TOP75: najlepsze albumy 2017 roku (50-26)


50. JMSN Whatever Makes You Happy

Autor tekstów piosenek, producent, multiinstrumentalista, inżynier dźwięku i oczywiście wokalista – Christian Berishaj (tworzący pod pseudonimem JMSN) całe swoje życie poświęcił muzyce. Nie jest to stwierdzenie na wynos – od 2012 roku co roku ma dla nas nowy album. Ten ostatni, “Whatever Makes You Happy”, w końcu zwrócił na niego moją uwagę. Być może właśnie taką muzykę tworzyłby Justin Timberlake, gdyby wcześniej za bardzo nie porwał go przebojowy pop czy (to później) muzyczne eksperymenty. JMSN zręcznie bowiem miesza blue eyed soul z tradycyjnym, oldskulowym r&b, otrzymując porcję przyjemnie kołyszących, niebanalnych kompozycji.

49. SLOWDIVE SLOWDIVE

Kiedy niektórzy przestępują z nogi na nogę i głośno wyrażają swoje zniecierpliwienie, że ulubiony artysta już drugi rok nie wydaje nowej płyty, za wytrwałość należy nagrodzić fanów brytyjskiej formacji Slowdive, która z wydaniem nowej płyty zwlekała… 22 lata. „Slowdive” ukazało się w dobrym momencie – w końcu jak bumerang co jakiś czas powraca tęsknota za latami 90. i ówczesnym brzmieniem. Zespół nie sili się na definiowanie swojego stylu na nowo. Raczej rozwija to, co dawał nam wcześniej, pozostając silną nazwą w świecie shoegazowych i dream popowych melodii. Ich powrotne wydawnictwo zdecydowanie nie jest płytą na jeden raz.

48.LOREEN RIDE

Zwyciężczyni jednej z edycji Eurowizji swoją piosenką “Euphoria” narobiła niemałego zamieszania w electropopowym światku. Jednak jak szybko się pojawiła, tak szybko zniknęła, a fani na jej kolejne wydawnictwo poczekać musieli pół dekady. I pewnie przeżyli niemały szok, gdyż Loreen zboczyła z wcześniej obranej drogi i wybrała się na wolniejszą przejażdżkę w świetle księżyca w poszukiwaniu samej siebie, swojej tożsamości. I chyba znalazła, bo “Ride” jest albumem pełnym ambitniejszych dźwięków, będących mieszanką dream popu, indie rocka, elektroniki czy nawet… shoegaze. Dobry powrót.

47. FATHER JOHN MISTY PURE COMEDY

Przejście przez którąś z płyt Josha Tillmana to nie lada wyzwanie. Moją cierpliwość amerykański muzyk i wokalista wystawił na najpoważniejszą próbę w 2017 roku, kiedy wydał album “Pure Comedy”. Podchodziłam do krążka nie raz, ale dopiero po paru miesiącach od premiery udało mi się go wysłuchać od A do Z. Father John Misty nie silił się na eksperymenty. Wciąż pozostaje wierny brzmieniu inspirowanym latami 70. Nadal buduje swoje kompozycje bogatym instrumentarium i śpiewa z lekką dozą ironii o dzisiejszym świecie, społeczeństwie, jednostce. Jest melodyjnie, nieco podniośle. Ciągle tak samo elegancko. Nudniej niż poprzednim razem, ale dla tego nostalgicznego klimatu i wokalu Tillmana warto się przemęczyć.

(#12 w 2015 r.)

46. TACO HEMINGWAY SZPRYCER

Takiego hejtu Taco Hemingway chyba się nie spodziewał. Pod koniec lipca oddał w nasze ręce nowy krążek i się zaczęło – co to za śpiewy?; łeee autotune; teksty znów o tym samym. Moja własna przygoda z wydawnictwem „Szprycer” z początku nie należała do zbyt udanych. Coś mnie jednak do tej płyty ciągle przyciągało. Razem z polskim raperem powracamy z położonego nad morzem hotelu „Marmur” (tam działa się akcja albumu z 2016 roku) i znów lądujemy w brudnej, nocnej stolicy, podążając za Taco po nowoczesnych, często trapowych podkładach. Najmocniejszymi elementami albumu są nie tylko teksty (moje ulubione: Kiedyś to byś mi odtrącił dłoń, dzisiaj na mój widok robisz skłon; Łykam bas niby tlen, żeby życie miało sens), ale i zmiany klimatu – raz jest melancholijnie, raz smutno, raz zadziornie. Nastrój potrafi mi się udzielić.


45. QUEENS OF THE STONE AGE VILLAINS

Najprościej powiedzieć, iż „Villains” nie dorasta do pięt swojemu poprzednikowi. Ta myśl błąkała mi się po głowie po pierwszym spotkaniu z siódmym wydawnictwem amerykańskiego zespołu. Szybko jednak się za takie wybrzydzanie skarciłam. Nie było w końcu żadnych szans na powtórkę, bo Queens of the Stone Age nie należy do formacji, które na każdej kolejnej płycie sięgają po sprawdzone patenty. Wciąż podpisuję się pod stwierdzeniem, że „…Like Clockwork” jest wybitnym, poruszającym dziełem, towarzyszącym mi w najtrudniejszych chwilach życia. Nie warto jednak kręcić nosem na „Villains”. To zupełnie nowa jakość i bezwstydnie przebojowa muzyka.

(#2 w 2013 r.)


44. P!NK BEAUTIFUL TRAUMA

Aż za dobrze rozumiem genezę tytułu siódmej studyjnej płyty P!nk. Wokalistka śpiewa o życiu, a ono potrafi raz dać kopa i okazać się traumą, a raz obfitować w piękne, miłe chwile. Słuchając „Beautiful Trauma” odnoszę jednak wrażenie, iż artystka skupiła się na niezbyt pozytywnych tematach, tworząc krążek bardzo refleksyjny i szukając inspiracji w swojej – czasem odległej – przeszłości. Mniej tu potencjalnych hitów niż na „The Truth About Love”, ale za to więcej różnorodnych, krystalicznych wokali. Ładny powrót dojrzałej wokalistki, która jeszcze nie zapomniała, co to zabawa.

43. Nothing But Thieves Broken Machine

Od dawna mówi się, że w muzyce rockowej nie dzieje się nic ciekawego, przez co marne są szanse, że pojawi się kiedyś zespół, o którym w przyszłości powiedzieć można, że jest wielki. Życzę tego jednak z całej siły formacji Nothing But Thieves, która zaprezentowała w 2017 roku swój drugi album “Broken Machine”. Jeśli drugi krążek jest tym największym sprawdzianem dla wykonawcy, to przyznam bez cienia przesady, iż Nothing But Thieves ten egzamin zdali bardzo sprawnie i z wysoką notą. Ich ubiegłoroczna płyta to mocne, surowe dzieło.

42. ARIEL PINK DEDICATED TO Bobby Jameson

Kim jest tytułowy Bobby Jameson? Swój najnowszy album Ariel Pink postanowił zadedykować zmarłemu w 2015 roku muzykowi, który tworzył w latach 60., a który w kolejnych dekadach zmagał się z depresją i alkoholizmem, by w nowym tysiącleciu powrócić z nowym pomysłem i zostać… blogerem. Jego historia jest smutna, więc i w nowych kompozycjach Ariel Pink stara się nie przesadzać z ujawnianiem swego niezwykłego, błyskotliwego poczucia humoru. Muzycznie mamy do czynienia z graniem jak zawsze złożonym i ciężkim do zaszufladkowania. Raz ostrzejszym, niemalże składającym hołd rockowej tradycji, raz bardziej elektronicznym czy nawet przywołującym echa lat 80.

41. ZOLA JESUS OKOVI

Po (jak na jej standardy) całkiem przystępnym, zapatrującym się na synthpopowe dźwięki albumie “Taiga” przyszła pora na muzyczną woltę. Nie mogło być zresztą inaczej, gdyż powstawaniu “Okovi” towarzyszyły smutne zawirowania w prywatnym życiu Zoli Jesus. Artystka straciła bliskiego przyjaciela i zmagała się z depresją. Te dwa tematy (śmierć i depresja) są częstymi gośćmi w jej kompozycjach, choć sporo tu także o zwyczajnej bezsilności i próbie pogodzenia się z okrutnym losem. A to wszystko w zestawie z dotykającymi gotycko-elektroniczno-industrialnych klimatów melodii. Ta płyta potrafi wciągnąć.

40. JESSIE WARE GLASSHOUSE

Znakomicie pamiętam jej debiutancki album “Devotion”, który ukazał się w 2012 roku. Po pięciu latach brytyjska wokalistka Jessie Ware przedefiniowała swoje brzmienie. Przeszła od chłodnego, elektronicznego soulu do popu, stając się nową gwiazdą jego szlachetnego, eleganckiego i niezwykle kobiecego oblicza. “Glasshouse” jest więc nowym rozdziałem jej kariery – cieplejszym, uroczym, rozkosznym. Może i nowe piosenki Ware nie wywołają rewolucji i nie zaskoczą słuchacza na każdym kroku, ale za to pogrzeszyć mogą pięknym klimatem. Te utwory naprawdę mają właściwości antystresowe. Słucham i robi mi się tak… błogo.

(#3 w 2012 r.; #33 w 2014 r.)

39. KESHA RAINBOW

Słuchając „Rainbow” w końcu mam wrażenie, że słucham Keshy. W przypadku takich płyt jak „Animal” czy „Warrior” widziałam blond wokalistkę, która za wszelką cenę usiłowała mi pokazać, jaka to ona jest rozrywkowa, bezczelna, pyskata. Przekonywała, że cały jej świat jest jedną wielką imprezą. Na dłuższą metę tak się przecież nie da. Światła kiedyś zgasną, przyjaciele pójdą do domu, a pogoda za oknem będzie jesienna. I potem pojawia się „Rainbow” – jak ładnie gdzieś ujęto, płyta nagrana sercem, będąca dla Keshy formą terapii. Stąd wiele historii o stawianiu czoła problemom, szukaniu pewności siebie, odnajdywaniu sensu życia i kontroli nad nim oraz cieszeniu się z małych rzeczy.

38. DIANA KRALL TURN UP THE QUIET

Osoby niezainteresowane jazzem i preferujące bardziej przebojowe melodie raczej nie mają na “Turn Up the Quiet” czego szukać. Diana Krall przygotowała album dla słuchaczy, którzy cenią sobie ciszę i spokój. Można zarzucić, że artystka się powtarza i nagrywa podobne wydawnictwa, ale wystarczy uważniej się w nie wsłuchać, by wyłapać różnice i przekonać się, jak wiele pomysłów na swoje kolejne płyty Krall posiada. Można też śmiać się, że „to taka muzyka do hotelowej restauracji”. Ale za to jakże elegancka, wyważona i pięknie podana. „Turn Up the Quiet” zmazuje średnie wrażenie, jakie zrobiło „Wallflower”.

(#6 w 2012 r.; #62 w 2015 r.)


37. VÖK FIGURE

Dziwnie się mówi o islandzkiej formacji Vök jako o tegorocznych debiutantach. Grupa działa od paru lat, ma na koncie niezliczoną ilość koncertów i dwie epki (w tym jedną zawierającą nagrania w ojczystym języku członków zespołu). Z wydaniem debiutanckiego longplaya Vök czekali jednak do 2017 roku. Pierwsza płyta Islandczyków jest porcją eklektycznych brzmień. Grupa w swoich kompozycjach przemieszała ze sobą inspiracje takimi gatunkami jak elektronika, dream pop, trip hop oraz r&b, skręcając chwilami w stronę ambientowych, chillujących dźwięków. Całość przyjemnie kołysze, stając się jedną z najprzyjemniejszych płyt roku. Mało wprawdzie odkrywczą czy rewolucyjną, ale udaną i nad wyraz spójną.

36. DILLON KIND

Trzeci studyjny album pochodzącej z Brazylii wokalistki Dillon o formie, która od dłuższego czasu bardzo mi się podoba – wyselekcjonowana dziesiątka nagrań dająca nieco ponad pół godziny muzyki. Strzał w dziesiątkę, gdyż premierowe kompozycje artystki nie atakują słuchacza dużą ilością pomysłów. To raczej granie proste, o stonowanych barwach, za które odpowiadają zarówno żywe instrumenty, jak i komputery.


35. THE HORRORS V

Niby tylko dziesięć utworów, ale zaledwie jeden z nich schodzi poniżej czterech minut. Najnowsze – po tytule łatwo zgadnąć, które – dzieło brytyjskiego zespołu The Horrors nie należy do płyt, przez które przechodzi się prosto, szybko i… przyjemnie. To raczej złożone, psychodeliczne, rockowo-elektroniczne granie, lubiące zaskakiwać i zmieniać raz obrany kierunek. Jedynym minusikiem jest brak emocji w tych numerach, choć po czasie spędzonym z “V” mogłabym przyznać, że pasuje to do zmechanizowanej, chłodnej muzyki.

34. LONDON GRAMMAR TRUTH IS A BEAUTIFUL THING

Lubię, gdy słucham płyty i udzielają mi się emocje, które w swoich piosenkach starał się zawrzeć artysta. Co ciekawe częściej mam tak z albumami smutnymi, melancholijnymi aniżeli tętniącymi życiem i buzującymi pozytywnymi emocjami. Nic więc dziwnego, że nie odpuściłam sobie powrotnego wydawnictwa London Grammar “Truth Is a Beautiful Thing”. Nieprzekombinowane, indie-dream popowo brzmienie blednie jednak przy wokalizach Hanny Reid, która zachwyca od pierwszej do ostatniej piosenki, pewnie przechodząc od górnych do dolnych rejestrów.


33. PHOENIX TI AMO

Włoskie wybrzeże, lata 80., wakacje, gelato. Takie skojarzenia nasuwają mi się na myśl, kiedy słucham szóstej studyjnej płyty francuskiej indie popowej grupy Phoenix. Dowodzony przez Thomasa Marsa zespół nagrał płytę aż nieznośnie przebojową, do przesady lekką i momentami kiczowatą, bo odwołującą się do modnej na przełomie lat 70. i 80. stylistyki italo disco. Formacja ujęła jednak ten temat bardzo błyskotliwie i zręcznie, dzięki czemu słuchanie „Ti Amo” dostarczać może mnóstwo przyjemności. Wiele kompozycji od razu zostaje w pamięci, a wplatanie w teksty włoskich słówek sprawia, że chwilami ma się wrażenie, iż obcujemy z jakimś nietypowym włoskim zespołem. Nóżki same chodzą.

32. DAN AUERBACH WAITING ON A SONG

„Waiting on a Song” jest zupełnie nowym rozdziałem w twórczości Dana Auerbacha. Innym, niespodziewanym, świeżym, choć będącym ukłonem w stronę minionych dekad. Wręcz bezczelnie przebojowym. I bardzo udanym. Nie ma tu miejsca na blues rockowe, garażowe numery. Artysta postawił tym razem na retro popowy repertuar przemieszany z elementami folku, country i rocka. Podczas słuchania albumu aż chce się wrzucić do plecaka najpotrzebniejsze rzeczy, założyć wygodne buty, oczy ochronić okularami przeciwsłonecznymi i ruszyć przed siebie. Dokąd? Ku przygodzie.

31. THE KILLERS WONDERFUL WONDERFUL

Dojrzalej niż wcześniej. Przebojowo jak zawsze. “Wonderful Wonderful”, Pierwszy od pięciu lat studyjny album amerykańskiej formacji The Killers, bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Zespół nadal ma dryg do tworzenia wpadających w ucho refrenów, brzmiących tym razem ciekawiej od tych z poprzednich płyt. Brandon Flowers i spółka postanowili też poeksperymentować, chętniej zatapiając się w świecie spokojniejszych, muśniętych popowo-new wave’owymi barwami dźwięków.


30. THE XX I SEE YOU

„I See You” podejrzewać można o bycie przyrodnim bratem dwóch poprzednich płyt Iksów. Ciekawszym, skorym do zabawy, otwartym na świat, optymistyczniej patrzącym w przyszłość przy jednoczesnym poruszaniu trudniejszych tematów. Na trzecim albumie grupa łączy swoje dream popowe melodie z jeszcze wyraźniejszą elektroniką. Takie odświeżenie było im potrzebne. Kolejna wyciszająca płyta sprawiłaby, że nie czekałabym z niecierpliwością na ich następny ruch. Tymczasem „I See You” (będące, krótko mówiąc, moim ulubionym punktem dyskografii The xx) pokazuje, że Brytyjczycy nie dadzą na długo zamknąć się w jednej szufladce.

29. KELLY CLARKSON MEANING OF LIFE

Kelly Clarkson nigdy nie była wokalistką, której twórczość mocniej by mnie ruszała. Do jej płyt po prostu nie chciało mi się wracać. Aż tu nadszedł 2017 rok i premiera „Meaning of Life”. Już podczas pierwszego odsłuchu pojawiła się w mojej głowie myśl, iż zawartość odpowiednio podsumowana została tytułem. Kelly faktycznie brzmi, jakby odnalazła sens. Może nie tyle życia w jego prywatnym aspekcie, co zawodowym. Słucham jej premierowych nagrań i już wiem, że śpiewa je kobieta spełniona, pewna siebie. A do tego zadowolona i dumna ze swojej pracy. Tyle wolności i radości w jej głosie jeszcze nie słyszałam. Po sześciu średnich próbach Clarkson w końcu znalazła swój styl. Bardzo jej w tych popowo-soulowych barwach do twarzy.


28. CHELSEA WOLFE HISS SPUN

„Hiss Spun” jest naturalnym następcą „Abyss”. Sporo tu jazgotliwych, dusznych, inspirowanych metalem melodii, na które bez większego wysiłku swój śpiew nałożyła Chelsea Wolfe. Niby wszystko się zgadza, ale zabrakło mi jednego – emocji. Artystka zapowiadała swój tegoroczny krążek takimi zwrotami jak osobisty czy jestem gotowa, by otworzyć się przed światem. Chociaż obietnicy dotrzymała w warstwie tekstowej, słuchając jej nowych nagrań mam wrażenie, że dystansuje się od swoich opowieści i jeszcze bardziej podkreśla swą introwertyczną naturę. Na najnowszym wydawnictwie Chelsea ani nie straszy (pamiętacie „Apokalypsis”?), ani nie uwodzi („Pain Is Beauty”). Staje się najzwyklejszym człowiekiem targanym wieloma wątpliwościami i siłującym się z samym sobą.

(#17 w 2015 r.)


27. GOLDFRAPP SILVER EYE

„Silver Eye”, choć jest kolejnym krokiem w muzycznej podróży Goldfrapp, nie jest płytą do końca oryginalną i nowatorską. To raczej taki… okrojony best of. Duet jakby powrócił do swoich albumów (pomijając jednak „Felt Mountain” i „Tales of Us”), wybierając z nich pomysły i patenty, które, jego zdaniem, warto rozwinąć. Stąd nad niektórymi piosenkami unosi się delikatność i zwiewność „Seventh Tree”, przy innych ożywają wspomnienia electroclashowych, wyrazistych „Black Cherry” i „Supernature”, a gdzieniegdzie odgrzebane zostają energiczne, taneczne, synth popowe pamiątki po „Head First”. Mieszanka niezła, choć mam wrażenie, że Alison i Willa stać na więcej.

(#2 w 2013 r.)

26. Fleet Foxes Crack-Up

Niektórych znużenie dopada po wielu latach pracy. Innych, jak Robina Pecknolda (lidera Fleet Foxes), po wydaniu zaledwie dwóch płyt. Po premierze “Helplessness Blues” w 2011 roku zespół opuścił perkusista Josh Tillman (niedługo później rozpoczął solową karierę jako Father John Misty). Po sześciu latach indie folkowa formacja powróciła jeszcze silniejsza. Płytą “Crack-Up” zostawiła w tyle swoje starsze dzieła, nagrywając najdojrzalszy i najbardziej ponury materiał w karierze. Sporo tu osobistych refleksji, melancholii i przemyślanych aranżacji, wykraczających poza folkowe granice.

4 odpowiedzi do “TOP75: najlepsze albumy 2017 roku (50-26)”

  1. “The Killers” super. Nie znałam i cieszę się, że posłuchałam Fleet Foxes – coś innego, niż słucham zazwyczaj 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *