
Dwie artystki, dwa różne spojrzenia na muzykę i dwie epki, które próbują powiedzieć coś więcej niż to tylko kilka nowych piosenek. Girl in Red na “Blue” stawia na emocjonalną szczerość, podczas gdy Lisa na “Press Play” kieruje uwagę w stronę energii i producenckiego rozmachu. Która z artystek lepiej wykorzystała krótką formę, by pokazać, kim jest dzisiaj?
Lisa Press Play
Po wydanym w lutym 2025 roku debiutanckim albumie “Alter Ego” tajska wokalistka i raperka Lisa nie zamierza pozwolić, by słuchacze na długo o niej zapomnieli. “Press Play” jest kolejnym rozdziałem jej solowej kariery, ale też ruchem, który można odczytać jako próbę podtrzymania zainteresowania jej osobą zanim otrzymamy coś większego. O ile na płycie Lisa eksperymentowała i łapała kilka srok za ogon, tak na “Press Play” chętniej stawia na rap i sprężyste, nowoczesne bity. Robi także ukłon w stronę swoich tajskich korzeni (przemycające ojczysty język trapowe “SaWaDiKa”; egzotyczne melodie w “Tarantino”). Filmowy motyw powtarza nie tylko tytuł wspomnianego utworu, ale i “Cut U Off” – gwizdany sampel podebrany został z “Kill Billa”. Elementy przeboju Missy Elliott “Bomb Intro/Pass That Dutch” podciągają do góry popowo-crunkowe “Cobra”. Spokojniej płynie zmysłowe, na swój sposób taneczne “Sweat”. Elektro rap i mocne bity w “V12” kontrastują z ospałym rapem Lisy. Na epce jest mniej gatunkowych przeskoków, a więcej rapu i ciężkich aranżacji, dzięki czemu te sześć utworów tworzy spójniejszą całość. Nie wiem tylko, jak tak głośne melodie odnalazłyby się w formie longplaya. Czy nie byłoby to zbyt męczące wydawnictwo.
Girl in Red Blue

Od premiery “I’m Doing It Again Baby!” minęły ponad dwa lata, a w tym czasie Girl in Red zdążyła nie tylko odsunąć muzykę na dalszy plan, ale też spróbować swoich sił na ekranie. Norweska wokalistka wraca teraz z epką “Blue” – pierwszym większym wydawnictwem od czasu krążka z 2024 roku. To niewielki projekt, acz wystarczający, by ponownie skierować uwagę na artystkę, która zdobyła słuchaczy szczerym, emocjonalnym indie popem. Mini album składa się zaledwie z czterech premier oscylujących wokół gitarowych klimatów. Czasem bardziej bedroom popowych (“Blue”), innym razem o melancholijnym wydźwięku (“Missing Person”) czy nawet arenowym, koncertowym zrywie (“Clean State”). Mi jednak do gustu najbardziej przypadła niepozorna piosenka “Worst Case” nie trwająca nawet dwóch minut. To folkowa, niewymuszona miniaturka o lekko szeptanych wokalach. Coś małego, ale ujmującego. Girl in Red nie zaskakuje nowym kierunkiem, lecz trudno też oczekiwać, że nagle porzuci wrażliwość, dzięki której zdobyła słuchaczy. To cztery piosenki o stracie i niepewności zanurzone w gitarowym, intymnym brzmieniu.