
Jessie Ware wciąż jedzie na fali, na którą sama wskoczyła kilka lat temu. Gdy w 2020 roku wydała “What’s Your Pleasure?”, nie tyle zmieniła kierunek, co w końcu trafiła dokładnie tam, gdzie powinna – do świata pulsującego disco i klubowej zmysłowości. Od tego momentu zaczęła funkcjonować jak współczesna diva parkietu zakochana w brzmieniach przeszłości, którym oddaje hołd. “Superbloom” ukazuje się więc w momencie, gdy Ware nie musi już niczego udowadniać. Ona raczej rozwija swoje własne imperium. Sama zapowiadała, że fascynacja glamour, disco i teatralną przebieranką wciąż jest dla niej kluczowa, ale tym razem chciała zejść poziom głębiej.
Ambientowe intro “The Garden Prelude” zaprasza nas do tegorocznego świata Jessie Ware. Piosenka będąca niczym nocny spacer we mgle po tytułowym ogrodzie zapowiada pełen kwiatowych motywów kawałek “I Could Get Used to This” – wpadający w ucho utwór o funkowym basie i disco popowej aranżacji. W inną stronę zmierza tytułowe “Superbloom”, które za sprawą swojego eleganckiego i zarazem nostalgicznego spojrzenia na pop podpowiada, że szósty krążek Brytyjki nie będzie powtórką z rozrywki, lecz materiałem skrywającym niespodzianki. I tak faktycznie jest. Wystarczy zerknąć na pulsujący, zmysłowy numer “Sauna” o temperaturze godnej lipcowego dnia; klubowy western “Ride”; orkiestrową, refleksyjną balladę “16 Summers” czy w końcu mojego ulubieńca, “Mr Valentine”, w którym dzieje się naprawdę sporo (rytmiczny disco pop spotyka się tu z soulującym refrenem i elektronicznymi, futurystycznymi bitami).
Uwielbiam także słodkie “Automatic” – piosenkę pełną blasku, retro klimatu i kołyszących melodii. Oldskulowo wybrzmiewają i “Don’t You Know Who I Am?” o wprowadzających lekki dramatyzm smyczkach; popowo soulowe, harmonijne “Love You For” czy romantyczne “Mon Amour”. Wyróżnia się “No Consequences”, w którym na uwagę zasługuje przede wszystkim sama Ware. Jej głos jest tu ładnie wyeksponowany, a skręcający w stronę rytmicznej melorecytacji refren ciekawie kontrastuje z tęsknym śpiewem w zwrotkach.
“Superbloom” nie jest prostą kontynuacją dwóch poprzednich, roztańczonych krążków Jessie Ware. Wciąż znajdziemy tu wprawdzie błyszczące, puszczające oko do estetyki lat 70. i 80. i stworzone pod parkiet kompozycje, lecz sam album jest bardziej emocjonalny i osobisty. Tańczymy, ale z głębszymi przemyśleniami. Najmocniej wybrzmiewa tu jednak sama artystka. Zawsze z przyjemnością się jej słuchało, ale tu przechodzi samą siebie. Jej śpiew jest zmysłowy, swobodny. Czasem pewny siebie, za moment subtelniejszy i intymniejszy. Śmiało powiedzieć można, iż “Superbloom” rozwija wprowadzoną w 2020 roku stylistykę i nadaje jej nowy wymiar. Czy to najlepsza część disco trylogii Jessie? Dawno na żadne pytanie tak trudno nie było mi uzyskać odpowiedzi.
Warto: Ride & Automatic & Mr Valentine
_______________
Devotion ♥ Tough Love ♥ Glasshouse ♥ What’s Your Pleasure? ♥ That! Feels Good!
Ja wciąż uważam, że “What’s Your Pleasure?” to poprzeczka nie do przeskoczenia. Podoba mi się jednak to, że na “That! Feels Good” i “Superbloom” słychać “tradycyjne” instrumenty i że te albumy mają klimat lat 70.. Najbardziej podoba mi się “Ride”, “Sauna” i “16 Summers”.
Pozdrawiam 😊