
30. Kirby Miss Black America
“Miss Black America” jest płytą, za sprawą której Kirby naprawdę wychodzi z cienia wokalistek, dla których przez lata pisała piosenki. Nawet jeśli nie ma co liczyć na komercyjne sukcesy, odnosi ten na ważniejszym, bo artystycznym polu. Przemawia własnym głosem, śpiewając o dumie, gniewie, cielesności, miłości i społecznych niesprawiedliwościach z perspektywy kobiety wychowanej na południu Stanów Zjednoczonych. To album niezwykle amerykański zarówno pod względem historii, jak i muzycznych klimatów, które Kirby świadomie miesza. Lirycznie spójna i brzmieniowo eklektyczna – warto choć raz posłuchać.
29. Cate Le Bon Michelangelo Dying
Walijska wokalistka Cate Le Bon zwróciła moją uwagę w 2022 roku albumem “Pompeii”, lecz potem zniknęła z moich radarów. By ponownie pojawić się w kręgu moich zainteresowań jesienią wraz z krążkiem “Michelangelo Dying”. To jej siódmy studyjny projekt, na którym artystka zdaje się wychodzić poza typowe dla siebie surrealistyczne ramy. Wkracza do prawdziwego świata. Cate przestaje być art popową postacią z innej bajki, a staje się kimś bliższym – kobietą, która sporo przeżyła i teraz dzieli się tym, co boli ją najbardziej. A to wszystko w towarzystwie melancholijnej atmosfery i delikatnie tkanych melodii.
28. The Last Dinner Party From the Pyre
Tytuł “From the Pyre”, czyli „ze stosu” odczytywać można jak wiadomość przesłaną z ognia, jak głos kobiet, które dawniej palono za to, że były zbyt głośne, zbyt pewne siebie. The Last Dinner Party wpisują się w tę symbolikę: stają się współczesnymi czarownicami, które nie boją się krzyczeć, płonąć i odradzać z popiołów. Drugi krążek dziewczyn wymaga więcej uwagi, nie kusi tyloma chwytliwymi refrenami. Muzyka zespołu pozostaje za to wielowymiarowa łącząc barokową teatralność z rockową surowością. Co z tego dalej będzie? Nie mogę się doczekać, a tymczasem do zobaczenia na warszawskim koncercie The Last Dinner Party.
27. Joy Crookes Juniper
“Juniper” jest dowodem na to, że Joy Crookes zrobiła wyraźny krok naprzód w stosunku do płyty “Skin” – przede wszystkim w zakresie spójności i dojrzałości brzmienia, które tworzy gładką, przemyślaną całość. Choć brakuje mi tu kilku odważniej różnicujących się utworów, które mogłyby wyraźniej wybić się z -skądinąd porządnego – soulowego tłumu, całość broni się klasą. Joy nie goni za trendami, tylko pewnie kroczy własną soulową drogą, udowadniając, że cierpliwość i artystyczna niezależność wciąż mogą owocować muzyką z najwyższej półki.
26. Selena Gomez & Benny Blanco I Said I Love You First
Oczekiwaniu na “I Said I Love You First” nie towarzyszyło u mnie jakieś wielkie podekscytowanie. Otrzymałam tymczasem krążek, z którym po prostu miło spędziłam czas. Podoba mi się to, że zarówno Selena Gomez, jak i Benny Blanco nie silą się na gonienie za tłumem, lecz kreują swój własny dźwiękowy świat. I to świat kolorowy, bo dzieje się tu sporo. Bedroom pop, synth pop, nieco latynoskich klimatów, elektronika i akustyczne granie. Tym sposobem przedstawili nam historię nie tylko swojej miłości, ale i rozwijania swych uczuć czy wspomnień o tym co było, zanim się poznali. Ładna, niewymuszona robota.
25. Peter Murphy Silver Shade
Peter Murphy jest postacią znaną w kręgach muzyki alternatywnej – zasłynął jako wokalista legendarnej gotyckiej grupy Bauhaus. Na koncie ma i solowe dokonania, a jego najnowsza płyta – “Silver Shade” – ukazała się w 2025 roku. Album ten jest mieszanką gothic rocka z darkwave. Nie brakuje tu więc mroku i pewnej teatralności, ale i elektronicznych, syntezatorowych akcentów nadających całości nowoczesnego sznytu. “Silver Shade” nie zaskakuje jakoś bardziej, ale urzeka konsekwencją i klasą. To płyta artysty, który nie musi już niczego udowadniać – swój mrok prezentuje z godnością i wdziękiem.
24. Teyana Taylor Escape Room
Album “Escape Room” Teyany Taylor udowadnia, iż artystka przejęła pełną kontrolę nad własną sztuką i to słychać w każdym detalu. Dzieje się tu równie dużo, co na “The Album” z 2020 roku, ale całość jest spójniejsza, ciekawsza i po prostu lepiej zaaranżowana. Taylor nie tylko śpiewa, ale też staje się reżyserką klimatu. Przygotowane przerywniki budują narrację, przez co słuchacz ma poczucie, iż uczestniczy w muzycznym spektaklu. Płyta przypomina tytułowy escape room – każdy utwór odkrywa kolejne drzwi, prowadzi w nowe emocje i stylistyki, zaskakując różnorodnością, a jednocześnie utrzymując spójną artystyczną wizję.
23. Miley Cyrus Something Beautiful
But the beauty one finds alone is a prayer that longs to be shared mówi nam Miley Cyrus w otwierającym płytę kawałku “Prelude”. I ona tym pięknem postanowiła się ze słuchaczami podzielić, choć “Something Beautiful” jest albumem nieprzesadnie wesołym czy euforycznym. To raczej manifest siły i dostrzeganie metaforycznego światełka w tunelu. Artystka nie ściga się już po wysokie lokaty na listach przebojów, ale robi swoje, kombinuje, próbuje nowych rzeczy – to jest spora wartość jej kolejnego albumu. A w tym wszystkim nadal umie przemycić refren bądź dwa, które błąkają się po głowie.
22. Celeste Woman of Faces
O ile na debiutanckim “Not Your Muse” Celeste podrzuciła kilka refrenów, które z łatwością się człowiek uczepiły, tak “Woman of Faces” wygląda jak album, który nagrała przede wszystkim dla siebie. Taki, który nie walczy o uwagę, ale zostaje na długo w pamięci przez swoją autentyczność. To krążek cichy, surowy. Przez większą część płyty Celeste brzmi tak, jakby niosła ciężar, który stał się jej codziennością. Zamiast artystki głodnej sukcesu słyszymy kobietę zmęczoną, zrezygnowaną, pogodzoną z tym, że świat nie zawsze jest piękny. Brytyjka kryje się za maskami melancholii, rezygnacji, smutku czy refleksji.
21. Erika de Casier Lifetime
Nie do końca kupowałam album “Still” Eriki de Casier z 2024 roku, lecz nie spodziewałam się, że sama artystka tak szybko chce uciec od tamtej ery wyskakując z porcją nowych piosenek. Te zebrała w album “Lifetime”. Na nowym krążku artystka porusza się głównie w obszarze trip hopu, downtempo i klimatycznego r&b. Brzmienia te pojawiały się u niej już wcześniej, ale tu są spięte w spójną i dojrzałą formę. Produkcja cechuje się zwolnionym tempem, miękką rytmiką, klimatycznymi syntezatorami. Uwielbiam też wokale de Casier na tym krążku – są ciche, często zahaczają o szept. Ale przez to brzmi, jakby była tuż obok.
20. Kathryn Mohr Waiting Room
W celu nagrania debiutanckiej płyty Mohr opuściła słoneczną Kalifornię i na kilka tygodni zaszyła się w dawnej fabryce pakowania ryb na wschodzie Islandii. Bez niczyjej pomocy stworzyła album, o którym tak łatwo się nie da zapomnieć. “Waiting Room” nie jest albumem dla każdego i warto to podkreślać. Kathryn Mohr wybrała dla siebie podobną drogę, co chociażby Emma Ruth Rundle, Chelsea Wolfe czy wspomniana już PJ Harvey. Ma być mrocznie, klaustrofobicznie i niepokojąco. Przy wykorzystaniu różnych środków (m.in. gitar czy elektronicznych zabawek) Mohr tworzy swój chłodny, apatyczny muzyczny krajobraz pozbawiony jakiejkolwiek przebojowości. I jest w tym naprawdę świetna.
19. Rose Gray Louder, Please
Nie jestem z tego porównania zbyt zadowolona, bo każda ze wspomnianych za moment artystek ma swój własny styl i ciągnie ze sobą inny bagaż doświadczeń, ale “Louder, Please” jest już dla mnie tym, czym w 2024 roku był krążek “Brat” Charli XCX. Tylko bez tej całej otoczki kulturalnego i socjalnego fenomenu. Zamiast niej mamy po prostu zaproszenie do niczym nieskrępowanej zabawy przy dźwiękach nowoczesnych, choć chętnie też zerkających w przeszłość i czerpiących z tej przeszłości całymi garściami. Jest głośno, jest intensywnie. “Louder, Please” jest albumem, który może przebodźcować, ale po raz kolejny wokalistka z Wysp Brytyjskich rzuca nam wyzwanie, że jak się bawić, to tak, jakby jutra miało nie być.
18. Halle Love?… Or Something Like It
To album, który wciągnął mnie niepostrzeżenie i nie chciał wypuścić. Przez kilka dni nie miałam ochoty słuchać niczego innego. Halle nie sili się na przebojowość ani nie próbuje naśladować nikogo innego. Idzie własną drogą, co bardzo się ceni w świecie klonów. “Love?… Or Something Like It” niespodziewanie stało się jedną z moich ulubionych czarnych płyt 2025 roku. I to nie dlatego, że Bailey zaskoczyła skalą produkcji czy listą gości, ale prawdą. I jeśli ten debiut to dopiero początek jej drogi, to Halle, która tkwiła w ostatnim czasie w cieniu siostry, właśnie ją przebiła.
17. Sharon Van Etten Sharon Van Etten & the Attachment Theory
Sharon Van Etten nie pojawiała się dotąd z końcoworocznych podsumowaniach na mojej stronie w kontekście albumów, lecz od jej najnowszego, “Sharon Van Etten & the Attachment Theory”, przez jakiś czas nie mogłam się odkleić. Płyta brzmi jak świadome, dojrzałe podsumowanie dotychczasowej drogi artystki z paroma stylistycznymi niespodziankami, z którymi mi się Amerykanka dotąd nie kojarzyła, lub o których szybko zapominałam (mamy tu i synthpopowe elementy, i ukłony w stronę cold wave). Album jest jednak spójny i warty poznawania bez dzielenia go na poszczególne utwory. Tu nastrój budowany jest stopniowo.
16. Lily Allen West End Girl
Przez ostatnie lata sięgałam po muzykę Lily Allen raczej z nostalgią niż z nadzieją, że jeszcze wróci z czymś nowym. “West End Girl” udowadnia jednak, że artystka pojawia się wtedy, gdy naprawdę ma coś do powiedzenia. To album, którym chce nam opowiedzieć swoją historię. Brytyjka jest tu wrażliwa i szczera, a chwilami wulgarna. Z gracją, humorem i typową dla siebie ironią wbija byłemu mężowi kolejne szpilki, ale robi to z wdziękiem kogoś, kto zrozumiał, że zemsta najlepiej brzmi na zimno, wzbogacona do tego popowymi melodiami. Oj, jej ex nie będzie miał łatwego życia. Wszyscy dołączyliśmy do teamu Lily.
15. Mark Pritchard x Thom Yorke Tall Tales
Brytyjski twórca muzyki elektronicznej, Mark Pritchard, ma na koncie pokaźną listę kolaboracji, lecz dopiero wieść o jego współpracy z Thomem Yorkiem sprawiła, że jego nazwisko stało się znane pod moim dachem. Panowie stworzyli w 2025 roku wspólny album – “Tall Tales”. To płyta na miarę swoich czasów. Stworzona nie tylko podczas spotkań online, ale i wykorzystująca AI do zaprojektowania okładkowej grafiki. Mimo wszystko nie jest tworem sztucznym. To płyta zanurzona w klimacie lekkiego niepokoju, który tylko podbijają balansujące na granicy świata ludzkiego i odrealnionego wokala Thoma. Pritchard bawi się fakturą dźwięku, tworząc przestrzenne, lekko rozmyte aranżacje. “Tall Tales” zachwyca atmosferą i detalami.
14. Rosalía LUX
Jeśli “Motomami” była lotem w kosmos, to “LUX” jest podróżą do wnętrza duszy, w której muzyka pop jak za dotknięciem magicznej różdżki (a może raczej orkiestrowej batuty) zamienia się w rytuał. Na swoim czwartym studyjnym albumie Rosalía przesuwa popowe granice w rejony, o których mało która koleżanka po fachu odważyła się myśleć. W jej rękach muzyka barokowa, orkiestrowa i sakralna nabiera współczesnego blasku. Staje się modna. Hiszpańska artystka udowadnia, że można tworzyć rzeczy ambitne i wymagające nie stając się przy tym mniej ekscytująca. Wręcz przeciwnie.
13. Lucrecia Dalt A Danger to Ourselves
Kolumbia to nie tylko Shakira i jej latynoski pop. To także Lucrecia Dalt, która chce pokazać nam mroczniejszą stronę wykonawców z tego kraju. “A Danger to Ourselves”, siódmy album Lucrecii, to muzyka wymagająca, ale i hipnotyzująca. Piosenki trzymają w odpowiednim napięciu, bywają abstrakcyjne i zostawiają delikatne poczucie zagrożenia – nie wynika ono jednak z hałasu czy agresji, ale tych pojedynczych dźwięków, które potrafią zaskoczyć. Stylistycznie? Miks elektroniki, awangardy i artystycznego popu. Klimat “A Danger to Ourselves” jest duszny i lekko paranoiczny.
12. Ichiko Aiba Luminescent Creatures
“Luminescent Creatures”, dziesiąty krążek w dyskografii Japonki Ichiko Aiby, jest albumem, który wycisza, łagodzi napięcie i powoli wprowadza w stan kojącej medytacji. Artystka łączy tu intymną atmosferę wykorzystując chamber folk i przestrzenny ambient, tworząc delikatne, niemal świetliste kompozycje. Jej eteryczne melodie płyną z naturalną lekkością, a subtelne brzmienia gitary i głosu układają się w muzykę, która bardzo otula. To płyta, która zachwyca detalami, w które warto się uważniej wsłuchać. Przez cały czas pozostaje niezwykle spokojna i zachęcająca do zatrzymania się choć na chwilę.
11. Olivia Dean The Art of Loving
Album “The Art of Loving” potwierdza, iż Olivia Dean jest w równie wysokiej formie jak w czasach swego debiutu – może nawet dojrzalsza, ale bez utraty tej naturalnej świeżości, która ją wyróżniała od początku. Jest dziś jedną z najciekawszych i najbardziej stylowych przedstawicielek współczesnego brytyjskiego soulu. Jej muzyka ma w sobie klasę, elegancję i wyczucie, ale też ten nieuchwytny pierwiastek młodości, bo nie brakuje jej lekkości. Jej muzyka nie przytłacza ani nie męczy. Płynie sobie w swoim tempie dając przestrzeń na oddech.