kilka piosenek, tak tu na próżno szukać wpadających w ucho refrenów. Wokalistka kontynuuje swoją przygodę z muzyką wykraczającą poza ramy „pop-r&b”. Na „Lemonade” zachodzi zresztą najdalej w swojej karierze – opuszcza swoją strefę komfortu i próbuje gatunków, od których dotąd trzymała się z daleka. Jednak… płyta szybko mi się znudziła.


16. LADY GAGA JOANNE

Płyta zatytułowana została na cześć zmarłej ciotki, której wokalistka pamiętać nie może, bo na świat przyszła po jej przedwczesnej śmierci. Za to my starszą Lady Gagę pamiętamy, ale warto choć na chwilę o niej zapomnieć, by spojrzeć na „Joanne” inaczej. Na tym albumie nie ma hitów. Zresztą Gaga swoje już miała, więc mogła teraz skupić się na muzyce. Stworzyła tym samym najbardziej amerykański krążek w swojej karierze, chętnie zerkający w stronę country czy rock & rolla. Czy najlepszy? Może za jakiś czas pożałuję tych słów, ale na razie sądzę, że „Joanne” nie ma sobie równych.


15. TOM ODELL WRONG CROWD

Chociaż na początku byłam sceptycznie nastawiona do nowej muzyki Toma, wystarczyło się przełamać i spędzić kilka chwil sam na sam z jego twórczością. „Wrong Crowd”, mimo, iż zawiera kilka piosenek, których po Odellu ciężko było się spodziewać, charakteryzuje się tym samym bezpretensjonalnym urokiem co „Long Way Down”. Brytyjczyk ponownie nikogo nie udaje, ponownie zaskakuje skromnością i ogromnymi pokładami talentu. Wokalista nagrał równą, choć nie do końca spójną płytę.

14. RADIOHEAD A MOON SHAPED POOL

Najpierw fani pootrzymywali tajemnicze pocztówki. Potem zespół wymazał się z internetowych portali. Aż w końcu stało się to, na co czekali wszyscy miłośnicy alternatywno-rockowych brzmień – po pięciu latach ukazało się nowe dzieło wynoszonej pod niebiosa brytyjskiej formacji Radiohead “A Moon Shaped Pool”. Początkowo płyta przeszła u mnie ledwo co zauważalna. Wolałam poczekać na moment, kiedy wszyscy skupią się na czymś innym. W odbiorze pomogła jesienna aura, która pięknie scaliła się z pełnymi melancholii, przestrzennymi utworami Radiohead. “A Moon Shaped Pool” to jedna z tych płyt, przy których stawiać należy słówko “cierpliwość”.


13. KATIE MELUA IN WINTER

Od płyty zatytułowanej „In Winter” chciałoby się albo kompozycji niepokojąco zimnych i powodujących dreszcze, albo melodii otulających słuchacza swym ciepłem. Katie Melua wylądowała gdzieś po środku. Nie ma ani gęsiej skórki, ani trzaskającego ognia w kominku. Są za to po prostu przyjemne i minimalistyczne (jedynymi instrumentami użytymi w procesie nagrywania są gitara akustyczna i… głosy członkiń Gori Women’s Choir) jak nigdy wcześniej piosenki. „In Winter” to porcja kameralnego grania, a zarazem zbiór utworów Katie Meluy o najmniejszym komercyjnym potencjale.

12. BON IVER 22, A MILLION

Pamiętacie jeszcze takie piosenki jak “Skinny Love” czy “For Emma”, promujące debiutancki, indie folkowy album “For Emma, Forever Ago”? To o nim zapomnijcie, bo w 2016 roku Justin Vernon ze swoim projektem Bon Iver powrócił z trzecim albumem, którym stawia świat na głowie. “22, A Million” to dzieło dziwaczne już na etapie zerkania na tracklistę i okładkę. Co znaczą tytuły danych piosenek? To zagadka godna profesora Roberta Langdona z książek Dana Browna. Muzycznie otrzymujemy album na miarę nie XXI, lecz XXII wieku. Niezwykle nowoczesny, odważny i innowatorski. Mający folkowe korzenie, sprawnie ukryte pod dźwiękami syntezatorów, basów, przestrzennych melodii, szalonych sampli i elektronicznych zabawek. Bałagan, ale kontrolowany.

11. NORAH JONES DAY BREAKS

Historia zatoczyła koło – zdaje się płytą „Day Breaks” przekonywać nas Norah Jones. Jednak w porównaniu do pamiętnego „Come Away With Me” mniej na nowym albumie niepewności, ale i dziewczęcego uroku. Dziś Norah jest kobietą, która doskonale wie, jak brzmieć ma jej muzyka. Ta zawarta na tegorocznym wydawnictwie zaskakuje gustownością i elegancją. Jest to także płyta bardzo kameralna. Tak blisko słuchacza Jones nie była od przeszło dekady. Dawno już tak chętnie nie siadała do pianina, robiąc z niego instrument przewodni swoich nowych nagrań.

10. RIHANNA ANTI

Najbardziej wyczekiwana płyta tego roku? W popowym świecie na pewno. A tymczasem ósmy album Barbadoski na półce “pop” nawet nie leży. Przez dziesięć lat, jakie już minęły od pojawienia się Rihanny na scenie, wokalistka zyskując ogromną popularność, zyskała i wolność, którą przy okazji „ANTI” umiejętnie wykorzystała. Porzuciła numery pokroju “We Found Love” na rzecz czegoś ciekawszego i mniej oczywistego. Powróciła do czarnych rytmów, które – w przeciwieństwie do tego, co było na debiucie i jego następcy – nie są tak infantylne. Wiele piosenek z “ANTI” potrafi zaskoczyć. Zgadlibyście, że Rihanna jest fanką Tame Impala?

9. ALICIA KEYS HERE

Alicia Keys nigdy nie oddała w nasze ręce płyty słabej, nijakiej, wykonanej „na odwal”. Jest jedną z tych nielicznych wokalistek, które od samego początku naprawdę troszczą się i angażują we własną muzykę, śpiewając o tym, co akurat im na sercu leży. Keys na „Here” postawiła na swoje przemyślenia dotyczące aktualnych społecznych problemów, takich jak dyskryminacja czy prześladowanie. Teksty opakowała w piękne, interesujące melodie, nie odbiegające zbytnio od tych, za które pokochałam ją kilka lat temu, zasłuchując się w „Songs in A Minor” czy „The Diary Of…”. Alicia Keys wydała w 2016 roku najlepszą płytę w swojej karierze. Czapki z głów.

8. BRODKA CLASHES

„Clashes” jest płytą, która dzieli. Obok opinii niezwykle euforycznych pojawiły się i te o innym wydźwięku. Albumowi na pewno zarzucić można małą ilość chwil, które zostają w pamięci na długo. Komercyjny potencjał tego wydawnictwa jest niewielki, więc szybko ucichną głosy o tym, że Polka podbija zagraniczne rynki. Muzyka jednak broni się świetnie. „Clashes” potrafi wciągnąć, o czym sama przekonałam się jakiś czas temu. Cenię melancholijny i nieco smutny wydźwięk tego materiału. Ten spokój płynący z (prawie) wszystkich kompozycji sprawia wrażenie czegoś odrealnionego, magicznego.


7. AGNES OBEL CITIZEN OF GLASS

Można się smucić, że „Citizen of Glass” przynosi nam zaledwie dziesięć premierowych nagrań artystki, ale liczba ta w przypadku takich krążków jest optymalna. Nie ma tu bowiem chwytliwych refrenów, gatunkowych manewrów czy nagłych zwrotów akcji. Trzecie wydawnictwo Agnes jest spójną, równą płytą, na której pop w swoim najszlachetniejszym wydaniu spotyka muzykę klasyczną, i razem podejmują decyzję, że nie będą się nawzajem próbować zdominować. Oprócz warstwy muzycznej duże wrażenie robi sama koncepcja wydawnictwa i uczynienie ze szkła metaforycznej podstawy kompozycji.

6. IGGY POP POST POP DEPRESSION

Iggy Pop stworzył swój dream team, zapraszając do współpracy nad nowym wydawnictwem Josha Homme’a (Queens of the Stone Age, Eagles of Death Metal), Deana Fertitę (Queens of the Stone Age, The Dead Weather) i Matta Heldersa (Arctic Monkeys). I tak sobie w czwórkę po cichu pracowali, tworząc płytę, która nie wie co to nietrafione pomysły i słabe kompozycje. Panowie pokazali, że rock może mieć wiele twarzy, serwując czasem tak bujający numer jak “Gardenia”, by za moment zaskoczyć mrocznym “Vulture”.

5. SOLANGE A SEAT AT THE TABLE

„A Seat at the Table” może nudzić. Piosenki utrzymane są w podobnym tempie i mało który refren na dłużej chce się człowieka uczepić. To nie jest płyta do pobieżnego słuchania. Z Solange trzeba dłużej posiedzieć, by dobrze wsłuchać się w to, co młodsza Knowles nam proponuje. A proponuje, wbrew pozorom, wiele, choć album zaskakuje minimalistycznymi aranżacjami, wysuwającymi na pierwszy plan przedstawione historie i aksamitny wokal ich autorki. Usiądźcie przy stole – podążając za tytułem płyty zachęca nas Solange. Ja bym jednak zamieniła twarde krzesło na wygodną kanapę, bo nowe utwory Amerykanki takie właśnie są – miękkie, otulające słuchacza ciepłymi melodiami, pełne delikatności.

4. BLACK ATLASS HAUNTED PARADISE

Kiedy rok temu w zestawieniu najlepszych płyt umieszczałam “Jade”, nie sądziłam, że album szybko zniknie ze Spotify i straci miano debiutu Alexa Fleminga, ukrywającego się pod pseudonimem Black Atlass. Może to jednak było potrzebne, byśmy otrzymali w 2016 roku “Haunted Paradise”? Muzyka artysty z roku na rok ewoluuje. Dziś to nie są już tylko piosenki miksujące soul, r&b i electro. To zerkające także na klasyczne brzmienia kompozycje, których największą mocą jest klimat. “Haunted Paradise” to płyta momentami zmysłowa, chwilami tajemnicza, lecz przez cały czas trzymająca wysoki poziom i zachęcająca do ciągłego odkrywania.

3. DAVID BOWIE BLACKSTAR

Nie wiedzieliśmy, że umiera. Bowie pozwolił, żeby „Blackstar” przemówiło za niego. To przede wszystkim poruszające wydawnictwo, nacechowane aluzjami do zbliżającego się końca przy dźwiękach awangardowego jazzu, artystycznego rocka i ledwie wyczuwalnej elektroniki. Albumem „Blackstar” Bowie tylko potwierdził, że był artystą totalnym, który do swoich ostatnich chwil myślał o muzyce. Ze swojej śmierci zrobił spektakl, choć umarł po cichu, z dala od kamer, fleszy i wścibskich paparazzi. Płyta Brytyjczyka oswaja temat śmierci, pomaga się z nią pogodzić i ją zrozumieć. Choć nigdy nie jest to łatwe.

2. LEONARD COHEN YOU WANT IT DARKER

Chwilę po premierze tej płyty zaczęłam w myślach pisać jej recenzję, kończąc tekst słowami „oby to nie było jego blackstar”. Niestety. Dość ponure, przesiąknięte melancholią „You Want It Darker” zawiera aż za dużo odniesień do śmierci, odchodzenia i żegnania się ze światem. I’m ready, my Lord z nagrania tytułowego czy I’m leaving the table, I’m out of the game z „Leaving the Table” nie wymagają wydumanych interpretacji. Kilka dni po śmierci artysty jego syn powiedział, że ojciec odszedł z przekonaniem, iż ukończył najlepszy album w swojej długiej karierze. Zdania mogą być podzielone, każdy może mieć innego faworyta do roli najdoskonalszego krążka Kanadyjczyka. Nie da się jednak zaprzeczyć, że “You Want It Darker” jest – przez to, co stało się chwilę później – najważniejszym cohenowskim albumem. Smutnym, lecz nie przygnębiającym.


1. NICK CAVE AND THE BAD SEEDS SKELETON TREE

Nick Cave od samego początku był muzycznym ponurakiem, ale nigdy wcześniej każda nuta jego utworu nie była tak przesiąknięta smutkiem, przygnębieniem i zwyczajnym zmęczeniem. Wprawdzie prace nad „Skeleton Tree” rozpoczęły się na kilka miesięcy przed śmiercią Arthura, ale nie da się nie poczuć, że wydarzenie to wpłynęło na ostateczny kształt albumu. Nad całością króluje melancholijny i ponury nastrój, pozbawiony na szczęście przesadnej dramaturgii. W ten spokój warto się wsłuchać. Szesnasty krążek Nick Cave and the Bad Seeds jest ich najtrudniejszą do przyswojenia płytą. Czy najlepszą? Nie skłaniam się ku tej opinii, choć muzyka na niej zawarta naprawdę mnie poruszyła. Do tego stopnia, że uważam “Skeleton Tree” za najlepsze wydawnictwo 2016 roku.

9 odpowiedzi do “TOP75: najlepsze albumy 2016 roku (25-1)”

  1. Twój top 3 mnie nie zaskoczył. Przesłuchałam tylko “Blackstar”, które z pewnością jest dziełem wybitnym, jednak kompletnie nie w moich klimatach. Myślę, że z przedstawionych przez Ciebie płyt najszybciej przesłucham “ANTI”.
    U mnie nowa notka, zapraszam i pozdrawiam. 🙂

  2. Przesłuchałam 13 tegorocznych płyt i “Wrong crowd” zwaliłabym zdecydowanie na dno mojego zestawienia. Gorszy był dla mnie już tylko nowy McMorrow…W życiu bym go o taką tandetną muzę nie podejrzewała.
    Gdzie ty niby widziałaś, przepraszam, w 2016 nowy album Jamesa Blunta? Chyba ci się pomylił z Jamesem Morrisonem. 🙁

      1. Ślepa jestem. 🙂 Bo ja z tych co czytają początek zdania i koniec, a wszystko po drodze pobieżnie. Chociaż jeśli chodzi o McMorrow to on jest prędzej jak Bon Iver, James Blunt i właśnie Morrison. Nie wiem, gdzie tam słychać Blake’a…

  3. A mnie, szczerze mówiąc, niewiele czołówka zaskoczyła, bo czytając Ciebie regularnie, można się było takiego obrotu sprawy spodziewać 🙂 To co pisałaś niedawno o 2016-tym, jako roku, który Ci pewne sprawy uzmysłowił, ma w tym swoje odzwierciedlenie. Był to niejako rok nieoczekiwanych pożegnań. Dla mnie jednak był to również rok wielkich odkryć, stąd fascynacja osobami, które odkryły siebie na nowo, takimi jak Clare, czy Diane Birch. Inne podejście do tego samego roku i zupełnie inne obserwacje 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *