
Siedem lat. W realiach współczesnego rynku muzycznego to niemal wieczność. Od premiery udanego debiutu “Blood” w 2019 roku Kelsey Lu praktycznie zniknęła nam z oczu. Nie oznacza to jednak, że porzuciła muzykę. W międzyczasie tworzyła ścieżki dźwiękowe do filmów, współpracowała z innymi artystami i rozwijała się na instrumentalnym polu. Przez siedem lat na scenie pojawiło się wiele nowych nazwisk, które zdążyły przyciągnąć uwagę słuchaczy. Tak długa przerwa potrafi być bezlitosna. Powrót z drugim albumem staje się więc nie tylko kolejnym rozdziałem kariery, ale wręcz próbą ponownego przedstawienia się publiczności. Czy “So Help Me God” udowadnia, że na Kelsey Lu warto było czekać tak długo?
O ile na “Blood” Amerykanka stawiała na piosenki o standardowej długości, tak na tegorocznym krążku oddaje w nasze ręce dwa kolosy. Jeden z nich, “Reaper”, testuje naszą cierpliwość już na samym wstępie. To przyjemny art pop o delikatnym, orkiestrowym aranżu i jazzującym rozwinięciu. Utwór ładny, choć rozciągnięty aż za bardzo. Bardziej podoba mi się siedmiominutowy “American Sonnet” o filmowej atmosferze, teatralnych wokalach a’la Björk i smyczkach, które czasem przecinają powietrze. Warto tu poczekać do końca, bo Kelsey ukryła… minimalistyczne techno!
Jestem jednak większą fanką paru innych propozycji. Z czasem zyskuje “Portrait of a Lady on Fire”, które jest mieszanką soulu lat 70., folku i kosmicznych syntezatorów. Nad tym wszystkim górują wokalne zabawy w stylu Kate Bush. Prostą, ale efektowną piosenką jest chamber folkowe, kameralne “What Can I Do”. Gatunek ten pojawia się i w “Comfort”, któremu niepokojącego klimatu nadaje obniżony głos artystki, a zakończenie zmierza w stronę epickiego alt rocka. Mocniej wybrzmiewa i “Cutting Off the Head Of a Ghost”, które flirtuje z shoegaze. Nie brakuje tu i momentów, gdzie Lu ucieka w nowoczesne bity (r&b-synth-trap “Running to Pain”; disney’owska ballada “Better Than That” nieco psuta trapowymi zagrywkami; “Only the Lonely”, gdzie jazz zestawiony został z drum’n’bass).
“So Help Me God” nie jest płytą, która zabiega za wszelką cenę o uwagę. Kelsey Lu pozostaje wierna własnemu językowi. Pozostaje w artystycznej bańce, do której nie każdy będzie chciał zajrzeć, ale ci, którzy się na to zdecydują, zostaną wynagrodzeni. Kiedy po blisko pięćdziesięciu minutach album dobiega końca i ponownie wracamy do otwierającego go “Reaper”, łatwo dostrzec, jak długą drogę przebyła Amerykanka. Zahaczyła o soul, chamber folk, ambient, elektronikę i współczesne brzmienia nieustannie szukając nowych środków wyrazu. Nie wszystkie eksperymenty okazują się równie udane. Znacznie lepiej wypada, gdy zanurza się w oldschoolowym soulu czy kameralnym folku, niż wtedy, gdy flirtuje z trapem. Nie zmienia to jednak faktu, że “So Help Me God” jest albumem odważnym. Z bożą pomocą czy bez niej – Kelsey Lu zaliczyła dobry comeback.
Warto: Portrait of a Lady on Fire & What Can I Do & Comfort