#77, 78, 79 Black Eyed Peas “Elephunk” (2003) & Britney Spears “Britney” (2001) & Rihanna “A Girl Like Me” (2006)

“Elephunk” to pierwszy album Black Eyed Peas, na którym możemy usłyszeć wokal Fergie. Wyobrażacie sobie bez niej ten zespół? Ja chyba nie. Dla mnie zawsze pozostanie ważnym członkiem Black Eyed Peas, nawet jeśli dzisiaj jej głos bardzo poprawiają komputerowo. Jaką muzykę serwują nam “fasolki”? Przede wszystkim hip hop (“Hands Up”, “Shut Up”), nieco funku (“Smells Like Funk”, “Let’s Get It Started”), oraz sporo zapożyczeń z innych gatunków. W utworze “Where Is The Love” nagranym wspólnie z Justinem Timberlake’em obok oczywistego hip hopu przewija nam się soul. Ja osobiście nie mogę przekonać się do tej piosenki. Kojarzy mi się z Michaelem Jacksonem (refren). Sorry, ale dla mnie to oznacza minus. Pozytywnie jestem zaskoczona piosenką “Anxiety”, w której Black Eyed Peas wsparli ‘chłopcy’ z Papa Roach. Wyszedł im bardzo ciekawy numer. Zespół Papa Roach wniósł do utwory świetną, rockową energię. Połączyć rap z rockiem? Można? Można 😉 Black Eyed Peas również w jednej z piosenek skierowali swoje zainteresowania w stronę muzyki latynoskiej. Chodzi mi o kawałek “Latin Girls”. Całkiem niezłe. Namiastkę r&b znajdziemy w wyprodukowanym przez jednego z członków zespołu (i to nie przez will.i.am’a!) – apl.de.ap – utworze “The Apl Song”. Wspiera go tam momentami Fergie. Jednak piosenka znika gdzieś pośród innych na “Elephunk”. W “Labor Day” partia wokalna Fergie skojarzyła mi się z piosenką Madonny “Holiday” (1983). Jednak nie przeszkadza mi to, piosenkę Madonny całkiem lubię. Podoba mi się utwór “Let’s Get It Started” z niesamowitym początkiem by Fergie. Niesamowity to może za duże słowo, ale w podobnym stylu zaczyna się uwielbiane przeze mnie “Fallin” Alicii Keys. Wprawdzie Fergie to nie Alicia, ale może być. Płyta na pewno zadowoli fanów rapu. Mnie momentami nieco znudziła, ale i tak jest lepsza od tego, co dostajemy od Black Eyed Peas teraz.
 

Po teen popowym debiucie “Baby One More Time” i kiepskim “Oops!…I Did It Again” otrzymujemy trzeci album księżniczki popu zatytułowany po prostu “Britney”. Britney Spears się zmieniła. Jej image stał się bardziej wyzywający, seksowny. Więcej odkrywa niż zakrywa. Muzyka też poszła w nieco innym kierunku. Nadal są to popowe i dance-popowe pioseneczki, ale tym razem mają w sobie odrobinę ‘pieprzu’. I co zauważyłam po dotarciu do połowy krążka – da się tego słuchać. Pomoc laryngologa nie będzie konieczna. Nie mówię, że Britney nauczyła się śpiewać. Muzyka jest duże lepsza niż na poprzednim albumie. Nieco bardziej elektroniczna. Zaskoczyła mnie (pozytywnie) przebojowym singlem “I’m Slave 4 U” zawierającym w sobie wpływy r&b. Ogólnie często sięgała po ten gatunek tworząc “Britney”. Znajdziemy go jeszcze w “Boys” i “Let Me Be”. Pojawiają się i ballady. Wprawdzie nie jest ich tu dużo, ale to raczej na korzyść płyty. Odkąd pamiętam nie lubiłam utworu “I’m Not a Girl Not Yet a Woman”. Piosenka autorstwa znanej artystki Dido zła nie jest, ale nie podoba mi się wykonanie Britney. bardziej do gustu przypadła mi druga ballada – odrobinę taneczne “Tah’t What You Take Me”. Kiedyś często słuchałam coveru utworu zespołu Arrows pt. “I Love Rock ‘n’ Roll” z 1975 roku. Britney nie nagrała oczywiście tego w rockowym stylu. Jej wersja jest bardziej popowa. Płyta “Britney” muzyki nie zmieni. Jednak Spears zrobiła mały krok na przód i nie nagrała głupiutkich teen popowych pioseneczek.

Rok po wydaniu świetnego krążka “Music of the Sun” Rihanna zaatakowała nas kolejnym albumem pt. “A Girl Like Me”. Rihanna przez rok dojrzała, albo…na taką pozuje. “Music of the Sun” było bardzo słonecznym, lekkim i przyjemnym krążkiem. Sama chętnie do niego wracam. Tu brakuje mi tej przebojowości, tego ‘czegoś’. Tym razem otrzymujemy bardziej przemyślaną płytę. Wszystko jest na swoim miejscu. Nie traktuje tego w tym przypadku jako komplement. Brakuje mi szaleństwa. Rihanna stała się ogólnoświatową gwiazdą, nie pozostała niestety tą samą ciepłą dziewczyną z sąsiedztwa, która tak naturalnie śpiewała takie piosenki jak “Music of the Sun” czy “That la la la”. “A Girl Like Me” jest spokojniejszy. O ile reggae czy hip hop pojawiały się często na debiucie, tak tu otrzymujemy pop okraszony tylko momentami tymi gatunkami. Przyjemne r&b otrzymujemy w kawałku “We Ride”. Kiepską namiastkę reggae w “Crazy Little Thing Called Love”. Nie podoba mi się też ‘ciężkostrawne’ “Selfish Girl”. Przychylnie patrzę natomiast na hip hopowy duet z Sean Paulem pt. “Break It Off”. Mam wrażenie, że za sprawą utworu na moment przeniosłam się na “Music of the Sun”. Stąd też moja radość, na widok (a może dźwięk?) nowych wersji starych hitów. “If It’s Lovin’ That You Want” jest bardziej hip hopowe od pierwszej wersji, a remix “Pon De Replay” bardzo fajny, energetyczny. Jak już wspomniałam wcześniej, znajdziemy tu kilka ballad. Na pewno o uszy obiło wam się “Unfaithful”. Mieszanka r&b i soulu na wysokim poziomie. Zakochałam się również w “Final Goodbye”. Smutny utwór, ale bardzo piękny. Pozostałymi balladami na krążku są “PS (I’m Still Not Over You)” i “”A Million Miles Away”. Jednak nie mogę się do nich ostatecznie przekonać. Czekałam na piosenkę tytułową – “A Girl Like Me”. Jednak po pierwszym słuchaniu najzwyklej ją przegapiłam. Może to i dobrze? Nie zachwyciła mnie. Ten krążek słaby nie jest. Z pewnością lepiej się go słucha niż wydanego pod koniec 2010 “Loud”. Od debiutu niestety odstaje.

#58, 59 Avril Lavigne “Let Go” (2002) & Gwen Stefani “Love. Angel. Music. Baby” (2004)

Pojawienie się w 2002 Avril Lavigne było zbawieniem dla zbuntowanych fanów muzyki. Była zupełnym przeciwieństwem królujących wówczas Britney Spears, Madonny i Christiny Aguilery, które nie ustałyby na desce ani minuty. A taka właśnie była Avril. Zbuntowana, chłopięca, uwielbiająca rockową muzykę. Taki też jest jej debiutancki album “Let Go”. Może bliżej mu do gatunku pop-rock, ale znakomicie przedstawia nam Avril jak spontaniczną, szczerą i utalentowaną wokalistkę. Chociaż z tym ostatnim bym nie przesadzała, bo przydałoby się jej wziąć kilka lekcji śpiewu. Szczególnie irytujące jest “je je je” w spokojnym “I’m With You” czy “Things I’ll Never Say”. Najbardziej popowym numerem jest singlowy “Sk8er Boy”. Utwór opowiada o dziewczynie (“She did ballet”) z zakochanym w nią chłopaku (“He was a punk”). Z miłości nic nie wyszło, ale my mamy całkiem niezły, energetyczny kawałek. Obok “I’m With You” Avril prezentuje nam też inne łagodne utwory. Dobre “Tomorrow”, nieco nudnawe “Naked” oraz ostrzejszą balladkę “Too Much Too Ask”. Trochę denerwujące jest, że wiele piosenek rozkręca się przy refrenie. Najlepszym przykładem jest “Mobile”. Początek fajnie wygląda w “Nobody’s Fool”, gdzie Lavigne próbuje rapować. Po przesłuchaniu “Let Go” w pamięci pozostało mi ostre “Unwanted”. Podoba mi się szczególnie, gdy wokalistka mocnym głosem śpiewa You don’t know me Don’t ignore me You don’t want me there You just shut me out (PL: Nie znasz mnie Nie ignoruj mnie Nie chcesz mnie tam Po prostu mnie przekreślasz). Bardzo dobre wrażenie zrobiła na mnie również piosenka “Losing Grip”, w której refrenie głos Avril brzmi super. Co by tu jeszcze napisać? Debiut całkiem udany. Plus dla artystki za to, że pozostała sobą. Jednak wielu piosenek po prostu nie pamiętam. Jednym uchem wlatują, drugim wylatują. Jednak warto sięgnąć po ten album.

W 2004 Gwen Stefani odłączyła się od kolegów z No Doubt i zaczęła nagrywać pod własnym nazwiskiem. 2 lata później ja taki krok zdecydowała się Fergie, ale jej muzyka nie wychodziła poza ramy tego, co grali Black Eyed Peas. Z Gwen było na odwrót. Z zespołem wykonywała głównie muzykę rockową a na “L.A.M.B.” mamy mieszankę popu, r&b, elektroniki. O tym, że jest to niezwykły album przekonałam się, kiedy po jednym przesłuchaniu pamiętałam większość utworów. Gwen ma niesamowitą wyobraźnię i dość specyficzny głos, który tylko podbija dobre wrażenie o piosenkach. “L.A.M.B.” (Love. Angel. Music. Baby.) otwiera utwór autorstwa Lindy Perry pt. “What You Waiting For?”. Nie dajcie się zwieść spokojnemu początkowi. Ten pop-rockowy, nieco elektryczny numer jest bardzo energetyczny. Perry wspomogła również Gwen w całkiem niezłym “Danger Zone” i “The Real Thing”. Żeby nie było tak za bardzo tanecznie Gwen umieściła tu dwie spokojniejsze piosenki. Należy do nich “Cool” opowiadające o skończonym związku piosenkarki, która pozostała z byłym w przyjaznych stosunkach oraz leniwe “Luxurious”, w którym spodobało mi się przede wszystkim zdanie Look I’m livin’ like a queen (PL: Spójrz, żyję jak królowa). Podoba mi się utwór “Rich Girl” z zapożyczonym z musicalu “Skrzypek na dachu” początku. Swoją hip hopową stronę Stefani pokazuje w “Hollaback Girl”. Nieco uliczny styl, trochę rapu. Twórcami kawałka są producenci z The Neptunes specjalizujący się właśnie w takich numerach. Jednak moim faworytem jest “Harajuku Girls”. Świetna, zakręcona melodia, wspaniały wokal Gwen i tekst, w którym artystka zachwyca się stylem japońskich dziewcząt. Dawno nie miałam w odtwarzaczu tak dobrej, popowej  płyty. Bez kiczu, tandety, banałów. To po prostu Gwen Stefani.

 

#54, 55, 56 Rihanna “Music of the Sun” (2005) & Christina Aguilera “Christina Aguilera” (1999) & Britney Spears “…Baby One More Time” (1999)

“Music of the Sun” czyli jak bez podnoszenia się z fotela przenieść się na słoneczne Karaiby. Do tej pory znałam Rihannę z singli oraz trzech ostatnich płyt (Good Girl Gone Bad, Rated R, Loud). Postanowiłam jednak sięgnąć po jej debiutancki krążek. I to był strzał w dziesiątkę. Płyta jest mieszanką popu, reggae, r&b oraz dancehallu i hip hopu. Plus za oryginalność. Dziś, by zaistnieć trzeba nagrać popową płytkę a jeszcze lepiej rozkręcić jakiś skandal. Rihanna tego nie potrzebowała. Świetnie sprawdziła się w takich klimatach. Mimo, iż po latach w wywiadach opowiadała, jak to nie miała nic do powiedzenia przy wyborze muzyki, ja uważam, że wytwórnia postawiła na dobry styl. Patrząc na okładkę nie mogę uwierzyć, że to ta sama dziewczyna, która teraz farbuje włosy co 2-3 miesiące, ubiera się jak strach na wróble oraz obraca się w dennym popie. Jest tu taka naturalna. Piosenki również są miłe dla ucha. “Pon De Replay” bardzo łatwo wpada w ucho. “That la, la, la” oraz “Let Me” to udane kompozycje zawierające w sobie mix hip hopu z r&b. Znalazło się i miejsce dla kilku wolniejszych numerów. “The Last Time” najmniej jednak przypadło mi do gustu ze względy na wokal Rihanny w niektórych momentach. Bardzo podoba mi się natomias “Now I Know”. Tutaj Rihanna brzmi bardzo dobrze. No i nie można nie wspomnieć o “Music of the Sun”, która świetnie podsumowuje płytę o tym samym tytule. “Listen, closely hear the music playing Let it take you to places far away and Relax your senses just do what you want to do No need for questions It’s only for you” (“Słuchaj dokładnie grającej muzyki Pozwól zabrać się w dalekie miejsce Uwolnij swoje zmysły, po prostu rób to, na co masz ochotę Żadnych pytań, to tylko dla Ciebie“). Mogłabym przytoczyć cały tekst tego utworu. Świetny jest. Ja zdecydowanie dałam się porwać muzyce zawartej na tym krążku.

Dziś Christina Aguilera jest znaną na całym świecie artystką. Może popularność już nie ta, co ponad dziesięć lat temu, ale nie można powiedzieć, że słuchacze zupełnie o niej zapomnieli. Aguilera ma na koncie kilka metamorfoz. Każda jej płyta to nowy rozdział w jej karierze. Chociaż takie utwory jak “Candyman” czy “Beautiful” były hitami, nie przebiły piosenek z debiutanckiego krążka. Swój pierwszy album Christina wydała w 1999 roku. Kilka miesięcy po Britney Spears, swojej koleżance z programu “Klub Myszki Miki”. Chociaż to “…Baby One More Time” odniosło większy komercyjny sukces, Aguilera wygrała ze Spears głosem i samymi piosenkami. Nie chcę oczywiście przesadzać. Utwory, które znalazły się na “Christina Aguilera” to zupełnie inna półka niż to, co dostajemy od Xtiny dzisiaj. Piosenki z późniejszych krążków są bardziej dopracowane, ciekawsze. Na debiucie Christina dostała po prostu kilka kawałków do nagrania i tyle. Nie mogła być w pełni sobą, o czym później śpiewała na “Stripped”. Z “Christina Aguilera” wydane zostały cztery single. Pierwszym została piosenka “Genie in a Bottle”. Powiem szczerze, że uwielbiam ten kawałek. Jest bardzo pozytywny. To ciekawa, popowa produkcja, będąca wizytówką Aguilery. Podobnie jak drugi singiel – “What a Girl Wants”. Kiedyś bardzo mi się ta piosenka nie podobała. Dziś sądzę, że to przyjemny, chwytliwy numer. Chociaż oba te numery bardzo mi się podobają, ustępują balladzie “I Turn to You”. Christina zawsze miała talent do spokojnych piosenek, czego dowodem jest chociażby to nagranie. Cudowne. Jednak najbardziej wyrazistym singlem jest taneczne i dynamiczne “Come On Over Baby (All I Want Is You)”. Z pozostałych kawałków trzeba posłuchać “Reflection”. Ta spokojna piosenka nagrana została na potrzeby filmu Disney’a “Mulan”. Christina pokazuje w niej, jak pięknym głosem jest obdarzona. To bez wątpienia jedna z najbardziej lśniących pozycji na Christina Aguilera. Inną balladą jest “Obvious”. Łączy w sobie pop i elementy soulu. Niesamowicie mi się podoba. Stanowi piękne zakończenie całego albumu. Średnio natomiast lubię “Blessed”. To trochę zbyt nijaki, usypiający numer. Sporo miejsca na “Christina Aguilera” zajmują przebojowe, popowe utwory. Mamy chociażby bujające “So Emotional”, taneczne “When You Put Your Hands On Me” i urocze “Somebody’s Somebody”. Debiut Christiny poznałam już po zakochaniu się w “Stripped” i “Back to Basics”. Przeszkadzało mi to w pełni docenić jej wczesną twórczość. Na szczęście udało mi się spojrzeć na utwory z “Christina Aguilera” nieco inaczej. Udało mi się je docenić i polubić. To kawał porządnej, popowej muzyki. Spodobać się może każdemu. Melodie są przyjemne, teksty wcale nie głupie. A dodatkiem do tego jest świetny wokal Christiny.

W tym samym roku zadebiutowała i Britney Spears. O ile się nie mylę miała wtedy 16-17 lat. I to słychać. Niewinna, delikatna i…nudna. Podali jej jak na tacy piosenki – masz, nagraj, nie zadawaj żadnych pytań a my z ciebie zrobimy gwiazdę i jeszcze ‘trochę’ na tym zarobimy. Ok. 30 milionów sprzedanych egzemplarzy “…Baby One More Time” mówi samo za siebie. O co tyle szumu? Melodie zawarte na płycie, mimo, że są do siebie nieraz podobne, wypadają nieźle. Teksty pasują do Britney. Nastolatki będą w siódmym niebie. Duuużo o miłości (“From The Bottom of My Broken Heart”). Jednak jak patrzę na polskie tłumaczenia widzę, jak bardzo są te teksty ‘płaskie’. I must confess that My loneliness is killig me now Don’t you know I still believe That you will be here And give me a sign Hit me baby one more time (PL: Moja samotność zabija mnie (i ja) Musze odejść, wciąż wierzę (wciąż wierzę) Gdy nie jestem z Tobą tracę zmysły Daj mi znak, uderz mnie kochanie jeszcze raz). Ciekawa jest jedynie piosenka “The Beat Goes On”. Nieco elektroniczna. Podobną melodię zrobiłam kiedyś na komórce, a nie skredytowali mnie. Na albumie znajdziemy też duet. Utwór “I Will Still Love You” piosenkarka wykonuje razem z Don’em Phillipem. Nie znam go, ale w tym numerze przygniótł wokalnie Britney. Mam wrażenie, że więcej tu spokojnych numerów niż u rywalki – Christiny Aguilery. “Sometimes”, “Born To Make You Happy”, “I’ll Never Stop Loving You” czy wspomniane wcześniej “From The Bottom of My Broken Heart” mają w sobie sporą dawkę cukru. Zresztą czegokolwiek bym nie napisała o tej płycie, fani Britney wiedzą swoje. A mi pozostaje mówić, że najsłabszym elementem płyty jest…sama Britney.

#50, 51 Beyoncé “Dangerously In Love” (2003) & Kylie Minogue “X” (2007)

W 2001 nagrała z Destiny’s Child ich trzeci krążek. Potem skupiła się na solowej karierze wydając “Dangerously In Love”. Rok później razem z dziewczynami nagrała ostatni studyjny album Desiny’s “Destiny Fulfilled”. Solowe wydawnictwo Beyonce było hitem. Ok. 14 milionów egzemplarzy sprzedanych na całym świecie. Nie odeszła od stylu zespołu. Nadal świetnie czuje się w r&b. Miała również nosa do tego, kogo warto zaprosić do studia. Przede wszystkim Jay-Z. Pojawia się tu w aż 3 utworach: w świetnym “Crazy In Love”, znacznie gorszym “That’s How You Like It” oraz w “03 Bonnie & Clyde”, która nawet zyskuje na tym, że Beyonce pojawia się sporadycznie. Do piosenki “Baby Boy” zaproszenie przyjął Sean Paul, który gdzieś tam ‘postękuje’. Dodatkowo obok Big Boi, Sleepy Brown czy Luther Vandross pojawia się nie kto inny jak sama Missy Elliott. Razem z Bee śpiewa “Signs”. Całkiem udana współpraca, mimo, iż w tym momencie piosenki nie pamiętam. Spotkałam się z wieloma opiniami o tej płycie, głównie wychwalającymi Beyonce. Będę jednak oryginalna. Poza kilkoma perełkami płyta jest raczej przeciętna. Wiele utworów jednym uchem wlatuje, drugim wylatuje. Niektóre piosenki są zdecydowanie za długie np. “Speechless” trwa 6 minut. Przez to płyta momentami jest naprawdę nużąca.

Z obawą sięgnęłam po przedostatni krążek Kylie o intrygującym tytule “X”. Album został nagrany po wygranej przez wokalistkę walce z rakiem. Kylie musiała naprawdę wiele przejść. Jeśli jednak myślicie, że o tym tu śpiewa, jesteście w błędzie. Dziesiąta płyta Minogue utrzymana jest w stylu, w którym ona sama sprawdza się świetnie. Pop, dance, sporo elektroniki, przepuszczonych przez komputer dźwięków. Spodobał mi się utwór “Speakerphone”. Jest bardzo zabawny i taki…oryginalny. Fajnie wypada też “Heart Beat Rock” inspirowany nieco muzyką r&b. Do najlepszych zaliczyłabym też pierwszy singiel – “2 Hearts” – który zawiera w sobie wpływy rocka. Nawet znajdziemy tu spokojniejszy utwór – “Cosmic”. Całkiem niezły. Po każdym przesłuchaniu album robi na mnie większe wrażenie. Przede wszystkim plus za to, że piosenki nie zlewają mi się w jedno. Można je od siebie rozróżnić. A to prowadzi do tego, że jest różnorodnie i nie nudo. Bardzo przyjemna płytka.

#44, 45, 46 Kylie Minogue “Aphrodite” (2010) & Hurts “Happiness” (2010) & Fergie “The Dutchess” (2006)

Kylie Minogue jest wokalistką, która zna chyba każdy. Jeśli nie z całych płyt to z samych kilku singli. “Aphrodite” jest moim pierwszym albumem Kylie przesłuchanym od A do Z. Albo od pierwszej piosenki do ostatniej jak kto woli. Zachęciło mnie “All The Lovers”. Lekko taneczne, z ładnie sfilmowanym teledyskiem. Jednak cały album mnie zmęczył. Nie, nie dlatego, że znajdują się na nim utwory w sam raz na parkiet. Wydawałoby się, że Kylie nagrała, lekki, popowy albumik. I to mnie w nim wykończyło. Wszystko dla mnie brzmi tu tak samo. Po pierwszym przesłuchaniu nie pamiętałam nic oprócz singli. Kylie jest jednak jak Afrodyta. Ma ponad 40 lat a mimo to brzmi jak 20. Nowy album jest idealny na letnie dyskoteki do nadmorskich ‘kurortów’ typu Władysławowo. Jednak rewolucji nim nie zrobi. Przekonała mnie jednak do jednego: do sięgnięcia po jej starsze kompozycje. Z nadzieją, że kiedyś było lepiej.

Hurts to jeden z najgłośniejszych debiutów 2010 roku. Duet tworzą dwaj dżentelmeni z Anglii specjalizujący się w muzyce synthpopowej. A może raczej smęt-popowej. Dla niektórych sporym zaskoczeniem może być ilość spokojnych, nieco smutnych utworów na płycie zatytułowanej “Happiness’. Momentami uderza mnie profesjonalizm Hurts. Wszystko tu jest dopieszczone i wystylizowane. Mimo, iż na początku singiel “Wonderful life” mnie nie przekonał, zaliczyłabym go teraz do najlepszych na tej płycie. Ciekawie wygląda nieco bardziej przebojowy featuring z Kylie Minogue (“Devotion”). Piosenkarka swoją obecnością ożywiła nieco ten album. Jednak pozostałe kompozycje mogą być rozczarowaniem. Tym bardziej, że Hurts przed wydaniem płyty zostali okrzyknięci muzyczną nadzieją. Jest nudno. Po prostu. Momentami nawet zbyt romantycznie. Nic tylko sobie w głowę strzelić. Sorry, ale słuchając bardzo ckliwych utworów mam właśnie takie uczucia. Jednak chłopakom z Hurts warto dać szansę. W końcu to ich debiut i na drugim albumie może nas czymś zaskoczą.

Fergie postanowiła na jakiś czas odłączyć się od kolegów z zespołu i stworzyć coś pod własnym ‘nazwiskiem’. W rzeczywistości nie pożegnała się ze wszystkim kumplami z Black Eyed Peas. Płyta nie tylko została nagrana w will.i.am music group, ale tez sam Will.I.Am maczał w niej palce. Większości utworów był producentem, a w trzech nawet gościnnie się pojawił (“Fergalicious”, “All That I Got (The Make Up Song)”, “Here I Come”). Na szczęście nie jest aż za bardzo black-eyed-peas’owsko. Nie jest to może krążek, który w jakimś stopniu zmieniłby oblicze muzyki rozrywkowej. Po prostu – płyta jakich wiele. Jest sporo elektroniki i hip hopu (“London Bridge”, “Here I Come”). Pojawia się i r&b (“Glamorous”). Momentami pojawiają się naprawdę mocne utwory, szybkie, przebojowe (“Voodoo Doll”, “Pedestal”) to znów spokojne (“Big Girls Don’t Cry”, “Finally”). Najbardziej spodobała mi się piosenka “Pedestal” (nieco zadziorna) oraz “Finally”, które zawiera w sobie musicalowe wpływy. Pomyłką dla mnie jest natomiast wkurzające “Clumsy” i “Velvet”, gdzie Fergie chciała być delikatna, zmysłowa a efekt osiągnęła całkiem inny. Ciekawą piosenką jest natomiast “Mary Jane Shoes”, które w połowie zmienia brzmienie. “The Dutchess” jest dość ciekawym albumem, do którego na pewno jeszcze wrócę. Fergie ma dobry, mocny głos. A sama płyta spodoba się nawet osobom nie będącymi fanami Black Eyed Peas.