#80, 81, 82 Amy Winehouse “Frank” (2003) & Kate Ryan “Different” (2002) & P!nk “Greatest Hits… So Far!!!” (2010)

Debiutancki album Amy Winehouse pt. “Frank” poznałam już po zakochaniu się w “Back To Black”. Druga płyta ma charakter. Trudno ‘oderwać’ od niej uszy. Właśnie tego na “Franku” mi brakuje. Raz na jakiś czas posłuchać można, za szybko się nudzi. Nie można jednak odmówić Amy ilości pracy, jaką włożyła w ten krążek. Jest autorka większości tekstów. W kilku zagrała nawet na gitarze. Może to i ona ‘dłubała’ przy albumie pod względem umieszczania piosenek? Płytę kupiłam dawno temu i przez pewien czas nie mogłam się połapać, jak rozmieszczone są utwory. Pod jednym numerkiem kryją się często dwa numery. Np. razem z “You Sent Me Flying” otrzymujemy “Cherry”; razem z “Intro” “Stronger Than Me”. Jednak dopiero kilka dni temu odkryłam, że po piosence “Amy Amy Amy” i “Outro” (połączone) znajdziemy jeszcze dwa utwory! “Moody’s Mood For Love” i “Know You Now” zaliczyłabym do najlepszych. I po co je było ukrywać? xD Amy jak wiemy ma oryginalną barwę głosu. Niektórzy to lubią, inni nie. Ja zaliczam się do tych pierwszych. Jest również zdecydowana w sprawie tego, jakie gatunki chce grać. Znajdziemy tu więc jazz zgrabnie połączony z r&b czy soulem. Zauważyłam też, że niektóre piosenki sprawiają wrażenie, jakby Amy wymyślała je w chwili nagrywania. Nie, nie są złe, ale w utworach takich jak “Cherry” czy “I Heard Love Is Blind” ciężko wyodrębnić pierwszą zwrotkę, czy chociażby refren. Ciekawy zabieg. Oprócz tych wymienionych wcześniej piosenek, które Amy nam zręcznie ukryła, podoba mi się “Amy Amy Amy”, zadziorne “In My Bed” oraz spokojne “Take a Box”. Nie mogę przekonać się do “Help Yourself” i znikającego pomiędzy innymi nagraniami “October Song”. Jak na debiut całkiem nieźle. Jednak ja częściej będę powracać do “Back To Black”.

Swoją kerrię postanowiła podsumować P!nk. Artystka pierwszy album wydała w 2000 roku a piąty już krążek – “Funhouse” – w 2008. Nie jest zwyczajną piosenkarką. Nie przejmuje się swoim wyglądem, śpiewa co chce i dobrze na tym wychodzi. Jednak po przesłuchaniu “Greates Hits…So Far!!!” mogłabym podzielić go na dwie części. W pierwszej znalazłyby się piosenki z 3 pierwszych albumów. Od “Get The Party Stared” do “Trouble”. Czyli 6 utworów. Jest to zdecydowanie ta lepsza część. Piosenki są oryginalniejsze, sporo tu r&b (“Get The Party Started” (połączonego z dance); “There You Go”). No i mój numer jeden z singli P!nk – “Family Portrait”. Ma świetną melodię. I niezły tekst opowiadający historię dysfunkcyjnej rodziny. P!nk śpiewa o bólu związanym z rozwodem rodziców, ciągłych awanturach. Z piosenek pochodzących z “I’m Not Dead” oraz “Funhouse” tylko kilka mi się spodobało. Przede wszystkim “Stupid Girls”. Nie tyle za muzykę, co za przekaz. Piosenka opowiada o dziewczynach, które co tu dużo mówiąc, są po prostu głupie. Takie ‘plastiki’. Uwielbiam balladę “Dear Mr. President”. Piękna melodia, głos Pink bardzo spokojny, ale pełen emocji. Przychylnie patrzę też na szalone “Funhouse”. Słuchanie pozostałych piosenek nie sprawiło mi takiej przyjemności jak wyżej wymienionych. “Please Don’t Leave Me” bardzo się dłuży, “So What” nigdy mi się nie podobało. Kiepskie wrażenie jednak zrobiły na mnie trzy nowe utwory. Nie zachwycam się “Fuckin’ Perfect”. Jak dla mnie piosenka jest przeciętna. Pozostałe dwie (“Raise Your Glass” i “Heartbreak Down”) są bez polotu. Składanka największych hitów P!nk zachęciła mnie do sięgnięcia po jej starsze albumy. Niedługo postaram się zrecenzować i “Funhouse”, może piosenki, które nie zostały singlami bardziej mi się spodobają.

Do Kate Ryan mam ogromny sentyment. Była to pierwsza piosenkarka, którą fanką zostałam. Śledziłam jej karierę, kupowałam płyty. Mam nawet “Free” z 2008 roku, ale to bardziej z ciekawości. Przeszło mi po prostu. Postanowiłam jednak zrecenzować jej dyskografię. Zaczynam od debiutu – płyty “Different”. Znajdziemy tu przede wszystkim popowe i dance popowe utwory. Przy piosenkach takich jak “Libertine” czy “Got To Move On” nogi same rwą się do tańca. Na dłuższą metę jednak nie ma tu typowych tanecznych numerów. W większości są to utwory tylko podszyte dyskotekowym bitem. I to mi nieco przeszkadza. Prawie każda z piosenek ma swój bit, który przewija się przez cały utwór. I tak dobrze, że cała płyta nie jest oparta na jednej melodii. Podoba mi się to, że Kate zdecydowała się śpiewać nie tylko po angielsku, ale i po francusku. Chociaż sama nic z tego języka nie kumam (uczę się niemieckiego) podobają mi się ‘francuskie’ momenty. Pamiętam, jak kiedyś szalałam za “Desenchantee” czy “Libertine”. Teraz wybieram raczej “Mon ceur resiste encore” lub “Ne Baisse Pas La Tete”. Najbardziej jednak podoba mi się “Head Down” (jego odpowiednik – “Nos Regards Qui m’Eflamment”). Szczególnie moment, gdzie Kate ma zmodyfikowany głos. Polubiłam “Magical Love”. Jest to ballada o łagodnej melodii. Pięknie wyeksponowany jest głos Kate. Nieco mniej podoba mi się “UR (My Love)”, które jest trochę nijakie oraz skoczne “Libertine”. Ciężko znaleźć na “Different” utwory, które bez chwili zastanowienia można by dać do najgorszych lub najlepszych. Do płyty trzeba się po prostu przekonać.

#77, 78, 79 Black Eyed Peas “Elephunk” (2003) & Britney Spears “Britney” (2001) & Rihanna “A Girl Like Me” (2006)

“Elephunk” to pierwszy album Black Eyed Peas, na którym możemy usłyszeć wokal Fergie. Wyobrażacie sobie bez niej ten zespół? Ja chyba nie. Dla mnie zawsze pozostanie ważnym członkiem Black Eyed Peas, nawet jeśli dzisiaj jej głos bardzo poprawiają komputerowo. Jaką muzykę serwują nam “fasolki”? Przede wszystkim hip hop (“Hands Up”, “Shut Up”), nieco funku (“Smells Like Funk”, “Let’s Get It Started”), oraz sporo zapożyczeń z innych gatunków. W utworze “Where Is The Love” nagranym wspólnie z Justinem Timberlake’em obok oczywistego hip hopu przewija nam się soul. Ja osobiście nie mogę przekonać się do tej piosenki. Kojarzy mi się z Michaelem Jacksonem (refren). Sorry, ale dla mnie to oznacza minus. Pozytywnie jestem zaskoczona piosenką “Anxiety”, w której Black Eyed Peas wsparli ‘chłopcy’ z Papa Roach. Wyszedł im bardzo ciekawy numer. Zespół Papa Roach wniósł do utwory świetną, rockową energię. Połączyć rap z rockiem? Można? Można 😉 Black Eyed Peas również w jednej z piosenek skierowali swoje zainteresowania w stronę muzyki latynoskiej. Chodzi mi o kawałek “Latin Girls”. Całkiem niezłe. Namiastkę r&b znajdziemy w wyprodukowanym przez jednego z członków zespołu (i to nie przez will.i.am’a!) – apl.de.ap – utworze “The Apl Song”. Wspiera go tam momentami Fergie. Jednak piosenka znika gdzieś pośród innych na “Elephunk”. W “Labor Day” partia wokalna Fergie skojarzyła mi się z piosenką Madonny “Holiday” (1983). Jednak nie przeszkadza mi to, piosenkę Madonny całkiem lubię. Podoba mi się utwór “Let’s Get It Started” z niesamowitym początkiem by Fergie. Niesamowity to może za duże słowo, ale w podobnym stylu zaczyna się uwielbiane przeze mnie “Fallin” Alicii Keys. Wprawdzie Fergie to nie Alicia, ale może być. Płyta na pewno zadowoli fanów rapu. Mnie momentami nieco znudziła, ale i tak jest lepsza od tego, co dostajemy od Black Eyed Peas teraz.
 

Po teen popowym debiucie “Baby One More Time” i kiepskim “Oops!…I Did It Again” otrzymujemy trzeci album księżniczki popu zatytułowany po prostu “Britney”. Britney Spears się zmieniła. Jej image stał się bardziej wyzywający, seksowny. Więcej odkrywa niż zakrywa. Muzyka też poszła w nieco innym kierunku. Nadal są to popowe i dance-popowe pioseneczki, ale tym razem mają w sobie odrobinę ‘pieprzu’. I co zauważyłam po dotarciu do połowy krążka – da się tego słuchać. Pomoc laryngologa nie będzie konieczna. Nie mówię, że Britney nauczyła się śpiewać. Muzyka jest duże lepsza niż na poprzednim albumie. Nieco bardziej elektroniczna. Zaskoczyła mnie (pozytywnie) przebojowym singlem “I’m Slave 4 U” zawierającym w sobie wpływy r&b. Ogólnie często sięgała po ten gatunek tworząc “Britney”. Znajdziemy go jeszcze w “Boys” i “Let Me Be”. Pojawiają się i ballady. Wprawdzie nie jest ich tu dużo, ale to raczej na korzyść płyty. Odkąd pamiętam nie lubiłam utworu “I’m Not a Girl Not Yet a Woman”. Piosenka autorstwa znanej artystki Dido zła nie jest, ale nie podoba mi się wykonanie Britney. bardziej do gustu przypadła mi druga ballada – odrobinę taneczne “Tah’t What You Take Me”. Kiedyś często słuchałam coveru utworu zespołu Arrows pt. “I Love Rock ‘n’ Roll” z 1975 roku. Britney nie nagrała oczywiście tego w rockowym stylu. Jej wersja jest bardziej popowa. Płyta “Britney” muzyki nie zmieni. Jednak Spears zrobiła mały krok na przód i nie nagrała głupiutkich teen popowych pioseneczek.

Rok po wydaniu świetnego krążka “Music of the Sun” Rihanna zaatakowała nas kolejnym albumem pt. “A Girl Like Me”. Rihanna przez rok dojrzała, albo…na taką pozuje. “Music of the Sun” było bardzo słonecznym, lekkim i przyjemnym krążkiem. Sama chętnie do niego wracam. Tu brakuje mi tej przebojowości, tego ‘czegoś’. Tym razem otrzymujemy bardziej przemyślaną płytę. Wszystko jest na swoim miejscu. Nie traktuje tego w tym przypadku jako komplement. Brakuje mi szaleństwa. Rihanna stała się ogólnoświatową gwiazdą, nie pozostała niestety tą samą ciepłą dziewczyną z sąsiedztwa, która tak naturalnie śpiewała takie piosenki jak “Music of the Sun” czy “That la la la”. “A Girl Like Me” jest spokojniejszy. O ile reggae czy hip hop pojawiały się często na debiucie, tak tu otrzymujemy pop okraszony tylko momentami tymi gatunkami. Przyjemne r&b otrzymujemy w kawałku “We Ride”. Kiepską namiastkę reggae w “Crazy Little Thing Called Love”. Nie podoba mi się też ‘ciężkostrawne’ “Selfish Girl”. Przychylnie patrzę natomiast na hip hopowy duet z Sean Paulem pt. “Break It Off”. Mam wrażenie, że za sprawą utworu na moment przeniosłam się na “Music of the Sun”. Stąd też moja radość, na widok (a może dźwięk?) nowych wersji starych hitów. “If It’s Lovin’ That You Want” jest bardziej hip hopowe od pierwszej wersji, a remix “Pon De Replay” bardzo fajny, energetyczny. Jak już wspomniałam wcześniej, znajdziemy tu kilka ballad. Na pewno o uszy obiło wam się “Unfaithful”. Mieszanka r&b i soulu na wysokim poziomie. Zakochałam się również w “Final Goodbye”. Smutny utwór, ale bardzo piękny. Pozostałymi balladami na krążku są “PS (I’m Still Not Over You)” i “”A Million Miles Away”. Jednak nie mogę się do nich ostatecznie przekonać. Czekałam na piosenkę tytułową – “A Girl Like Me”. Jednak po pierwszym słuchaniu najzwyklej ją przegapiłam. Może to i dobrze? Nie zachwyciła mnie. Ten krążek słaby nie jest. Z pewnością lepiej się go słucha niż wydanego pod koniec 2010 “Loud”. Od debiutu niestety odstaje.

#66, 67, 68 Keri Hilson “No Boys Allowed” (2010) & Alicia Keys “As I Am” (2007) & Kylie Minogue “Fever” (2001)

Od przesłuchania debiutanckiej płyty “In a Perfect World…” uważam, że Keri Hilson jest jedną z najzdolniejszych wokalistek z pogranicza r&b i popu.Widziałabym ją w jednym rzędzie z Beyonce czy nawet Rihanną. Niestety ciągle pląta się gdzieś z tyłu. A ma świetne warunki: niezłe teksty, fajne melodie,dobry głos i topowych producentów. Więc w czym problem? Przy recenzji pierwszej płyty pisałam, że do pełni szczęścia brakowało mi Keri z charakterem jej osobowości. Na “No Boys Allowed” nie jest z tym lepiej. Czy pomoże zmiana image’u na bardziej seksowny? Zaczęłam od krytyki samej Keri, więc przejdę lepiej do albumu. Tytuł wzbudził spore kontrowersje. Zakaz dla chłopców? Hilson już się z tego wytłumaczyła: Wiele moich muzycznych dialogów pochodzi z kobiecego punktu widzenia. Mówię o tym, na co my kobiety zasługujemy będąc w związku. Zasługujemy, aby traktować nas jak kobiety którymi jesteśmy.Zasługujemy na mężczyzn i w pewnym momencie musimy przestać bawić się z chłopcami (…). Jednak wokalistka nie miała nic przeciwko duetom z innymi muzykami. Z J.Cole wykonuje bardzo fajny numer “Buyou”. Z Rickiem Rossem ‘wymiata’ w “The Way You Love Me”- nieco agresywnym, prowokującym. Nie zabrakło również powszechnie znanych hiphopowych artystów: Kanye West (Pretty Girl Rock), Nelly (Lose Control / Let MeDown) a nawet Chris Brown (One Night Stand). Wiele utworów bardzo łatwo wchodzi do głowy i nie chce niej wyjść. Kilku mimo wielokrotnym słuchaniom nie pamiętam. Na tle innych ciekawie wypada “Toy Soldier” z rewelacyjnym oryginalnym początkiem -nieco instrumentalnym. Podoba mi się też spokojna piosenka “All The Boys”. Teksty na płycie opowiadają nie tylko o miłości, ale również o silnych kobietach, które są świadome swojej wartości i nie dadzą sobie wejść na głowę.

Ktoś kiedyś mówił, że “As I Am” to najgorsza płyta w dorobku Alicii Keys. Musiałam sprawdzić to osobiście. Nie zgadzam się z tymi opiniami. Nie jest to album na miarę świetnego “Songs in a minor” ale z powodzeniem może konkurować drugim albumem Alicii “The diary of Alicia Keys”. Nie jest to komercyjny album, chociaż singlowy”No One” (w którym Aliciia operuje głosem jak mało kiedy) był dość często puszczany w radiu. U Keys zawsze podobało mi się to, że potrafi połączyć ‘oldskulowe’ brzmienie z nowoczesnymi melodiami. Krąży pomiędzy dobrym r&b,soulem, hip hopowymi bitami. Fortepian występuje obok gitary basowej, saksofon obok syntezatora. A do tego wszystkiego niezwykle świetny głos artystki. Czasem mocny (“Go Ahead”, “No One”), czasem delikatny (“Prelude To a Kiss”, “Like You’ll Never See Me Again”). Ale zawsze pełen emocji oraz uczuć. Alicia pięknie śpiewa o miłości w takich utworach jak “Like You Never See Me Again” czy w jednym z moich faworytów na tej płycie “The Thing About Love”. W tej drugiej śpiewanie tylko Love, love will come find you (PL: Miłość, miłość przyjdzie do Ciebie, odnajdzie Cię.) ale i Love, it will forsake you (PL: Miłość,opuści Cię). Alicia nagrała również hmmm, hymn? Na cześć silnych kobiet. Chodzi tu o otwór “Superwoman” w którym śpiewam .in. Even when I’m a messI still put on a vest With an S on my chest Oh yes I’m a Superwoman (PL:Nawet jeśli mam problem Wkładam koszulkę Z literą S na piersi Oh, tak Jestem Superkobietą). Warto dodać, że tekst do tej piosenki współtworzyła Linda Perry,autorka głośnego “Beautiuful”.

Oceniłam już “Aphrodite” oraz “X”. Miałam sobie zrobić przerwę od Kylie Minogue, ale w ręce wpadł mi jej album “Fever”. Jaka jest Kylie każdy wie. Daleko jej muzyce do rockowych brzmień lub jazzowych melodii. Wypracowała jednak swój własny styl. Zaledwie rok po wydaniu popularnego “Light Years” otrzymaliśmy od niej “Fever”. Kuć żelazo puki gorące 😉 Singiel “Can’t Get You Out of My Head”, który do najlepszych utworów na ty krążku nie należy, swego czasu cieszył się ogromną popularnością. Fragment piosenki zanucić umie każdy: La, la, la, la, la, la, la. Na płycie znajdziemy inspiracje muzyką z lat 80. XX wieku. Melodie disco mogą wydawać się obciachowe, ale Kylie zrobiła z nich swój znak rozpoznawczy. Umiejętnie łączy je jednak z muzyką klubową (“Fragile”, “Burning Up”, “Dancefloor”). Krótko mówiąc płyta jest bardzo elektroniczna, taneczna. Momentami słychać inspiracje muzyką house (“Love Affair”). Zazwyczaj takie albumy jak ten zlewają mi się w jedno a nawet szybko o nich zapominam. W tym przypadku jednak pamiętam większość utworów. Warto wspomnieć o głosie Kylie. Jest bardzo dziewczęcy, momentami słodki. Nie traktuje tego jako minus. Wręcz przeciwnie. To tu pasuje jak nigdzie indziej. “Fever” nie jest ambitnym albumem. Jednak w kategorii “muzyka imprezowa” z czystym sumieniem umieszczę go wysoko.

#63, 64, 65 Cheryl Cole “Messy Little Raindrops” (2010) & Bruno Mars “Doo Wops & Hooligans” (2010) & Britney Spears “Oops!… I Did it Again” (2000)

Tytuł płyty jest uroczy. Okładka zachęcająca, oryginalna. Wnętrze? Jak już uparliście się, by zapoznać się z Cheryl Cole, włączcie sobie “3 Words”. Poprzedni album na tle tego wypada imponująco. Słuchając “Messy Little Raindrops” miałam wrażenie, że został nagrany dla zysku. Idealnie dopasowuje się do tego, co obecnie w muzyce jest modne. Taneczna muzyka, tanie bity, elektryczne ‘dodatki’. Ale czemu słuchacze mają cierpieć, bo ktoś postanowił sobie zarobić? Cheryl nie wyszła poza schemat. Nie dodała nic od siebie. Przy jej muzyce zamiast tańczyć zechciało mi się spać. Brakuje mi odrobiny szaleństwa. Tego czegoś, co wyróżniłoby Cheryl spośród innych wokalistek. Nie potrzebny był pośpiech przy nagrywaniu. Fani na pewno by się nie obrazili, gdyby płyta wyszła z rok później. Do tego czasu z pewnością Cheryl nagrałaby o niebo lepszy materiał. Tutaj piosenki są bardzo płytkie,nudne, zlewają się w jedno. Nie pomogli sławni goście – Travis McCoy (“Yeah Yeah”), Dizzee Rascal (“Everyone”), Will.I.Am (“Let’s Get Down”). Znalazły się tu dwa spokojniejsze utwory.Singlowe “The Flood”, które za dużej popularności nie zdobyło, oraz “Raindrops”, które całkiem mi się podoba. Głównie dlatego, że podczas słuchania tej piosenki nie miałam wyrzutów sumienia, że nie tańczę a może powinnam ;P Drugi singiel z tej płyty – “Promise This” – na tle pozostałych numerów wypada dobrze. Nawet przeboleję te “Alouette uetteuette Alouette uette uette“.

Bruno Mars jest obecnie jednym z najpopularniejszych wokalistów. A zadebiutował dopiero w zeszłym roku.Od razu zjednał sobie rzesze fanów. Głównie fanek. Ale ja nadal pozostaje oporna. Ani on przystojny, ani szczególnie utalentowany. Tyle się dobrego o nim powiedziało, że postanowiłam przesłuchać “Doo Wops & Hooligans”. Zły nie jest, słuchałam gorszych. Ale znów do wybitnych nie należy. Mocno średni. Jeśli chodzi o gatunki. Bruno Mars serwuje nam pop połączony z r&b,soulem i reggae. Podoba mi się to, że można przy tej płycie odpocząć, odprężyć się, wyluzować. Ja odpłynęłam chyba za bardzo, bo nijak nie pamiętam ośmiu (z dziesięciu) utworów. W pamięci pozostało mi okropne “Just The Way You Are” i nieco mniej popowe “Grenade”. Czyli single. Sięgnę jednak do notatek robionych podczas słuchania tej płyty. “Runaway Baby”pełne jest gitar, funkowego brzmienia. W piosence “The Lazy Song”Bruno Mars bezbłędnie odnalazł się w roli lenia 😉 Wokalista już dziś nazywany jest następca Michael’a Jacksona. Który to już z kolei? Fanką jego nie byłam. Marsowi jeszcze sporo brakuje. Jeśli chodzi o teksty piosenek. Niektóre wypadają przyzwoicie (“Marry You”), inne śmieszą. Jak choćby singlowe “Grenade”: I’d catcha grenade for ya. Throw my hand on the blade for ya. I’d jump in front of atrain for ya (PL: Złapałbym dla ciebie granat Dałbym sobie dla ciebie uciąć rękę Skoczyłbym pod pociąg dla ciebie). Kurczę, zdesperowany. Płyta już dzisiaj jest hitem. Dobrze się tego słucha, ale całość wypada nużąco.

 

Ups, Britney. Zrobiłaś to ponownie. Znów nagrałaś album, po który ustawią się nastolatki. Ale czy trzeba tak na nich żerować? Oni też mają uszy i prawo do otrzymywania dobrej muzyki. A tym czasem piosenkarka ma talent do nagrywania płyt, po których przesłuchaniu bolą mnie uszy. Britney przez rok nie zrobiła żadnych postępów. To, co wybaczyłam jej w przypadku debiutu, tu potraktuję surowiej. Mamy tutaj przykład słodkiego (ałć, zęby bolą) popu, teen popu oraz kiepskiego dance’u (“What U See (Is What U Get)”, “Can’t Make You Love Me”, “Don’t Go Knockin’ on My Door”). Sporo tu przesłodzonych ballad (“When Your Eyes Say It”, “Dear Diary”, “Where Are You Now”). Zawsze interesowały mnie czyjeś sekrety, pamiętniki. Ten od Alicii Keys łyknęłam z przyjemnością.”Dear Diary” Britney rozpoczyna się, tak, wy już wiecie. Tak jak zaczyna się pamiętnik potencjalnej 10-11 latki: Dear diary Today I saw a boyAnd I wondered if he noticed me He took my breath away (PL: Drogi Pamiętniku Dzisiaj spotkałam chłopaka i zastanawiałam się , czy mnie zauważył.On zabrał mi oddech.). Podoba mi się jeden, jak to nazwać, efekt zastosowany w “Heart”, “What U See (Is What U Get)”, “Oops!… I Did It Again”. Chodzi mi tu o…rozmowy. Czasem telefoniczne, czasem pomiędzy nią a koleżankami na imprezie. Najbardziej jednak zastanawia mnie, co robi tu cover piosenki The Rolling Stones “(I Can’t Get No) Satisfaction”. Czemu właściwie Britney zainteresowała się tym utworem? Prędzej widziałabym ją w czymś od Madonny. Zabierać się za rock and rollowy utwór? Ryzykownie. Jakoś się jednak wybroniła. Da się tego słuchać. Za najlepszą piosenkę uznaję tytułowy utwór “Oops!… I Did It Again”. Głównie z sentymentu. Był to bowiem pierwsza kompozycja Britney, którą poznałam.

 

#60, 61, 62 Black Eyed Peas “The Beginning” (2010) & Keri Hilson “In a Perfect World” (2009) & Madonna “Ray of Light” (1998)

“Nowy album jest początkiem kolejnej ery dominacji BEP – zapnijcie pasy i cieszcie się przejażdżką” – tak przed premierą “The Beginning” mówił Taboo. Jeśli mieliście nadzieję, że Black Eyed Peas wrócą do czasów “My Humps” lub “Shut Up” zawiedziecie się. Znowu. Ja ten zespół skreśliłam. Zamiast nagrywać coś oryginalnego uparcie siedzą w muzyce tanecznej.Techno, elektroniczne ‘bity’ i inne pierdoły. Zastanawiam się, jak zinterpretować tytuł krążka – początek. Rok wcześniej mieliśmy Koniec ;P Może to powrót do lat 80.? Świadczyć o tym może wykorzystanie popularnej lata temu piosenki “The Time of my Life” z filmu “Dirty Dancing”. Utwór ten zawsze dobrze mi się kojarzył. Do czasu usłyszenia “The Time(Dirty Bit)” Black Eyed Peas. Jak dla mnie jedna z najgorszych piosenek2010 roku. Aż trudno uwierzyć, że na “The Beginning” są gorsze! Cały album wyprodukowany jest chyba tylko przy użyciu komputerów. Wszystko jest sztuczne, wykreowane. Trochę szkoda mi Fergie, bo dziewczyna ma dobry głos,nagrała niezły solowy album, a marnuje się w tym zespole. Nawet jeśli w “Whenever” czy “Just Can’t Get Enough” dadzą jej trochę pośpiewać, to i tak w pamięci pozostaje jej okropnie zmiksowany głos w większości utworów. Pamiętacie “Rock That Body” z poprzedniego albumu? Podobnie głos Fergie przerobili w “Love U Long Time”. Gwoździem do trumny są teksty piosenek. W takich momentach cieszę się, że nie rozumiem po angielsku. This is thatoriginal, This has no identical, You can’t have my digital, Future Aboriginal,Get up off my genitals (PL: To jest oryginalne, To nie jest identyczne, Masz mój cyfrowy, Przyszły Aborygen, Puść moje genitalia) w “Don’t Stop The Party” czy this s***’s moneyn**** this s***’s green this s*** is terrifyin, halloween this s*** is gimmeyour q-q-queen and that means I’m the wha-wha– king (PL: Ten shit, jak kasajest zielony Ten shit jest straszny jak halloween Ten shit daje mi twoją kró-kró-królową To oznacza że jestem ki-ki-kim? Królem!) w “Do It LikeThis”. Jeszcze bardziej denerwują tłumaczenia Will.I.Am’a. Że niby świat idzie do przodu, technika cały czas się rozwija itp. Nie kupuje tego. Radzę wam wydać pieniądze na ich stare albumy. A od tego trzymać się z daleka.

Keri Hilson jest bardzo utalentowaną autorką tekstów piosenek. Współtworzyła m.in. “Wite a Minute” Pussycat Dolls, “Gimme More” oraz “Break The Ice” Britney. Pisała dla Ciary, Ludacrisa oraz Ushera. Darem od losu było rozpoczęcie współpracy z Timbalandem.Nagrała z nim kilka piosenek w tym dwa popularne utwory: “The Way I Are” oraz “Scream”. Keri zaistniała i wydała debiutancki krążek”In a Perfect World…”. Jej płyta utrzymana jest w gatunkach pop i r&b. Gdzieniegdzie pojawia się hip hop (“Turnin’ Me On”). Po pierwszym przesłuchaniu byłam sceptycznie nastawiona do tego albumu. Jednak go doceniłam. Melodie są zgrabne, Keri ma bardzo dobry głos. Całe szczęście, że Timbaland odsunął się w cień pozostawiając pole do popisu innym producentom z Polow da Don na czele (“Make Love”, “Get Your Money Up”). Oprócz tanecznych piosenek znajdziemy tu i ballady. “Energy”, “Slow Dance”, “Tell Him The Truth” są udanymi kompozycjami z pogranicza soulu i r&b. Poza tym mnóstwo to duetów. Niektóre są bardziej udane(“Turnin’ Me On”, “Get Your Money Up”, “Knock You Down”) inne mniej (“Change Me”, “Return The Favor”). Keri chciała zaprosić nas do swojego perfekcyjnego świata. Nie każdy jednak będzie czuł się w nim swobodnie. Mi Hilson udowodniła, że jest artystką wartą uwagi. Jedna rzecz mi niestety się nie spodobała na tym albumie (oprócz 3 piosenek, które na tle masy innych, znanych mi ‘hitów’ wypadają dobrze) to odsunięcie Keri na drugi plan. W wielu kolaboracjach jest wręcz spychana w tło. Na palcach jednej ręki można policzyć piosenki, w których pisaniu brała udział.

Do sięgnięcia po “Ray of Light” zachęciły mnie głosy, że to najlepsza płyta w dorobku Madonny. Cóż, ciekawski ze mnie człowiek, więc nie mogłam oprzeć się tej pokusie. Jeśli myślicie, że będę oryginalna i zadam wokalistce kilka ciosów, zawiedziecie się. Po części podzielam te opinie. W przeciwieństwie do jej nowych płyt a przede wszystkim starych jest to bardzo dojrzały album. Bardzo spokojny a jednocześnie taneczny. Tych szybszych utworów nie potrafię jednak nazwać dance popowymi. Są raczej z pograniczna muzyki elektronicznej i techno. Ale ze smakiem. “Ray Of Light”, “Nothing Really Matter” czy “Sky Fits Heaven” są bardzo udanymi kompozycjami. Urzekł mnie głos Madonny. Niezwykle spokojny, odprężający, czasem melancholijny.Fajnie wypada też w pierwszym utworze – “Drowned World” – gdy pod koniec pojawiają się rockowe akcenty. Ciekawym numerem jest “Shanti/Ashtangi” zawierający wpływy muzyki arabskiej.Po pierwszym przesłuchaniu można mieć wrażenie, że Madonna przynudza. Jednak warto ‘otworzyć’ uszy na muzykę zawartą na “Ray Of Light”, bo jest na wysokim poziomie. Cały album jest równy, utrzymany w podobnej stylistyce. Piosenki idealnie do siebie pasują. Są przemyślane, dopracowane a jednocześnie nie ma w nich przesady i niepotrzebnego przepychu. Warto też dodać, że płyta pokazuje nam Madonnę z nieco innej strony.Pokazuje nam dojrzałą artystkę.

#54, 55, 56 Rihanna “Music of the Sun” (2005) & Christina Aguilera “Christina Aguilera” (1999) & Britney Spears “…Baby One More Time” (1999)

“Music of the Sun” czyli jak bez podnoszenia się z fotela przenieść się na słoneczne Karaiby. Do tej pory znałam Rihannę z singli oraz trzech ostatnich płyt (Good Girl Gone Bad, Rated R, Loud). Postanowiłam jednak sięgnąć po jej debiutancki krążek. I to był strzał w dziesiątkę. Płyta jest mieszanką popu, reggae, r&b oraz dancehallu i hip hopu. Plus za oryginalność. Dziś, by zaistnieć trzeba nagrać popową płytkę a jeszcze lepiej rozkręcić jakiś skandal. Rihanna tego nie potrzebowała. Świetnie sprawdziła się w takich klimatach. Mimo, iż po latach w wywiadach opowiadała, jak to nie miała nic do powiedzenia przy wyborze muzyki, ja uważam, że wytwórnia postawiła na dobry styl. Patrząc na okładkę nie mogę uwierzyć, że to ta sama dziewczyna, która teraz farbuje włosy co 2-3 miesiące, ubiera się jak strach na wróble oraz obraca się w dennym popie. Jest tu taka naturalna. Piosenki również są miłe dla ucha. “Pon De Replay” bardzo łatwo wpada w ucho. “That la, la, la” oraz “Let Me” to udane kompozycje zawierające w sobie mix hip hopu z r&b. Znalazło się i miejsce dla kilku wolniejszych numerów. “The Last Time” najmniej jednak przypadło mi do gustu ze względy na wokal Rihanny w niektórych momentach. Bardzo podoba mi się natomias “Now I Know”. Tutaj Rihanna brzmi bardzo dobrze. No i nie można nie wspomnieć o “Music of the Sun”, która świetnie podsumowuje płytę o tym samym tytule. “Listen, closely hear the music playing Let it take you to places far away and Relax your senses just do what you want to do No need for questions It’s only for you” (“Słuchaj dokładnie grającej muzyki Pozwól zabrać się w dalekie miejsce Uwolnij swoje zmysły, po prostu rób to, na co masz ochotę Żadnych pytań, to tylko dla Ciebie“). Mogłabym przytoczyć cały tekst tego utworu. Świetny jest. Ja zdecydowanie dałam się porwać muzyce zawartej na tym krążku.

Dziś Christina Aguilera jest znaną na całym świecie artystką. Może popularność już nie ta, co ponad dziesięć lat temu, ale nie można powiedzieć, że słuchacze zupełnie o niej zapomnieli. Aguilera ma na koncie kilka metamorfoz. Każda jej płyta to nowy rozdział w jej karierze. Chociaż takie utwory jak “Candyman” czy “Beautiful” były hitami, nie przebiły piosenek z debiutanckiego krążka. Swój pierwszy album Christina wydała w 1999 roku. Kilka miesięcy po Britney Spears, swojej koleżance z programu “Klub Myszki Miki”. Chociaż to “…Baby One More Time” odniosło większy komercyjny sukces, Aguilera wygrała ze Spears głosem i samymi piosenkami. Nie chcę oczywiście przesadzać. Utwory, które znalazły się na “Christina Aguilera” to zupełnie inna półka niż to, co dostajemy od Xtiny dzisiaj. Piosenki z późniejszych krążków są bardziej dopracowane, ciekawsze. Na debiucie Christina dostała po prostu kilka kawałków do nagrania i tyle. Nie mogła być w pełni sobą, o czym później śpiewała na “Stripped”. Z “Christina Aguilera” wydane zostały cztery single. Pierwszym została piosenka “Genie in a Bottle”. Powiem szczerze, że uwielbiam ten kawałek. Jest bardzo pozytywny. To ciekawa, popowa produkcja, będąca wizytówką Aguilery. Podobnie jak drugi singiel – “What a Girl Wants”. Kiedyś bardzo mi się ta piosenka nie podobała. Dziś sądzę, że to przyjemny, chwytliwy numer. Chociaż oba te numery bardzo mi się podobają, ustępują balladzie “I Turn to You”. Christina zawsze miała talent do spokojnych piosenek, czego dowodem jest chociażby to nagranie. Cudowne. Jednak najbardziej wyrazistym singlem jest taneczne i dynamiczne “Come On Over Baby (All I Want Is You)”. Z pozostałych kawałków trzeba posłuchać “Reflection”. Ta spokojna piosenka nagrana została na potrzeby filmu Disney’a “Mulan”. Christina pokazuje w niej, jak pięknym głosem jest obdarzona. To bez wątpienia jedna z najbardziej lśniących pozycji na Christina Aguilera. Inną balladą jest “Obvious”. Łączy w sobie pop i elementy soulu. Niesamowicie mi się podoba. Stanowi piękne zakończenie całego albumu. Średnio natomiast lubię “Blessed”. To trochę zbyt nijaki, usypiający numer. Sporo miejsca na “Christina Aguilera” zajmują przebojowe, popowe utwory. Mamy chociażby bujające “So Emotional”, taneczne “When You Put Your Hands On Me” i urocze “Somebody’s Somebody”. Debiut Christiny poznałam już po zakochaniu się w “Stripped” i “Back to Basics”. Przeszkadzało mi to w pełni docenić jej wczesną twórczość. Na szczęście udało mi się spojrzeć na utwory z “Christina Aguilera” nieco inaczej. Udało mi się je docenić i polubić. To kawał porządnej, popowej muzyki. Spodobać się może każdemu. Melodie są przyjemne, teksty wcale nie głupie. A dodatkiem do tego jest świetny wokal Christiny.

W tym samym roku zadebiutowała i Britney Spears. O ile się nie mylę miała wtedy 16-17 lat. I to słychać. Niewinna, delikatna i…nudna. Podali jej jak na tacy piosenki – masz, nagraj, nie zadawaj żadnych pytań a my z ciebie zrobimy gwiazdę i jeszcze ‘trochę’ na tym zarobimy. Ok. 30 milionów sprzedanych egzemplarzy “…Baby One More Time” mówi samo za siebie. O co tyle szumu? Melodie zawarte na płycie, mimo, że są do siebie nieraz podobne, wypadają nieźle. Teksty pasują do Britney. Nastolatki będą w siódmym niebie. Duuużo o miłości (“From The Bottom of My Broken Heart”). Jednak jak patrzę na polskie tłumaczenia widzę, jak bardzo są te teksty ‘płaskie’. I must confess that My loneliness is killig me now Don’t you know I still believe That you will be here And give me a sign Hit me baby one more time (PL: Moja samotność zabija mnie (i ja) Musze odejść, wciąż wierzę (wciąż wierzę) Gdy nie jestem z Tobą tracę zmysły Daj mi znak, uderz mnie kochanie jeszcze raz). Ciekawa jest jedynie piosenka “The Beat Goes On”. Nieco elektroniczna. Podobną melodię zrobiłam kiedyś na komórce, a nie skredytowali mnie. Na albumie znajdziemy też duet. Utwór “I Will Still Love You” piosenkarka wykonuje razem z Don’em Phillipem. Nie znam go, ale w tym numerze przygniótł wokalnie Britney. Mam wrażenie, że więcej tu spokojnych numerów niż u rywalki – Christiny Aguilery. “Sometimes”, “Born To Make You Happy”, “I’ll Never Stop Loving You” czy wspomniane wcześniej “From The Bottom of My Broken Heart” mają w sobie sporą dawkę cukru. Zresztą czegokolwiek bym nie napisała o tej płycie, fani Britney wiedzą swoje. A mi pozostaje mówić, że najsłabszym elementem płyty jest…sama Britney.

#50, 51 Beyoncé “Dangerously In Love” (2003) & Kylie Minogue “X” (2007)

W 2001 nagrała z Destiny’s Child ich trzeci krążek. Potem skupiła się na solowej karierze wydając “Dangerously In Love”. Rok później razem z dziewczynami nagrała ostatni studyjny album Desiny’s “Destiny Fulfilled”. Solowe wydawnictwo Beyonce było hitem. Ok. 14 milionów egzemplarzy sprzedanych na całym świecie. Nie odeszła od stylu zespołu. Nadal świetnie czuje się w r&b. Miała również nosa do tego, kogo warto zaprosić do studia. Przede wszystkim Jay-Z. Pojawia się tu w aż 3 utworach: w świetnym “Crazy In Love”, znacznie gorszym “That’s How You Like It” oraz w “03 Bonnie & Clyde”, która nawet zyskuje na tym, że Beyonce pojawia się sporadycznie. Do piosenki “Baby Boy” zaproszenie przyjął Sean Paul, który gdzieś tam ‘postękuje’. Dodatkowo obok Big Boi, Sleepy Brown czy Luther Vandross pojawia się nie kto inny jak sama Missy Elliott. Razem z Bee śpiewa “Signs”. Całkiem udana współpraca, mimo, iż w tym momencie piosenki nie pamiętam. Spotkałam się z wieloma opiniami o tej płycie, głównie wychwalającymi Beyonce. Będę jednak oryginalna. Poza kilkoma perełkami płyta jest raczej przeciętna. Wiele utworów jednym uchem wlatuje, drugim wylatuje. Niektóre piosenki są zdecydowanie za długie np. “Speechless” trwa 6 minut. Przez to płyta momentami jest naprawdę nużąca.

Z obawą sięgnęłam po przedostatni krążek Kylie o intrygującym tytule “X”. Album został nagrany po wygranej przez wokalistkę walce z rakiem. Kylie musiała naprawdę wiele przejść. Jeśli jednak myślicie, że o tym tu śpiewa, jesteście w błędzie. Dziesiąta płyta Minogue utrzymana jest w stylu, w którym ona sama sprawdza się świetnie. Pop, dance, sporo elektroniki, przepuszczonych przez komputer dźwięków. Spodobał mi się utwór “Speakerphone”. Jest bardzo zabawny i taki…oryginalny. Fajnie wypada też “Heart Beat Rock” inspirowany nieco muzyką r&b. Do najlepszych zaliczyłabym też pierwszy singiel – “2 Hearts” – który zawiera w sobie wpływy rocka. Nawet znajdziemy tu spokojniejszy utwór – “Cosmic”. Całkiem niezły. Po każdym przesłuchaniu album robi na mnie większe wrażenie. Przede wszystkim plus za to, że piosenki nie zlewają mi się w jedno. Można je od siebie rozróżnić. A to prowadzi do tego, że jest różnorodnie i nie nudo. Bardzo przyjemna płytka.