RECENZJA: James Blake “Trying Times” (2026) (#1681)

Muzyka Jamesa Blake’a towarzyszy mi od ponad dekady. Jednocześnie po okresie intensywnej fascynacji krążkiem “Assume Form” – zahaczającej nawet o lekką obsesję – niewiele z późniejszych wydawnictw Brytyjczyka naprawdę mnie zatrzymało na dłużej. Słuchałam, doceniałam, ale rzadko która płyta potrafiła znów tak mocno wniknąć w codzienność. Premiera “Trying Times” przeszłaby obok mnie niemal niezauważona gdyby nie singiel “Death of Love” biorący mnie z zaskoczenia odważnym samplem z twórczości Leonarda Cohena. Dla mnie, osoby od lat przywiązanej do jego muzyki, był to przypadek trudny do zignorowania. Ciekawa byłam, co jeszcze skrywa to wydawnictwo.

Czytaj dalej RECENZJA: James Blake “Trying Times” (2026) (#1681)

RECENZJA: Leigh-Anne “My Ego Told Me To” (2026) (#1680)

Leigh-Anne Pinnock przez lata była częścią jednego z najpopularniejszych girlsbandów XXI wieku, Little Mix. Po zawieszeniu działalności grupy kolejne wokalistki zaczęły jednak sprawdzać się solo, a Leigh-Anne jest już trzecią z nich z pełnoprawnym debiutem. Oczekiwania są spore, zwłaszcza że Jade wysoko zawiesiła poprzeczkę albumem “That’s Showbiz Baby!”, na którym połączyła popową przebojowość z odważnymi eksperymentami. Na tym tle “My Ego Told Me To” staje się nie tylko nowym rozdziałem w karierze Leigh-Anne, ale też próbą zdefiniowania jej własnej artystycznej tożsamości i udowodnieniem, że też ma coś ciekawego do zaprezentowania.

Czytaj dalej RECENZJA: Leigh-Anne “My Ego Told Me To” (2026) (#1680)

RECENZJA: Lor “Pele-mele” (2026) (#1679)

Polski girlsband Lor wraca z pierwszą od 2024 roku płytą wyciągając z szuflady zeszyt pełen dawnych emocji i sentymentów, którego koncept na początku XXI wieku bił rekordy popularności (u mnie znany jako złote myśli, dziewczyny prezentują go jako pele-mele). To gest w stronę przeszłości, ale też sprawdzian – czy nostalgia to tylko bezpieczna przystań, czy realna wartość, którą można jeszcze twórczo przetworzyć? Sięgając po album “Pele-mele” czuję się trochę tak, jakby Lor prosiły mnie o wpis do ich własnego notesu, a jednym z zawartych w nim pytań jest to, co sądzę o ich premierowych nagraniach.

Czytaj dalej RECENZJA: Lor “Pele-mele” (2026) (#1679)

RECENZJA: Bruno Mars “The Romantic” (2026) (#1678)

Minie za moment dekada od premiery płyty “24K Magic“, która uczyniła z Bruno Mars maszynę do hitów i współczesnego showman. Od tamtej pory nie dostaliśmy od niego pełnoprawnego, solowego albumu. Były za to duety – jedne rozczarowujące i sprawiające wrażenie artystycznych pomyłek (“APT.”, “Fat Juicy & Wet”), inne z miejsca aspirujące do miana klasyków (“Die With a Smile”). Po drodze pojawił się też projekt Silk Sonic i ich dopracowana retro-soulowa płyta “An Evening with Silk Sonic”. “The Romantic” jest więc czymś więcej niż tylko kolejną premierą. To powrót do gry na własnych zasadach. To pierwszy moment od 2016 roku, kiedy Bruno Mars znów w pełni bierze odpowiedzialność za swoje nazwisko na okładce. Z jakim skutkiem?

Czytaj dalej RECENZJA: Bruno Mars “The Romantic” (2026) (#1678)

RECENZJA: Harry Styles “Kiss All the Time. Disco, Occasionally” (2026) (#1676)

Powrót Harry’ego Stylesa z nowym albumem to zwykle wydarzenie samo w sobie. Od momentu rozpoczęcia solowej kariery każda jego płyta wywoływała ogromne zainteresowanie. Tym razem wyczuwam coś innego, choć niewątpliwie “Kiss All the Time. Disco, Occasionally” narobi szumu. Pierwszy krążek Brytyjczyka od 2022 roku ukazuje się w momencie, gdy artysta nie stoi już tak pewnie na piedestale ulubieńca publiczności. W ostatnich miesiącach wokół artysty narosło sporo napięć – rezydencja zamiast pełnoprawnej trasy, wysokie ceny biletów oraz singiel, który spotkał się z mieszanymi reakcjami. Sprawdzam, czy nie położyło się to cieniem na jego nowym wydawnictwie.

Czytaj dalej RECENZJA: Harry Styles “Kiss All the Time. Disco, Occasionally” (2026) (#1676)

RECENZJA: Absolutely “Paracosm” (2026) (#1674)

Absolutely, a właściwie Abby-Lynn Keen, mimo młodego wieku ma za sobą więcej branżowego doświadczenia niż wielu wykonawców z kilkuletnim stażem scenicznym. Gościnne występy (usłyszeć ją możemy m.in. u Tinashe czy Mariny), pisanie tekstów dla innych, praca w studiu – to wszystko było jej codziennością na długo przed tym, zanim zaczęła budować własny dźwiękowy świat. Nie da się też pominąć faktu, że dorastała w cieniu ogromnego sukcesu swojej siostry, Raye. Dla jednych to przepustka, dla innych ciężar. Absolutely musi pracować dwa razy ciężej by odpadła od niej łatka siostry jednej z najważniejszych współczesnych artystek. Czy płyta “Paracosm” w tym pomoże?

Czytaj dalej RECENZJA: Absolutely “Paracosm” (2026) (#1674)

RECENZJA: Mumford & Sons “Prizefighter” (2026) (#1673)

Wielu rzeczy spodziewałam się w tym roku, ale na pewno nie tego, że brytyjska kapela Mumford & Sons tak szybko wypuści nowy album. Od “Rushmere” nie minął nawet rok, a Mumfordzi już niecierpliwili się, by oddać w nasze ręce porcję nowych kompozycji. Te zebrane zostały pod szyldem “Prizefighter”. Zespół, który ponad dekadę temu wypełniał stadiony i dominował na listach bestsellerów, dziś działa z innej pozycji – bez masowej euforii, za to z wyraźną potrzebą ponownego zdefiniowania relacji z publicznością i odbudowania zaufania słuchaczy.

Czytaj dalej RECENZJA: Mumford & Sons “Prizefighter” (2026) (#1673)

RECENZJA: Willow “Petal Rock Black” (2026) (#1672)

Po wyraźnym zwrocie ku jazzowym inspiracjom na albumie “Empathogen” z 2024 roku, Willow konsekwentnie rozwija ten kierunek na tegorocznym “Petal Rock Black”. Nowa płyta, tworzona przez półtora roku, jest w dużej mierze jej autorskim i samodzielnie wykonanym projektem – artystka nie tylko napisała materiał, ale też zagrała na kilku instrumentach. To dojrzała, świadoma kontynuacja obranej ścieżki, w której jazz staje się jednym z języków jej ekspresji. Choć w mało oczywistym wydaniu.

Czytaj dalej RECENZJA: Willow “Petal Rock Black” (2026) (#1672)

RECENZJA: Charli XCX ” Wuthering Heights” (2026) (#1669)

Neonowo-zielony album “Brat” sprzed dwóch lat uczynił z jego autorki, brytyjskiej wokalistki Charli XCX, jedną z najgorętszych gwiazd sezonu. W krótkim czasie artystka stała się viralem i ikoną niepokornego elektropopu. Krążek “Wuthering Heights” pojawia się więc trochę na przekór temu mechanizmowi. To pierwszy tak duży projekt soundtrackowy w jej dorobku i jednocześnie sygnał, że Charli coraz chętniej rozpycha się w kinie. Jako pierwszy większy projekt po viralowym “Brat” tegoroczna płyta brzmi jak próba ucieczki od własnego sukcesu oraz testowanie, czy popowa gwiazda może na chwilę zniknąć w cieniu filmu, nie tracąc przy tym własnej tożsamości. 

Czytaj dalej RECENZJA: Charli XCX ” Wuthering Heights” (2026) (#1669)

RECENZJA: Jenny on Holiday “Quicksand Heart” (2026) (#1668)

“Quicksand Heart” jest pierwszym solowym albumem Jenny on Holiday, czyli Jenny Hollingworth z kapel o jednej z najbardziej przyciągających uwagę nazw ostatnich lat – Let’s Eat Grandma. Przyznam szczerze, iż u mnie ta nazwa naprawdę zadziałała tylko na chwilę – w 2018 roku, kiedy krążek “I’m All Ears” na krótko wpadł mi w ucho i zaraz z niego wyleciał. Dziś Jenny wraca, ale już sama. A jej pseudonim brzmi jak mała podpowiedź, jak traktować ten projekt. To wakacje od zespołowej codzienności i od koleżanki z duetu. “Quicksand Heart” zapowiada się więc jak solowa podróż, której celem jest sprawdzenie, jak brzmi muzyka Hollingworth, gdy sama jest sobie sterem i okrętem.

Czytaj dalej RECENZJA: Jenny on Holiday “Quicksand Heart” (2026) (#1668)