TOP75: najlepsze albumy 2017 roku (75-51)


75. LANA DEL REY LUST FOR LIFE

Nowa płyta Lany Del Rey sprawiła mi sporo problemów. Niby wszystko się tu zgadza – ładne, przesiąknięte smutkiem wokale; niegłupie teksty; nowocześniejsze, lecz muśnięte estetyką lat 60. i 70. melodie. No i klimat – wciąż pięknie melancholijny. Podoba mi się, że wokalistka idzie do przodu, nie pozwalając sobie jednak na szokujące, duże eksperymenty, które zakończyć by się mogły spektakularną klapą. „Lust for Life” niestety podoba mi się z jej wydawnictw najmniej. Doceniam, szanuję, ale nie potrafię znaleźć tyle chęci, by raz jeszcze przejść przez ten album od początku do końca. Nie obfituje (w porównaniu np. do “Honeymoon”) w zachwycające, kruszące moje serce kompozycje. Rzutem na taśmę, bo mimo wszystko mam do Lany spory sentyment.

(#4 w 2012 r.; #4 w 2014 r.; #7 w 2015 r.)

74. Royal Blood How Did We Get So Dark?

To samo po raz drugi – tak najprościej podsumować można drugi studyjny album brytyjskiego duetu Royal Blood, który w 2014 roku konkretnie zatrząsł rockową sceną. W 2017 po premierze “How Did We Get so Dark?” te poruszenie było znacznie mniejsze, choć brzmienie zespołu nie uległo zmianie. Wciąż jest głośno, hałaśliwie, jazgotliwie. Mike’owi Kerrowi i Benowi Thatcherowi wystarczą tylko dwa instrumenty, by porwać za sobą tłumy i stworzyć niebanalne, garażowo-hard rockowe melodie.

(#15 w 2014 r.)


73. DUA LIPA DUA LIPA

Dla mnie Dua Lipa to przede wszystkim głos – ciemny, niski, czyściutki. Nie dorównujący może moim wieloletnim ulubienicom, ale stawiający młodą Albankę wysoko w zestawieniu najważniejszych debiutujących wokali ostatnich lat. Co warte odnotowania, także na żywo artystka wypada znakomicie, udowadniając, że jej świetny śpiew to nie tylko zasługa studyjnych, komputerowych sztuczek. Podoba mi się jej umiejętność dostosowywania do sytuacji – pasuje zarówno do żywiołowych, szybkich numerów, jak i spokojniejszych, balladowych piosenek. „Dua Lipa” nie jest dla mnie płytą roku, ale sądzę, że miłośnicy popowych melodii z łatwością docenią proponowane przez wokalistkę kompozycje.

72. JAMIROQUAI AUTOMATON

Brytyjska formacja Jamiroquai, mająca na koncie takie przeboje jak „Space Cowboy”, „Virtual Insanity” i „Deeper Underground”, na następcę swojego ostatniego wydawnictwa kazała nam czekać siedem lat. Przez ten czas wydarzyło się w muzyce wiele i zagadką pozostawało, jak do tych zmian podejdą Jay Kay i spółka. „Automaton” przynosi odpowiedź bardzo szybko – Jamiroquai mają gdzieś współczesne trendy i nadal robią swoje, proponując nam zachęcającą do tańca mieszankę funku, disco o przystępnych, popowych refrenach. Mało w tym świeżości, ale trudno wskazać lepszą imprezową płytę 2017 roku.

71. CALVIN HARRIS FUNK WAV BOUNCES VOL. 1

Dopiero co Calvin Harris informował, że przestaje wydawać płyty na rzecz samych singli, a tymczasem w planach ma drugą część funkowego wydawnictwa. Czy na pewno kontynuacja tej przygody jest niezbędna? Kij jak zawsze ma dwa końce. Z jednej strony zawsze cieszą mnie takie powroty do przeszłości. Nad nowymi numerami Calvina unosi się lekki nostalgiczny wiaterek, a one same są bardzo przyjemne i relaksujące. Odnoszę niestety wrażenie, iż producent mógł wycisnąć z tego tandemu funk-disco znacznie więcej, bo już w połowie (bądź co bądź krótkiego) albumu dopada mnie znużenie. Nie mniej jednak ciekawi mnie ciąg dalszy tej przygody.

70. TLC TLC

„TLC” od początku zapowiadane było jako pożegnalne wydawnictwo zespołu. Takiego girlsbandu będzie brakować, choć oczywiście ciężko powiedzieć, by TLC jakoś mocno obecne były w ostatnich latach. Mają jednak dla kogo śpiewać, o czym świadczy fakt, jak wiele osób zaangażowało się w zbiórkę pieniędzy na nagranie tej płyty. Album powstał więc dla nas, dla fanów. To pożegnanie i jednoczesne podziękowanie za okazywane od początku lat 90. wsparcie. Muzycznie – bardziej podobają mi się pierwsze krążki formacji. Doceniam jednak to, że obu wokalistkom chciało się postawić tę ostatnią kropkę w swojej długiej historii.

69. ED SHEERAN ÷

Z Edem Sheeranem mam zawsze ten problem, że chociaż jego piosenki całkiem mi się podobają, daleko mi do osoby twierdzącej, że są najlepszą rzeczą, jaka mogła ją spotkać. Odzwyczaiłam się już trochę od takich muzyków. Brytyjczyk (podobnie jak i jego muzyka) jest zbyt słodki, za delikatny. Chwilami też zbyt ckliwy. Brakuje mi w jego twórczości zdecydowanego tupnięcia nogą i odrobinki szaleństwa. Kontrolowanej agresji. Mimo wszystko jego płyt słucha się całkiem przyjemnie. „÷” pod tym względem nie odstaje od poprzedników, będąc jednak albumem, jaki Sheeran nagrał z pozycji jednej z największych gwiazd popu naszych czasów.

68. MILEY CYRUS YOUNGER NOW

Miley Cyrus nie miała łatwo. Tak bardzo zahipnotyzowała mnie albumem „Miley Cyrus & Her Dead Petz”, że przestałam myśleć o jego następcy. A ten nadszedł szybciej, niż się spodziewałam. Wydanym w 2015 roku z zaskoczenia krążkiem artystka podniosła sobie poprzeczkę tak wysoko, że stracić można nadzieję na to, że kiedykolwiek ją przeskoczy. „Younger Now” dumnie jednak przechodzi pod nią. Płyta ma swoje wady. Narzekać można, że całość brzmi podobnie, mało odważnie i zachowawczo, a teksty nie współgrają z dojrzalszym wizerunkiem wokalistki. Myślę jednak, że takie zaczerpnięcie świeżego, wiejskiego powietrza było Miley potrzebne. „Younger Now” jest płytą mniej oryginalną od „Miley Cyrus & Her Dead Petz”, ale za to bardziej poukładaną i szczerszą niż „Bangerz”.

(#2 w 2015 r.)

67. TAYLOR SWIFT REPUTATION

The world moves on, another day, another drama. But not for me, all I think about is karma. Takie słowa padają w „Look What You Made Me Do”, odsłaniając przed nami część osobowości Taylor Swift. Wokalistka mi zaimponowała. Zamiast po różnych aferkach rzucać się w słowne przepychanki, nakręcając temat jeszcze bardziej, siedziała cicho i obmyślała plan zemsty. Bo ta najlepiej smakuje na zimno. Niewiele może na „Reputation” szpilek wbitych innym, ale jedno na pewno wrogów Swift zaboli – ona znów jest na topie i śmieje im się w twarz. Nawet, jeśli płyta jako całość nie jest tak okazała, jak być mogła. Dla mnie i tak jest najlepszym albumem, jaki wyszedł spod jej ręki.

66. KASABIAN FOR CRYING OUT LOUD

We’re just looking for some action deklarują w jednej z kompozycji członkowie Kasabian. A ja chętnie się do tych poszukiwań przyłączam. „For Crying Out Loud” jest krążkiem bardzo typowym i gdybym w ciemno miała zgadywać, jaka formacja go popełniła, Kasabian przyszliby mi na myśl jako pierwsi, gdyż w wielu numerach wyczuwam to lekkie zadzieranie nosa i rzucane z góry spojrzenia na inne kapele chcące dziś tworzyć przebojowego rocka. Nie oznacza to jednak, że nie warto sobie płytą zawracać głowy. Kasabian nie schodzą poniżej pewnego poziomu, a ze słuchania ich muzyki można czerpać autentyczną przyjemność.

(#66 w 2014 r.)

65. U2 SONGS OF EXPERIENCE

Trzy lata fani irlandzkiej, legendarnej formacji U2 czekać musieli na następcę “Songs of Innocence”. Co ciekawe krążek ukazał by się kilka miesięcy wcześniej, gdyby Bono w odpowiedzi na wyniki prezydenckich wyborów w USA nie postanowił nadać tekstom politycznego wydźwięku. Pod względem muzycznym “Songs of Experience” zostawia w tyle poprzednika, choć brakuje na nim tak mocnego punktu, jakim wcześniej było “The Troubles”. Ubiegłoroczny krążek U2 nie brzmi już tak popowo i słodko, choć nie sposób nie odmówić mu podobnie stadionowego potencjału.

(#42 w 2014 r.)

64. SOHN RENNEN

SOHN zsunął kaptur, zdjął czapkę i zaopatrzył się w kapelusz. To nie jedyna zmiana, jaka zaszła w jego muzycznym życiu. Wycofany z początku Brytyjczyk bardziej się na „Rennen” otwiera, podchodząc bliżej do słuchaczy i proponując im brzmienie różnorodniejsze i, chwilami, prostsze. Electrosoulowy, w dużej mierze oniryczny, finezyjny i budowany przez syntezatory debiut zastąpiła płyta bardziej rozrywkowa, choć podobnie emocjonalna i ciesząca uszy udanymi melodyjnymi sklejkami. Jednak o ile „Tremors” jest krążkiem, którego najlepiej słucha się od początku do końca, nie zbaczając z wyznaczonej przez artystę ścieżki, tak „Rennen” sprawia wrażenie kompilacji. To bardzo piosenkowa płyta.

(#31 w 2014 r.)

63. IMAGINE DRAGONS EVOLVE

Choć znam twórczość kapeli od chwili, kiedy „Radioactive” podbijało listy przebojów, musiał ukazać się ich trzeci album, by w mojej głowie zrodziła się następująca myśl: Imagine Dragons to zespół piosenkowy. Mało jest wykonawców, których płyty tak szybko zostawiam przy jednoczesnym męczeniu miesiącami kilku wybranych numerów. „Evolve” tego nie zmienia, będąc kolejnym wydawnictwem amerykańskiej formacji, które przytnę dla własnej wygody. A jak jest z tą tytułową ewolucją? Mała, malutka. Bardziej zauważalna w tekstach opowiadających o stawaniu się osobą silniejszą. Wciąż mamy tu sporo stadionowych, świetnie wypadających na koncertach utworów. Chociaż Imagine Dragons nie silili się nigdy na robienie rockowej muzyki, nigdy wcześniej nie brzmieli tak popowo i łagodnie.

(#44 w 2015 r.)

62. CASHMERE CAT 9

Norweg inaczej patrzy na muzykę elektroniczną mającą podbijać listy przebojów i parkiety. Ujmuje ją w sposób delikatny i zadziwiająco minimalistyczny. Sporo w jego nagraniach współczesnego popu przemieszanego z r&b. „9″ nie przynosi utworów, które widziałabym w roli wakacyjnych przebojów. To raczej melodie na schyłek upalnego lata, których atutem jest spójność. Dzięki temu debiut Cashmere Cat nie brzmi jak jakaś składanka, ale pełnoprawna płyta o wstępie, zacnym rozwinięciu i zakończeniu.

61. BONOBO MIGRATION

Nieczęsto wybieram muzykę instrumentalną, ale jak już to robię, chcę, by towarzyszyła mi w chwilach, w których potrzebuję się skupić na czymś zupełnie innymi. Wokale i kreślone przez nie historie często mnie z tego wybijają. Nic więc dziwnego, że tak chętnie sięgnęłam po “Migration” brytyjskiego muzyka Bonobo. Jego nowe kompozycje idealnie podsumowuje sama okładka wydawnictwa. Jest chłodno, świeżo, ale momentami pojawiają się nieco żywsze, cieplejsze melodie. Może nie powodujące ognia, ale potrafiące rozgrzać parkiet (duet z Nickiem Murphym!).

60. KELELA TAKE ME APART

Długo Kelela czekała na swoje pięć minut i sposobność wydania debiutanckiej płyty. W końcu się udało i najprościej rzec, że na “Take Me Apart” warto było czekać. Delikatnie klubowe podkłady przecinają się z r&b w jego bardziej tradycyjnym wydaniu. Nad tym wszystkim góruje łagodny, ciepły, kobiecy wokal Keleli, która w swoich kompozycjach porusza zarówno tematy wesołe, jak i lądujące na drugim biegunie: sporo tu o znajdowaniu miłości, ale i rozpadzie związku. Emocje nie są wokalistce obce.

(#43 w 2015 r.)

59. SYD FIN

Należę do osób, które swego czasu (a było to, jeśli dobrze pamiętam, w 2014 roku) zainteresowała twórczość debiutującej Tinashe. Gwiazda wokalistki nagrywającej alternatywne r&b znacznie przygasła, ale doczekaliśmy się godnej następczyni. Syd, członkini The Internet, postanowiła w 2017 wydać pierwszy solowy krążek. Sporo na nim elektronicznych dźwięków urozmaicających czarne brzmienia z przełomu XX i XXI wieku. Być może to porównanie będzie na wyrost, ale naprawdę sądzę, że tak mogłaby brzmieć jedna z płyt Aaliyah, gdyby tylko artystka nie zginęła w katastrofie lotniczej w 2001 roku.

58. PARAMORE AFTER LAUGHTER

Okładka pełna jasnych, optymistycznych barw. Roześmiany tytuł. Wydawać by się mogło, iż pierwszy od 2013 roku krążek zespołu Paramore jest zbiorem kompozycji o radosnym, pozytywnym wydźwięku. I takie też w większości są melodie, po które grupa tym razem sięgnęła, dając nam zapomnieć, iż zaczynali jako emo-pop punkowa formacja. Sporo tu bowiem inspiracji przebojowymi latami 80., new wave i alternatywnym popem, lecz  ciekawsze rzeczy dzieją się w warstwie tekstowej. Wokalistka kapeli, Hayley Willams, śpiewa o swoich lękach i depresji. Robi to w sposób bardzo prosty, zrozumiały. Trafiający do wszystkich.

(#8 w 2013 r.)

57. J. BERNARDT RUNNING DAYS

W ubiegłym roku ze swoimi nowymi projektami wystartowali koledzy z belgijskiego indie rockowego zespołu Balthazar. O ile jednak Maarten Devoldere wydał niedawno już swój drugi album, tak Jinte Deprez nie spieszył się z premierą solowego debiutu, powoli zapowiadając go od 2016 roku. Było warto czekać na „Running Days”. Chociażby dla samej niespodzianki. Artysta odłożył na bok gitarowe brzmienie i zatopił się w świecie sampli, hip hopu i r&b. Spokojnie, podszedł do tematu po swojemu, otrzymując muzykę ciekawą, niebanalną i jakąś taką… słoneczną.

56. G-EAZY THE BEAUTIFUL & DAMNED

Nieraz już wspominałam, że lubię płyty krótkie. Uwielbiam, gdy nie trzeba poświęcić im nawet godziny. Tych warunków nie spełnia gorący jeszcze krążek „The Beautiful & Damned” amerykańskiego rapera G-Eazy’ego. Nie dość, że trwa przeszło godzinę, to jeszcze składa się z aż dwudziestu kompozycji. Całość przelatuje jednak w mgnieniu oka. G-Eazy proponuje nam nieprzesadnie nowoczesny hip hop i opowieści o sobie. Mało w tym może emocji, ale buja niesamowicie. Wartymi uwagi są także pojawiający się na krążku goście, a szczególnie Zoe Nash, której partia w tytułowym numerze strasznie się wkręca. “The Beautiful & Damned” to moje zeszłoroczne guilty pleasure.

55. DEPECHE MODE SPIRIT

Ciężko mi powiedzieć, bym należała do grona fanów legendarnej formacji Depeche Mode. Zawsze jednak chętnie sprawdzam, jak brzmi ich każde kolejne wydawnictwo. Na następcę “Delta Machine” przyszło nam czekać cztery lata. “Spirit” nie jest krążkiem, z którego wylansowanych mogłoby być kilka hitów. To jednak zbyt zaangażowana, złożona i mało przyswajalna muzyka o chłodnym, industrialnym wydźwięku i mrocznej, przepełnionej gęstym niepokojem atmosferze. Może i bez wspomnianych przebojów, ale za to z brzmiącym jak zawsze rewelacyjnie i pewnie siebie Davem Gahanem, który nadaje twórczości Depeszów lekkiego rozdrażnienia.

54. KELLY LEE OWENS KELLY LEE OWENS

Kiedy wydawałoby się, iż w produkcji elektronicznej muzyki prym wiodą faceci, na horyzoncie pojawiła się walijska producentka i wokalistka Kelly Lee Owens. Imienny krążek jest jej debiutem. I to debiutem naprawdę udanym, choć nie zwracającym na siebie większej uwagi. Wymaga sporej dozy cierpliwości i wczucia się w proponowane przez artystkę dźwięki. Te są wielowymiarowe, bo w końcu elektronika niejedno ma oblicze. U Kelly występuje w najróżniejszych, choć podobnie oszczędnych formach. Czasem przywdziewa trip hopowe wdzianka, czasem sięga po ambient. Innym razem bardziej interesuje się minimalistycznym techno, by potem wybrać coś z szuflady z wyciszającym electropopem.

53. ME AND THAT MAN SONGS OF LOVE AND DEATH

Tytuł przywodzący na myśl pierwsze studyjne albumy Leonarda Cohena. Brzmienie oddające hołd twórczości takich muzycznych sław Nick Cave and the Bad Seeds, Johnny Cash czy Tom Waits. Niektóre wokale zmuszające mnie do sprawdzenia, czy za poszczególnymi utworami nie stoi King Dude. Bardzo dużo inspiracji jak na jeden album. Ale za to z najwyższej półki. Nergal i Josh Porter stworzyli wspólnie bardzo amerykański krążek, prezentując granie mroczne, ale bardzo stylowe i składające hołd rockowej klasyce, choć nie odrzucającej od siebie inspiracji bluesem czy nawet dark folkiem.

52. LAURA MARLING SEMPER FEMINA

Choć nie ma jeszcze dwudziestu ośmiu lat, jej debiutancka płyta w 2018 roku będzie mogła zdmuchnąć dziesięć świeczek na urodzinowym torcie. Brytyjska folkowa wokalistka Laura Marling osiągnęła już sporo, ale ani myśli sobie odpuścić. Album “Semper Femina” udowadnia, że artystka ciągle ma coś do powiedzenia. Tym razem skupia się na kobietach i ich problemach, nie zapominając o niebanalnych, dojrzałych melodiach i wokalach. Jej nowa płyta ma jeszcze jedną sporą zaletę – pozwala się wyciszyć i choć na czterdzieści minut odłączyć od pędzącego świata.

51. GUN OUTFIT OUT OF RANGE

Na Facebooku nie mają nawet trzech tysięcy fanów a brzmią jak twój nowo odkryty, ulubiony indie folkowy zespół, którego występu nie przegapiłbyś podczas festiwalu pokroju katowickiego OFF’a, wzruszając ramionami na widok większych nazwisk na plakacie. Chociaż Gun Outfit pochodzą z Los Angeles, więcej w ich muzyce klimatów z głębi amerykańskiego lądu. Tym bardziej, że wspomniany indie folk często spotyka nie wywołujące uczucia zażenowania country. Nad całością króluje bardzo błogi klimat, choć niektóre kompozycje potrafią przywodzić mi na myśl debiutancki longplay The National.

7 Replies to “TOP75: najlepsze albumy 2017 roku (75-51)”

  1. Lubię krążek Calvina Harrisa, uwielbiam Imagine Dragons, U2 mnie nie zachwyciło, a ze wspomnianych wyżej, to nie wiedziałam, że nową płytę wydało Paramore, muszę przesłuchać 🙂

  2. Ja cenię “Duę” i “Lust For Life” znacznie bardziej, szczególnie ten drugi uważam za najlepszy album Lany od “Born To Die”. Jestem też ciekawa “After Laughter”, muszę go przesłuchać w najbliższym czasie.
    Pozdrawiam. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *