Po wydanym w 2024 roku albumie “Crash” miałam nadzieję na coś więcej niż tylko kolejny solidny rozdział w karierze Kehlani. Tamten krążek zostawił mnie z poczuciem niedosytu. Tak, jakby artystka stała w progu czegoś naprawdę istotnego, ale jeszcze nie zrobiła tego decydującego kroku. Pisałam wtedy o potencjale na intrygujący ciąg dalszy i o tym, że choć Amerykanka odnajduje się w realiach współczesnego rynku, wciąż brakuje jej wyraźnego śladu w historii rhythm’and’bluesa, na miarę tego, jaki zostawiły po sobie chociażby Brandy, Aaliyah czy Destiny’s Child. Czy nowa, imienna płyta to zmieni?
“Kehlani” wygląda jak album, który powstał na fali nostalgii za latami 90. i wczesnymi dwutysięcznymi. Kehlani udało się nawiązać współpracę z wykonawcami, którzy w tamtym okresie rozpalali wyobraźnie tłumów. Już na samym początku udziela się Lil Wayne, który dołączył do wokalistki we wzbogacanym dość oszczędnie dęciakami i smyczkami “Anotha Luva”. W surowszym miksie r&b i hip hopu, “No Such Thing”, pojawia się raper Clipse. T-Pain i Lil Jon dają się usłyszeć w “Call Me Back” – sama piosenka brzmi, jakby lata temu zainteresowana nią mogłaby być Ciara. I to komplement. Większe oczekiwania miałam w stosunku do “Back & Forth” z mocną nawijką Missy Elliott. Nawiązujący do Aaliyah numer jest jednak tylko ok. Pozytywnie zaskoczyły duety z Usherem (soulujące, orkiestrowe “Shoulda Never”) oraz Brandy (niespieszne “I Need You”). Z drugiej zaś strony mamy gości, którzy na legendarny status dopiero pracują. W podszytym mocnymi bitami “Pocket” wyskakuje nużąca Cardi B. Pełen luzu występ w “Lights On” zalicza Big Sean. Żywe instrumenty do “Sweet Nuthins” sprowadza Leon Thomas.
Bardziej jednak Kehlani podoba mi się, gdy jest główną gwiazdą swoich kompozycji. Na szczególną uwagę zasługują przede wszystkim najntisowe, melancholijne “Out the Window” (dekadę tę przywołują także “Unlearn” i “You Got It”); zmysłowe “Oooh”, w którym solo na gitarze elektrycznej nadaje dodatkowego smaczku; czy posiadające letni klimacik “Cruise Control”. Płyta nie może nie skrywać melodyjnego r&b postaci “Folded”, które niespodziewanie stało się za Oceanem sporym przebojem w ubiegłym roku. A ja nie mogę oprzeć się wrażeniu, iż dyskografia Amerykanki skrywa fajniejsze kawałki.
“Kehlani” jest płytą spójną i zanurzoną w nostalgii. W dużej mierze budowane jest to wrażenie przez gości i odwołania do brzmień przełomu wieków, co słychać też w jej rozciągniętej, kilkunastopiosenkowej formule. Problem w tym, że za tym klimatem rzadko idą utwory, które faktycznie zostają w głowie na dłużej. To kolejny przyjemny, dobrze wykonany materiał w katalogu Kehlani. Łatwo się tego słucha, ale jeszcze prościej zapomina. Ja jednak chętniej wracam do “Crash”, które ukazywało nam wokalistkę w różnorodnych odsłonach. Tutaj zamiast rozwoju dostajemy wygodne rozsiądnięcie w estetyce, która brzmi znajomo, ale niekoniecznie coś po sobie zostawia.
Warto: Shoulda Never & Out the Window
_______________
SweetSexySavage ♥ It Was Good Until It Wasn’t ♥ Blue Water Road ♥ Crash