#418 Lady Gaga “Artpop” (2013)

Gdybym kilka miesięcy temu przeprowadziła sondę i pytała się, jaki jest najbardziej oczekiwany album 2013 roku, z pewnością większość osób wskazałaby właśnie na trzeci studyjny krążek Lady Gagi. Tak, o “Artpopie” było głośno. Pojawieniu się tej płyty towarzyszyła wielka, zbiorowa histeria fanów wokalistki. Dziś już to wszystko trochę ucichło, a może to tylko ja się do tego zdystansowałam? Nowej płyty Gagi miałam nie recenzować. Nie mam dobrego doświadczenia z jej fanami, którzy za jedno złe słowo o swojej idolce są gotowi człowieka zabić. Zero tolerancji dla opinii innych słuchaczy. Nieco karykaturalnie to wygląda biorąc pod uwagę fakt, że Gaga jest osobą, dla której podziały między ludźmi zdają się nie istnieć. Tak więc za wokalistką powiedzmy: stop the drama, start the music. Nie każdemu “Artpop” musi się podobać.

Czytaj dalej #418 Lady Gaga “Artpop” (2013)

#257 Tony Bennett “Duets II” (2011)


Album „Duets II” to następca krążka „Duets: an American Classic” z 2006 roku a jednocześnie jednej z najpopularniejszych płyt w karierze Tony’ego Bennetta.Jednak bez wątpienia większe zainteresowanie wzbudziła nowa część. Może na początek napiszę co nieco o samym Bennecie. Jest jednym z najbardziej cenionych jazzowych wykonawców. Karierę zaczął w 1952 roku. W chwilę wydania „Duets II” miał 85 lat. Niesamowicie się trzyma. Wskażcie mi innego staruszka, który ma tyle werwy co on.

Czytaj dalej #257 Tony Bennett “Duets II” (2011)

RANKING: Najlepsze teledyski Lady Gagi

 

01.Tytuł: Judas
Rok: 2011
Jeden z najbardziej kontrowersyjnych teledysków Lady GaGi. Artystka wciela się w postać Marii Magdaleny, która zakochuje się w Judaszu. Clip rozpoczyna się jazdą na motorach. Ciekawym pomysłem było umieszczenie akcji w czasach współczesnych. Zajeżdżają na pewne podwórko, gdzie GaGa tańczy w samej bieliźnie na tle grupy tancerzy w strojach ‘z epoki’. Później przenosi się do baru. Tańczy potem jeszcze w kilku innych miejscach. Mnie jednak najbardziej spodobały się te ‘konkretne’ sceny: bijatyka, moment, kiedy GaGa wyciąga szminko-pistolet, stoi na skale. Teledysk kończy się ukamienowaniem wokalistki. Jeszcze rok temu clip do “Judas” nie robił na mnie dużego wrażenia. Z perspektywy czasu widzę jednak, że jest najlepszym od GaGi. Ciekawym, fajnie sfilmowanym, efektownym. No i nie nudnym.
Ciekawostka: Premiera teledysku miała odbyć się specjalnie na Wielkanoc.

02. Tytuł: Paparazzi
Rok: 2009
Jest to jeden z bardziej pomysłowych teledysków artystki, który jest pewnym rozliczeniem się ze sławą. Clip rozpoczyna się sceną, kiedy GaGa wraz z ukochanym przebywają w swojej willi. Całują się na balkonie, gdzie przyuważa ich paparazzi. Korzysta z okazji, robiąc mnóstwo zdjęć. Wokalistce się to nie podoba i próbuje wyrwać się z ramion ukochanego. W efekcie spada z balkonu a ściślej mówiąc – zostaje z niego zepchnięta. Powraca na wózku inwalidzkim. Uczy się chodzić. Później tańczy wraz z tancerzami. W międzyczasie przedstawione są sceny pokazujące zabitych pracowników willi i zabawy GaGi na kanapie. Pod koniec Lady GaGa podtruwa swojego chłopaka oraz jest wyprowadzana w kajdankach. Jako wiernej fance wszelkich kryminałów bardzo podobają mi się motywy morderstw. Przedstawione to wszystko jest w bardzo artystyczny sposób.
Ciekawostka: Ukochanego GaGi gra Alexander Skarsgård znany z serialu “Czysta krew”.

03. Tytuł: Telephone
Rok: 2010
Kontynuacja historii, którą mogliśmy oglądać w “Paparazzi”. Lady GaGa trafia do więzienia. A konkretniej do więzienia dla ‘bitches’, jak informuje nas napis. Do celi odprowadzana jest przez dwie strażniczki, które zrywają z niej sukienkę. Następnie ukazane jest jej życie w więzieniu. M.in. bardzo podoba mi się scena na podwórku, jeśli można to tak nazwać. Papierosowe okulary GaGi przeszły już chyba do historii ;P W innej scenie odbiera telefon i wtedy zaczyna się piosenka. Dzwoniła Beyonce? Być może. Jednak zanim GaGa opuściła więzienie, razem z innymi kobietami odtańczyła niepotrzebny moim zdaniem taniec między celami. W końcu Beyonce zabiera ją z więzienia. Razem odbywają podróż przez kraj. Zajeżdżają do baru, gdzie GaGa kontynuuje swoją karierę trucicielki. Wciąga w to i Beyonce. Uciekają z miejsca zdarzenia. Teledysk jest bardzo pomysłowy, ogląda się go z wielkim zaciekawieniem.
Ciekawostka: Beyonce w teledysku ma ksywkę Honey Bee. Nazwa ta inspirowana była postacią Honey Bunny z filmu “Pulp Fiction” Tarantino

04. Tytuł: You & I
Rok: 2011
Bez wątpienia jeden z mocniejszych teledysków GaGi. Na clip składa się kilka scen. Widzimy m.in. wokalistkę stojącą na ślubnym kobiercu, szczęśliwą. Zaraz natomiast wzdrygamy się na widok eksperymentów, które przeprowadza na niej pewien mężczyzna. Łagodnie nie jest. Przedstawiona została też jako syrena. Bardzo podobają mi się sceny, kiedy przechadza się po wiejskiej drodze (fotka powyżej). Ma bardzo poranione nogi, widać efekty tych eksperymentów, którym była poddawana. Wiecie, kto robi słynne kręgi z polach kukurydzy? lady GaGa. W teledysku we właśnie wyciętym okręgu gra na pianinie. Nigdy jeszcze nie wyglądała tak naturalnie jak w tych scenach. Warto dodać, że w “You & I” wystąpiła też w przebraniu…faceta. Tak, to ten co siedzi na pianinie. Jedyny fragment, który mi się nie podoba, to sceny, kiedy GaGa tańczy wraz ze swoimi tancerzami na polu oraz w stodole.
Ciekawostka: Teledysk kręcony był w mieście Springfield w stanie Nebraska.

05. Tytuł: Alejandro
Rok: 2010
Miała być kontynuacja “Telephone” a otrzymaliśmy zupełnie inną fabułę. Najciekawszy z clipu jest jego początek, do ok. 2:20. Widzimy żołnierzy, którzy ćwiczą na jakimś placu, mocno przy tym tupiąc nogami. Potem mamy zbliżenie na wokalistkę – siedzącą z wielkimi okularami na twarzy, przypomina muchę. Sypie śnieg, ponura atmosfera. Pogrzeb. Jacyś ludzie niosą trumnę. Możemy się domyśleć, że zmarła osoba bliska dla GaGi – tytułowy Alejandro. Dalej nadal widzimy ćwiczenia, GaGa tańczy, w międzyczasie przebrana w latexowy strój zakonnicy połyka różaniec (smacznego) oraz ‘bawi’ się na łóżku z jakimś facetem. Teledysk przede wszystkim jest za długi trwa ok. 9 minut). Mało się w nim dzieje. Za dużo jest scen tanecznych.
Ciekawostka: Rosyjski milioner zapłacił 1,000,000$ by pojawić się w teledysku GaGi.

#193, 194 Lady GaGa “A Very GaGa Holiday” (2011) & VA “Camp Rock” (soundtrack) (2008)

Kiedy chwilę przed wydaniem kolejnej płyty Lady GaGa ogłosiła, że planuje nagrać świąteczny album zawierający jazzowe standardy, myślałam, że to kolejna próba zwrócenia na siebie uwagi. Poza tym co wykonująca popowe pioseneczki i latająca w samych gaciach po scenie wokalistka może wiedzieć o takiej muzyce? Jakiś czas później wpadł mi w ręce wywiad z autorem jej biografii. Dowiedziałam się wtedy, że w młodości Lady GaGa (wtedy jako Stefani Germanotta) występowała w małych klubach jazzowych. Dlaczego więc nagrywa takie banalne utwory? Na to pytania odpowiedź zna tylko ona sama.

Czytaj dalej #193, 194 Lady GaGa “A Very GaGa Holiday” (2011) & VA “Camp Rock” (soundtrack) (2008)

#99, 100 Lady Gaga “Born This Way” & Jennifer Lopez “Love?” (2011)

Album jest skończony i jest naprawdę rewelacyjny. Daję wam słowo, będzie to najlepszy album dekady” – tak GaGa określiła swój album. Ja bym go raczej określiła ‘najlepszy album maja 2011’. Albo chociaż wiosny, bo głośno zapowiadane “Femme Fatale” Britney Spears marnie przy nim wygląda. Debiutancki album GaGi pt. “The Fame” był bardzo taneczny i nieco kiczowaty. A jednak spodobał się ludziom. Powtórzenie takiego wyniku będzie trudne, ale nie niemożliwe. Wytwórnia GaGi wie, co robić, by sprzedać artystę. Przyznam, że bałam się tej płyty. Ujawnione przez Lady GaGę piosenki tylko wpędzały mnie w depresję. Nie chciałam być nazywana “gagofobem” xD Jednak po dokładnym zapoznaniu się z tym krążkiem (tzn. przesłuchaniem go ok. 6 razy) patrzę na nowe ‘dziecko’ GaGi znacznie przychylniej niż na jej debiut. Przede wszystkim nie jest to tylko głupkowaty dance. W niektórych piosenkach (“Bad Kids”) pojawiają się śladowe elementy rocka. Oryginalność tej płyty kończy się na okładce. Chociaż nawet i ona oparta jest na cudzym pomyśle (tj. pół-człowiek, pół-motor – niczym pół-człowiek a pół-robot na okładce “Bionic” Aguilery). Płytę otwiera “Marry The Night”. Początek jest super, jednak całość psuje pojawiający się po 30 sekundach dyskotekowy bit. Kolejne jest “Born This Way” czyli “Express Yourself 2.0”. Przyznam, że nie cierpię tej piosenki. Jest taka nijaka. Nie najlepszy początek rekompensują mi trzy kolejne numery. “Gevornment Hooker” i “Americano” to chyba jedne z jej najlepszych piosenek. Szczególnie ta druga – jak na GaGę – oryginalna. Równie fajne jest “Judas”. Szczególnie zwrotki. Refrenu nie trawię. Poza tym bridge “Judas” przypomina mi fragment “Scheiße”. A jak już jestem przy tej piosence – GaGa odwaliła za mnie robotę i sama ją oceniła ;P (Scheiße – g*wno). Nie potrafię jednak tego techno-utworu dać do najgorszych. Podoba mi się w nim to, że GaGa sięgnęła po język niemiecki. Zazwyczaj było na odwrót – Niemcy nagrywali po angielsku. Nawet się nie dziwię. Niemiecki nie jest tak ‘plastyczny’ jak angielski (zasady!) no i ten akcent. Wiele osób mówi, że zwykłe ‘wesołych świąt’ (Frohen Weihnachten) brzmi dla nich jak rozkaz rozstrzelania. Mimo wszystko dziękuję Lady za nagranie czegoś po niemiecku <3 nawet z błędami. Bardzo lubię “Bloody Mary”. Świetna, elektryczna piosenka. Całkiem podoba mi się “Electric Chapel”. Mam jednak wrażenie, że niektóre piosenki zostały wrzucone na płytę w formie ‘zapychacza’. Chodzi mi tu m.in. o nijakie “Hair”, tragiczne “Highway Unicorn”, niezauważalne “Heavy Metal Lover”. Te piosenki hitami się nie staną. Gadze można zarzucić też to, że nagrywa według sprawdzonej metody. Do “Poker Face” podobne jest “Highway Unicorn”, do “Bad Romance” z kolei “Judas”. GaGa czerpie też inspiracje z muzyki lat 80. i 90. To sprawia, że nieco starsi słuchacze mogą przeżywać deja vu. Ogólnie jednak GaGa zaskoczyła mnie pozytywnie. Jest tu kilka piosenek, do których będę często wracać. Innych natomiast już nigdy nie tknę.

W otwierającym album kawałku “On The Floor” Jennifer nuci “It’s a new generation” (PL: To nowe pokolenie). Po zapoznaniu się ze wszystkimi utworami nie mogłam uwierzyć, że to ta sama Jennifer. Ta sama, która podbiła moje serce hip hopowym “Jenny From The Block” czy kołyszącym “If You Had My Love”. Ale sentymenty odkładam już na bok. Brawa należą się jej za samo wydanie tej płyty. Po komercyjnej klapie “Brave” i “Como Ama Una Mujer” wyrzucili ją z wytwórni. Zdecydowanie brakowało jej hitu na miarę “Let’s Get Loud” czy chociażby “Love Don’t Cost a Thing”. A teraz proszę – czary mary i jej nowy singiel (“On The Floor”) rządzi na listach przebojów. Jennifer przypomniała o sobie szerszej publiczności i wszystko powinno być w porządku. A nie jest. Jej nowy album pt. “Love?” pozostawia wiele do życzenia. Lopez nagrała po prostu to, co teraz najłatwiej ludziom wchodzi. Czyli mamy tu do czynienia z utworami dance pop. Nie wszystkie taneczne piosenki skazuję na potępienie, żeby nie było. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam singlowe “On The Floor”, strasznie mi się nie spodobało. Jakiś czas potem, gdy byłam atakowana ze wszystkich stron przez ten utwór, polubiłam go. Szczególnie podoba mi się wykorzystanie “Lambady”. Ten stary numer zawsze wydawał mi się kiczowaty. W wykonaniu Jennifer całkiem go lubię. Doceniłam również “I’m Into You” z Lil’ Waynem. Najbardziej pasuje mi do Jennifer. Zainteresowanie krążkiem zwiększyło się, gdy GaGa ogłosiła, że odpowiada za produkcję dwóch piosenek. Jeśli jednak spodziewacie się czegoś chociażby na miarę “Bad Romance” zawiedziecie się. Dla mnie “Invading My Mind” i “Hypnotico” są raczej odrzutami z “The Fame”. Ale jeśli mam między nimi wybierać, stawiam na “Hypnotico”. Jest bardziej oryginalna. Na “Love?” znajdziemy też dwa spokojniejsze utwory. Jednak “Until It Beats No More”, mimo obiecującego początku, nie podoba mi się. Nieco przychylniej patrzę na “Starting Over”. Jednak też szału nie ma. Tytułem płyty Jennifer pyta nas, czy ją kochamy, czy będzie miłość między nami (słuchaczami) a nią. Po przesłuchaniu mogę stwierdzić, że nici z miłości.

#4 Lady GaGa “The Fame Monster” (2009)

Tej wokalistki nie trzeba chyba przedstawiać. Nie trzeba, ale warto. Oto Lady GaGa i dwupłytowy album “The Fame Monster”. Na początek na celownik wezmę samo “The Fame”. Płytę otwiera “Just Dance”. Aż za dobrze ją znam. Właśnie przez tą piosenkę przez pewnien czas nie lubiłam GaGi. Nadal zresztą nie podoba mi sie ten numer. Tani bit dla ‘krejzi’ nastolatek  Dalej mamy “Love Game”. Kiedyś było moją ulubioną piosenką GaGi. Mimo, że oddało miejsce innemu utworowi, nadal miło się słucha. Z numerem 3 mamy “Paparazzi”. Ładnie i zgrabnie zaśpiewane i zagrane. Kolejna piosenka to “Poker Face” (mamamama). Świetny numer. Potem “I Like It Rough”. Kolejny dobry numer. Z tych, co do tej pory przesłuchałam, jest to chyba najmniej elektroniczny (obok ‘Paparazzi”) utwór. Kolejną piosenką jest “Eh Eh (nothing else I can say) czy innymi słowy ‘cherry cherry boom boom’ ;P. Przyjemny dla ucha pop. Przechodzę do “Starstruck”. Pierwszy zgrzyt. Zdecydownie najgorszy jest refren – GaGa śpiewa jakby chciała a nie mogła. Dalej mamy “Beautiful Dirty Rich”. Zwrotki brzmią naprawdę spoko, ale refren to porażka. ‘Bang bang’ i ‘bang bang’. Czasem miałam ochotę ją ‘bangnąć’ w głowę. Jadę dalej – “The Fame”. Jest to zdecydowanie jeden z najlepszych utworów na tej płycie. Kolejną piosenką jest “Money Honey”. Słychać inspiracje muzyką techno. Dalej – “Boys Boys Boys”. Jestem na “nie”. Może gdyby nie było tego chórku to uratowałoby to piosenkę. Z numerem 12 jest “Paper Gangsta”. Oj, groźny tytuł xD Zaczęło się spokojnie i prawie do końca tak dociągnęło. Troszkę w stylu r’n’b. Kolejną piosenką jest “Brown Eyes”. Usłyszeć balladę w wykonaniu GaGi? Bezcenne ;P Jeden z lepszych utworów. Dalej – “Summerboy”. Kilka pierwszych sekund brzmi obiecująco. Jednak nic z tego. Piosenka w sam raz na wakacyjną dyskotekę. Z numerem 15 mamy “Disco Heaven”. Fajny początek, niezłe “rozwinięcie”. Cudo w stylu GaGi. I ostatnia piosenka na “The Fame” – ‘Retro Dance Freak”. Miałam problem z określeniem kto to śpiewa. Tak mocno jej głos zmixowali. Ale ogólnie ciekawa piosenka z elementami r’n’b. Podsumowanie: GaGa nagrała całkiem niezłą płytę. Synth-pop, electro-pop i elementy r’n’b. Inspirowała się latami 70 i 80. Użyła syntezatora by nadać piosenkom nowoczesny styl. Cała płyta idealnie nadaje się na imprezę. Jednak szybko się nudzi.

Pora na potwora. A konkretniej na drugą płytę – “The Fame Monster”. Otwiera ją piosenka “Bad Romance”. Rewelacja. Najbardziej zapadły mi w pamięć słowa “Rah-rah-ah-ah-ah-ah, Roma-Roma-ma, Gaa Ga oh la la, Want your Bad Romance”. Dalej mamy “Alejandro”. Początek jest spokojny, ale reszta w sam raz nadaje się na party. Z numerem 3 jest ‘Monster”.  Bardzo energetyczny kawałek. Nie jest może tak genialny jak “Bad Romance”, ale miło się słucha. Dalej mamy “Speechless”. GaGa wielokrotnie powtarzała, że tę piosenkę dedykuje swojemu ojcu. Sądząc po słowach zawartych w utworze, mam ku temu wątpliwości. Następną piosenką jest “Dance in The Dark”. Nie myślałam, że jakaś inna piosenka spodoba mi się na “The Fame Monster” bardziej od “Bad Romance”. A jednak. “Dance in the Dark” jest świetne! Włączam “Telephone”. Od początku zainteresowała mnie ta piosenka. Przyjemny dla ucha pop z (niestety) nielicznymi fragmentami kiedy śpiewa Beyonce. Mogli by dać jej większe partie wokalne. Poza tym zaproszenie Beyonce do tej piosenki było strzałem w dziesiątkę. Następnym utworem jest “So Happy I Could Die”. Mam wrażenie, że jest to coś pomiędzy balladą a piosenką do tańca. Na to pierwsze za szybkie, na drugie za wolne. Ostatnim kawałkiem jest “Teeth”. Zawiera elementy muzyki gospel. Niestety, to jedna z najgorszych utworów na “Monsterze”.  Podsumowanie: Płyta bardzo różni się od samego “The Fame”. Mniej tu elektrycznych brzmień. GaGa inspirowała się muzyka gotycką. Dobrym pomysłem było umieszczenie ich na oddzielnym krążku, bo zupełnie nie pasowały do poprzedniej płyty. Lady GaGa wszystkie 8 piosenek napisała sama. Ale cały czas się ma wrażenie, że słucha się tego samego.