#92, 93, 94, 95 Jessie J “Who You Are” (2011) & P!nk “Funhouse” (2008) & Kate Ryan “Free” (2008) & Ciara “Goodies” (2004)

Kiedy właściwie poznałam Jessie J? Na początku roku, kiedy po dłuższej przerwie włączyłam radio Eska. Sporo gadali o niejakiej Jessie J. Cóż, nie znałam. Przyzwyczaiłam się zresztą do tego, że ponad połowa debiutujących artystów odchodzi niepamięć po jednym singlu. Sądzę jednak, że o tej artystce szybko nie zapomnimy. Oba single (“Price Tag”, “Do It Like a Dude”) zachęciły mnie do kupna debiutanckiego krążka Brytyjki. Na uwagę zasługuje sam fakt, że Jessie J prezentuje nam utwory z gatunku pop (“I Need This”), r&b (“Abracadabra”, “Nobody’s Perfect”) a czasami pojawiają się hip hopowe wstawki (“Price Tag”, “Who’s Laughing Now”). Wszechobecne electro u niej pojawia się w śladowych ilościach. Jedyny kłopot mam z osobą samej Jessie J. Odnoszę w niektórych utworach wrażenie, że za bardzo zapatrzyła się na inne wokalistki. Spokojna piosenka “Casualty of Love” przypomina mi dokonania Alicii Keys. Nie tyle za czasów “Songs in a Minor” co z wydanej w 2007 płyty “As I Am”. W “L.O.V.E.” zapachniało mi Keri Hilson. Na początku miałam nawet wątpliwości, kto to śpiewa – Jessie czy może sama Keri? Na szczęście w połowie się rozkręca. Piosenkę “Do It Like a Dude” mogłaby wykonać i Rihanna. Czytałam gdzieś, że zresztą Jessie chciała oddać jej ten utwór. Na szczęście zostawiła dla siebie a Rihanna niech sobie śpiewa “na na na come on…”. Największą zagadką jest dla mnie ballada “Big White Room”. Zastanawiam się, czy to możliwe, by była to wersja ‘live’. Jeśli tak – pogratulować. Jessie ma dobry głos, fajnie wypada na żywo. Z drugiej jednak strony dodać brawa i głosy publiczności do piosenki nie stanowi problemu. Jednak wierzę Jessie. Moim zdecydowanym faworytem jest utwór “Mama Knows Best”. Najbardziej oryginalny numer na tym krążku. Słychać w tle orkiestrę, Jessie J flirtuje nieco z kabaretowym stylem a czasem nawet przychodzą mi na myśl skojarzenia z burleską. Nie potrafię za to przekonać się do “Nobody’s Perfect”. Ogólnie jednak, Jessie zrobiła na mnie ogromnie pozytywne wrażenie. Będę trzymać za nią kciuki. Jak dla mnie – najlepszy debiut 2011.

“Funhouse” to piąta płyta P!nk wydana pod koniec 2008 roku. Dotychczas znałam jedynie single, które, szczerze mówiąc, mnie nie powaliły. Warto jednak dać artystce szanse, bo należy ona do tych inteligentniejszych gwiazd show biznesu. Ironiczny wydaje się być już sam tytuł. W chwili, gdy wydawała ten album, była po rozwodzie z mężem. Podobno bardzo to przeżyła, a my teraz otrzymujemy od niej zapewnienie, że wszystko jest takie wesołe, zabawne, no ‘funhouse’ po prostu. Nie nadążam za P!nk. Słuchając tego albumu mam wrażenie, że za piosenki odpowiedzialne są dwie osoby. Z jednej strony mamy wokalistkę, która nieźle wymiata w takich numerach jak “So What”, gdzie prawie krzyczy So so what? I’m still a rock star I got my rock moves And i don’t need you And guess what I’m having more fun (PL: I co z tego? Ciągle jestem gwiazdą rocka Mam swoje rockowe ruchy I nie potrzebuję cię I wiesz co? Bawię się lepiej) a za chwilę w “Please Don’t Leave Me” śpiewa I forgot to say outloud, How beautiful you really are to me, I cant be without, You’re my perfect little punching bag, And i need you, I’m sorry(PL: Zapomniałam, że mam mówić cicho Jak bardzo piękny jesteś dla mnie Nie mogę istnieć bez Ciebie, mojego idealnego Potrzebuję cię! Przepraszam). O wiele prostszy wydaje się podział płyty na kawałki szybsze i ballady. Ze spokojnych utworów bardzo lubię “I Don’t Believe You” (wzruszający numer) oraz “Crystal Ball” (akustyczna perełka). Gorzej ma się sprawa z szybszymi, pop punkowymi utworami. “Bad Influence” nigdy mi się nie podobało, “So What” zdążyło mi się znudzić ze sto razy. Podoba mi się jednak “One Foot Wrong”, bo się wyróżnia, oraz “Ave Mary A”. Lubię również, jak już wspomniałam przy okazji recenzji “Greatest Hits…So Far!!!” utwór tytułowy czyli “Funhouse”. Jest to bardzo radosny, energiczny numer. P!nk udało się nagrać dobry album. Jednak oprócz kilku utworów niewiele mnie na nim zachwyciło. Mimo wszystko warto posłuchać, bo P!nk jest autentyczna, nikogo nie udaje.

Jak już wspomniałam przy okazji recenzji płyty “Different” byłam fanką Kate Ryan. Mimo, iż teraz wolę słuchać innych artystek, mam w swoim domowym zbiorze płyt album “Free” z 2008 roku. Jaki jest ten krążek? Na pewno ‘wolny’. Po komercyjnej klapie “Alive” Kate powróciła do nagrywania tanecznych utworów. I robi to jeszcze lepiej niż kiedyś. Kate zawsze lubiła nagrywać covery. Na “Free” umieściła trzy nie swoje kompozycje. Na pewno mieliście okazję słyszeć piosenkę “Voyage Voyage”. Oryginalna wersja należy do Desireless (1986). Jak pierwszej wersji nie lubię, tak ta od Kate bardzo mi się podoba. Drugim coverem jest “Ella Elle L’a” (1987). Nie znam oficjalnej wersji, ale to od Kate polubiłam od pierwszego usłyszenia. Trzecim i ostatnim coverem jest “I Surrender”. Piosenka żeńskiej grupy Clea (2006) nie zrobiła na mnie pozytywnego wrażenia. Na pewno Kate ma lepsze numery. W gąszczu tanecznych utworów wyróżnia się ostatnia propozycja na płycie – tytułowe “Free”. Nie spodziewałam się takiego numeru od Kate. “Free” jest świetną, nieco soulową piosenką. Zupełnie inną od tego, co nagrywała Kate do tej pory. Uwielbiam również “Put My Finger on it” oraz duet z Sorayą pt. “Tonight We Ride / No Digas Que No”. Podoba mi się połączenie w tej ostatniej piosence języka angielskiego z hiszpańskim. Głosy Kate i Sorayi ładnie się dopełniają. Muszę jednak przyznać, że wolę wokal Ryan. Jak już wiele razy podkreślałam, nie jestem wielką fanką tanecznej muzyki. Jednak ta na “Free” to wyjątek. Znam pozostałe płyty Kate i szczerze mogę powiedzieć, że ta jest najlepsza.

Mam już za sobą ostatni krążek Ciary (“Basic Instinct”) oraz ten przedostatni (“Fantasy Ride”). Dopiero teraz sięgam po debiut. Żałuję, że wcześniej nie wpadłam na ten krążek, bo jest naprawdę dobry. Jako debiutująca dopiero artystka, Ciara miała trudne zadanie. Jest mnóstwo wokalistek r&b. Warto przytoczyć chociażby dziewczyny z Destiny’s Child czy nieżyjącą już Aaliyah. Na szczęście Ciara się wybroniła. Płyta “Goodies” składa się z piosenek utrzymanych właśnie w stylu r&b, czasem pojawia się hip hop. Ale przede wszystkim Ciara jest ‘księżniczką’ crunku. Jest to gatunek wywodzący się z rapu. Utwory z tego gatunku charakteryzują się mocnym brzmieniem, w tle słychać różne odgłosy a same teksty mają zazwyczaj luźną kompozycję. Przykładem takiego numeru może być chociażby “Oh” wykonywane razem z Ludacrisem. Oprócz niego, do współpracy Ciara zaprosiła i inne sławy. W tytułowym “Goodies” pojawia się Petey Pablo, który nadaje piosence fajny klimat. W szybkim i tanecznym “1,2 Step” zgodziła się zarapować Missy Elliott. Obok szybkich utworów takich jak “Hotline” czy “Ooh Baby” Ciara zaserwowała nam ballady z pogranicza r&b i soulu (“And I”, “Thug Style”). Ja osobiście wolę ją w tanecznych numerach. Ballady są przede wszystkim za długie. A najgorszą z nich jest “And I”, która, co mnie ogromnie zdziwiło, była singlem. Piosenka trwa niemalże 4 minuty, ale słuchając jej mam wrażenie, że kończy się po 6 minutach. Trudno wyodrębnić w niej refren. Nieco lepsze jest “Next To You”, o którym i tak zapomina się zaraz po ostatnich taktach. Jak na debiut, Ciara wykonała dobrą robotę. Zaimponowała mi tym, że brała udział w tworzeniu tekstów na płytę. Mam niestety wrażenie, że piosenki mają podobne brzmienie.

#87, 88, 89, 90, 91 Nelly Furtado “Loose” (2006) & Leona Lewis “Best Kept Secrets” (2009) & Madonna “Music” (2000) & LaFee “LaFee” (2006) & Britney Spears “In the Zone” (2003)

Płytę “Loose” Nelly Furtado wydała w 2006 roku. Skojarzyła mi się z solowym albumem Fergie pt. “The Dutchess”. Jednak to Nelly była pierwsza. W czym to podobieństwo? Odpowiednie słowo to różnorodność. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że na “Loose” składają się podobne do siebie utwory. Przy bliższym poznaniu widzimy, że nie do końca są identyczne. Mamy tu dance-popowe “Maneater” i “Do It”, całkiem spokojne, rhythm & bluesowe “Promiscuous” i “Say It Right”,  hip hopowe “No Hay Igual”, robiące ukłon w stronę muzyki latynoskiej “Te Busque”, akustyczne “In God’s Hands” czy w końcu mieszankę popu i r&b w pięknym, łagodnym “All Good Things (Come to an End)”. Bez wątpienia jest to najbardziej komercyjna płyta Nelly Furtado. Nad większością utworów czuwał Timbaland. Efekty jego pracy? Są nimi zarówno dobre utwory, jak i piosenki, których nie zaliczyłabym do najlepszych nawet gdyby mnie torturowali. Uwielbiam chociażby “Say It Right” czy “All Good Things (Come to an End)”, nie trawię “No Hay Igual” czy “Do It”. Wiele dobrego słyszałam o balladzie “In God’s Hands”, jednak ja się zawiodłam. Piosenka na pewno jest piękna, ale wykonanie Nelly jest straszne. Jej głos nie pasuje mi do tego typu utworów. Jednak już w “Showtime” wypada dobrze. Zaskoczył mnie ten utwór, bo spodziewałam się tu kolejnego tanecznego numeru. A dostajemy spokojną piosenkę. Przekonałam się do “Say It Right”. Kiedyś wręcz nie cierpiałam tej piosenki. Teraz spojrzałam na nią w nowym świetle i zobaczyłam, że to naprawdę dobry numer. Niby spokojny, ale zadziorny. Podsumowując, płyta “Loose” podoba mi się w połowie. Znalazłam na niej kilka ‘perełek’, do których będę często wracać. Ale z drugiej strony są tu utwory, które mi się nie podobają.

Zanim Leona Lewis stała się sławna dzięki show “The X-Factor” napisała i nagrała kilka piosenek. Jeśli macie już za sobą “Spirit” czy “Echo”, “Best Kept Secret” może was zaskoczyć. Ja postanowiłam przesłuchać tą płytę zanim naskrobię ocenę “Spirit”. Zastanawiam się, która Leona jest tą prawdziwą, autentyczną. Obstawiam jednak, że ta, którą słyszymy na ‘demówce’, na “Best Kept Secret”. Otrzymujemy tutaj muzykę w 100% taneczną (“Joy”, “Ready to Get Down”), ale czasami pojawia się i r&b (“L.O.V.E U”). Lubię taką muzykę, jednak w wersji Leony mnie ona nie przekonuje. Muzyka taneczna powinna być przyjemna, lekka. W wykonaniu Leony jest tak lekka, że aż ulotna. Mimo, iż słuchałam tej płyty z cztery czy pięć razy nie zanucę wam żadnego fragmentu. Znów muszę korzystać z robionych podczas przesłuchiwania notatek. W trzech utworach Leonę wspomagają inni artyści. W “Dip Down” usłyszymy Loot. Nie pomaga jednak tej piosence. W rozlazłym “Private Party” pojawia się Robert Allen (uczestnik X-Factor, grupa 25 lat). Jego dojrzały głos ciekawie współgra z delikatnym wokalem Leony. Ostatnim duetem jest nieco zadziorne “Bad Boy” z K2 Family. Jedyną balladą, którą Leona umieściła na płycie jest “I Wanna Be That Girl”. Szczerze? Jedna z najgorszych ‘Leonowych’ ballad, jakie znam. Lewis ma dobry głos, ale na “Best Kept Secret” tego zupełnie nie słychać. Te utwory mogłaby i Britney Spears nagrać i efekt byłby ten sam. Jednak dziękuję jej za tą płytkę demo. O wiele bardziej doceniłam “Spirit”.

Na początku chciałabym się do czegoś przyznać. Postanowiłam ocenić wszystkie studyjne płyty Madonny. Wpadłam na ten pomysł, gdy zaczęło boleć mnie czoło od pukania się w nie za każdym razem, kiedy czytałam, że “GaGa jest królową pop”. Płyta “Music” została wydana w 2000 roku. Muzyka elektroniczna nie była wtedy tak powszechna jak dzisiaj, więc płyta robi jeszcze większe wrażenie. Za pierwszym przesłuchaniem byłam skłonna wystawić “Music” ocenę między 2 a 3. Mylne pierwsze wrażenie. ‘Otworzyłam’ swoje uszy i inaczej spojrzałam na piosenki. Album otwiera tytułowy numer “Music”. Spora dawka elektroniki, rytm właściwie dla wszystkich a do tego świetny wokal Madonny i tekst, który do najmądrzejszych nie należy, ale przytoczyć można jeden cytat Music makes the people come together(PL: Muzyka sprawia, że ludzie się schodzą). Nie myślcie jednak, że są tu tylko taneczne kawałki. Obok dobrych, elektrycznych utworów, do których należy m.in. “Runaway Lover” czy “Impressive Instant”, znajdziemy spokojne piosenki. Madonna udowadnia, że dobrze idzie jej i w nastrojowych, melancholijnych utworach (“I Deserve It”, “Nobody’s Perfect”). Z takich numerów uwielbiam chociażby “Paradise (Not For Me)”. Bardzo zmysłowy utwór. Madonna śpiewa w nim zarówno po angielsku jak i francusku. Niesamowicie oba języki się dopełniają. Podoba mi się również “Don’t Tell Me”. Nieco zawiodłam się na “Nobody’s Perfect”. Piosenka trwa prawie 5 minut. Jest zdecydowanie za długa, ma się jej dość w połowie. I do tego ta ‘syrena’ wyjąca w środku utworu. Na deser polecam popowe, lekkie “American Pie”. Płyta “Music” różni się od tego, co Madonna zaserwowała nam na świetnym “Ray Of Light”. Mimo wszystko warto posłuchać.

Swój debiutancki album, wydany w 2006 roku, LaFee zatytułowała po prostu “LaFee”. Wcześniej znałam single. Od nich również zaczęłam zapoznawanie się z tą płytą. Może obiło wam się o uszy nagranie “Virus”. Zaczyna się spokojnie, powili jednak dochodzą ostrzejsze dźwięki. Bardzo podoba mi się refren, w którym LaFee śpiewa m.in.Ich wünsch dir einen Virus (PL: Życzę ci wirusa). Nieco gorsze jest buntownicze “Prinzesschen”. Chociaż podobają mi się gitarowe momenty. “Was Ist Das” jest chyba najradośniejszą piosenką z całej płyty. Zwrotki bardzo mi się podobają, refren mnie męczy. Na deser zostawiłam sobie singiel “Mitternacht”. Już po samym tytule można się domyśleć, że jest to mroczny kawałek (Mitternacht = północ). Zalatuje mi nieco “Haunted” Evanescence. Tam również zwrotki są bardzo tajemnicze, a refren energiczny. Wprawdzie Amy Lee ma lepszy głos, LaFee jakoś daje sobie radę. Wróćmy jednak do pozostałych utworów na “LaFee”. Uwielbiam balladę “Wo Bist Du (Mama)”. Piękna muzyka, łagodny, pełen emocji głos wokalistki no i tekst prosto z serca:  Mama – Wo bist du jetzt Mama – Warum bist du nicht hier Bei mir Mama wo bist du Bitte sag mir geht’s dir gut Es tut so weh hörst mir zu Mama wo bist du (PL: Mamo, gdzie teraz jesteś? Mamo, dlaczego nie ma cię tutaj Przy mnie… Mamo, gdzie jesteś? Proszę powiedz mi, czy idzie ci dobrze? To boli, słyszysz mnie? Mamo, gdzie jesteś?). Podoba mi się też “Sterben Für Dich”. Jest to ballada opowiadająca o miłości. LaFee śpiewa m.in. Ich würde sterben für dich (PL: Mogłabym umrzeć dla ciebie). Uwielbiam również rockowy utwór “Lass Mich Frei”. Tekst utworu jest z pewnością bliski nastolatkom 😉 Ich weiß du liebst mich, doch du verstehst nicht. Mein Leben ist mein Leben(PL: Wiem, że mnie kochasz. Jednak ty nie rozumiesz. Moje życie jest moim życiem). Strasznie podoba mi się moment, w którym ukazana jest rozmowa (a może raczej sprzeczka) LaFee z jakimś facetem, który chyba odgrywał jej ojca. I ten krzyk wokalistki na końcu, świetne. To może teraz nieco negatywne opinie. Nie przekonuje mnie “Verboten” i “Halt Mich”. Znikają na tle innych utworów. Ogółem płytę “LaFee” oceniam pozytywnie. Warto posłuchać. Wiem, że Polacy wypinają się na język niemiecki, ale ja się cieszę, że właśnie w tym języku śpiewa LaFee. Dzięki temu piosenki mają pazur i ten niesamowity charakter.

“In The Zone” jest czwartym z kolei krążkiem Britney Spears. Naprawdę musieliśmy tyle czekać? Nie tyle na sam album (poprzednia płyta “Britney” ukazała się w 2001 roku), co na choćby najmniejszą muzyczną przemianę Spears. Wokalistka wreszcie odcięła się od pospolitych, popowych piosenek i ckliwych ballad (namiastkę ‘starej’ Britney znajdziemy tylko w elektrycznej balladzie “Shadow”). W zamian otrzymujemy porcję mocnych, popowych utworów połączonych z r&b (“Outrageous”) a nawet rapem (“I Got That Boom Boom”, “The Hook Up”). W “Early Morning” nawet sama wokalistka posuwa się do rymowania. Oprócz wcześniej wymienionych gatunków na “In The Zone” spotkamy się ze sporą dawką elektroniki. Można się tego obawiać, ale na tym krążku zastosowana została w przemyślany sposób. Najbardziej ‘electro’ utworem jest singlowe “Toxic”. Była to chyba druga piosenka Britney, jaką poznałam. Uwielbiam ją już od kilku lat. Warto dodać, że za ten numer Britney otrzymała jedyną w swojej karierze nagrodę Grammy. Znajdziemy tu i elektryczne ballady. Należy do nich “Breathe On Me” (nie przepadam za nią) oraz “Touch Of My Hand”. Największym zaskoczeniem jest jednak utwór (ballada) “Everytime”. Britney ma w nim bardzo delikatny głos, momentami można odnieść wrażenie, że powstrzymuje łzy. Najciekawszym numerem jest jak dla mnie “Me Against The Music”. Britney wykonuje ją w duecie z Madonną. Dwie wielkie gwiazdy razem? To musiało się tak skończyć po tym pocałunku na gali MTV. Nieco hip hopowa, nieco popowa piosenka bardzo mi się podoba, chociaż jeszcze trzy miesiące temu dałabym najgorszych. Wprawdzie Madonna bardziej przypadła mi do gustu w tej piosence, Brit na szczęście nie pozostaje w tyle. Ciekawym utworem jest również “Showdown”. Można wychwycić w nim rytmy reggae. Jestem pozytywnie zaskoczona “In The Zone”. Będę na pewno od czasu do czasu do niej wracać.

#77, 78, 79 Black Eyed Peas “Elephunk” (2003) & Britney Spears “Britney” (2001) & Rihanna “A Girl Like Me” (2006)

“Elephunk” to pierwszy album Black Eyed Peas, na którym możemy usłyszeć wokal Fergie. Wyobrażacie sobie bez niej ten zespół? Ja chyba nie. Dla mnie zawsze pozostanie ważnym członkiem Black Eyed Peas, nawet jeśli dzisiaj jej głos bardzo poprawiają komputerowo. Jaką muzykę serwują nam “fasolki”? Przede wszystkim hip hop (“Hands Up”, “Shut Up”), nieco funku (“Smells Like Funk”, “Let’s Get It Started”), oraz sporo zapożyczeń z innych gatunków. W utworze “Where Is The Love” nagranym wspólnie z Justinem Timberlake’em obok oczywistego hip hopu przewija nam się soul. Ja osobiście nie mogę przekonać się do tej piosenki. Kojarzy mi się z Michaelem Jacksonem (refren). Sorry, ale dla mnie to oznacza minus. Pozytywnie jestem zaskoczona piosenką “Anxiety”, w której Black Eyed Peas wsparli ‘chłopcy’ z Papa Roach. Wyszedł im bardzo ciekawy numer. Zespół Papa Roach wniósł do utwory świetną, rockową energię. Połączyć rap z rockiem? Można? Można 😉 Black Eyed Peas również w jednej z piosenek skierowali swoje zainteresowania w stronę muzyki latynoskiej. Chodzi mi o kawałek “Latin Girls”. Całkiem niezłe. Namiastkę r&b znajdziemy w wyprodukowanym przez jednego z członków zespołu (i to nie przez will.i.am’a!) – apl.de.ap – utworze “The Apl Song”. Wspiera go tam momentami Fergie. Jednak piosenka znika gdzieś pośród innych na “Elephunk”. W “Labor Day” partia wokalna Fergie skojarzyła mi się z piosenką Madonny “Holiday” (1983). Jednak nie przeszkadza mi to, piosenkę Madonny całkiem lubię. Podoba mi się utwór “Let’s Get It Started” z niesamowitym początkiem by Fergie. Niesamowity to może za duże słowo, ale w podobnym stylu zaczyna się uwielbiane przeze mnie “Fallin” Alicii Keys. Wprawdzie Fergie to nie Alicia, ale może być. Płyta na pewno zadowoli fanów rapu. Mnie momentami nieco znudziła, ale i tak jest lepsza od tego, co dostajemy od Black Eyed Peas teraz.
 

Po teen popowym debiucie “Baby One More Time” i kiepskim “Oops!…I Did It Again” otrzymujemy trzeci album księżniczki popu zatytułowany po prostu “Britney”. Britney Spears się zmieniła. Jej image stał się bardziej wyzywający, seksowny. Więcej odkrywa niż zakrywa. Muzyka też poszła w nieco innym kierunku. Nadal są to popowe i dance-popowe pioseneczki, ale tym razem mają w sobie odrobinę ‘pieprzu’. I co zauważyłam po dotarciu do połowy krążka – da się tego słuchać. Pomoc laryngologa nie będzie konieczna. Nie mówię, że Britney nauczyła się śpiewać. Muzyka jest duże lepsza niż na poprzednim albumie. Nieco bardziej elektroniczna. Zaskoczyła mnie (pozytywnie) przebojowym singlem “I’m Slave 4 U” zawierającym w sobie wpływy r&b. Ogólnie często sięgała po ten gatunek tworząc “Britney”. Znajdziemy go jeszcze w “Boys” i “Let Me Be”. Pojawiają się i ballady. Wprawdzie nie jest ich tu dużo, ale to raczej na korzyść płyty. Odkąd pamiętam nie lubiłam utworu “I’m Not a Girl Not Yet a Woman”. Piosenka autorstwa znanej artystki Dido zła nie jest, ale nie podoba mi się wykonanie Britney. bardziej do gustu przypadła mi druga ballada – odrobinę taneczne “Tah’t What You Take Me”. Kiedyś często słuchałam coveru utworu zespołu Arrows pt. “I Love Rock ‘n’ Roll” z 1975 roku. Britney nie nagrała oczywiście tego w rockowym stylu. Jej wersja jest bardziej popowa. Płyta “Britney” muzyki nie zmieni. Jednak Spears zrobiła mały krok na przód i nie nagrała głupiutkich teen popowych pioseneczek.

Rok po wydaniu świetnego krążka “Music of the Sun” Rihanna zaatakowała nas kolejnym albumem pt. “A Girl Like Me”. Rihanna przez rok dojrzała, albo…na taką pozuje. “Music of the Sun” było bardzo słonecznym, lekkim i przyjemnym krążkiem. Sama chętnie do niego wracam. Tu brakuje mi tej przebojowości, tego ‘czegoś’. Tym razem otrzymujemy bardziej przemyślaną płytę. Wszystko jest na swoim miejscu. Nie traktuje tego w tym przypadku jako komplement. Brakuje mi szaleństwa. Rihanna stała się ogólnoświatową gwiazdą, nie pozostała niestety tą samą ciepłą dziewczyną z sąsiedztwa, która tak naturalnie śpiewała takie piosenki jak “Music of the Sun” czy “That la la la”. “A Girl Like Me” jest spokojniejszy. O ile reggae czy hip hop pojawiały się często na debiucie, tak tu otrzymujemy pop okraszony tylko momentami tymi gatunkami. Przyjemne r&b otrzymujemy w kawałku “We Ride”. Kiepską namiastkę reggae w “Crazy Little Thing Called Love”. Nie podoba mi się też ‘ciężkostrawne’ “Selfish Girl”. Przychylnie patrzę natomiast na hip hopowy duet z Sean Paulem pt. “Break It Off”. Mam wrażenie, że za sprawą utworu na moment przeniosłam się na “Music of the Sun”. Stąd też moja radość, na widok (a może dźwięk?) nowych wersji starych hitów. “If It’s Lovin’ That You Want” jest bardziej hip hopowe od pierwszej wersji, a remix “Pon De Replay” bardzo fajny, energetyczny. Jak już wspomniałam wcześniej, znajdziemy tu kilka ballad. Na pewno o uszy obiło wam się “Unfaithful”. Mieszanka r&b i soulu na wysokim poziomie. Zakochałam się również w “Final Goodbye”. Smutny utwór, ale bardzo piękny. Pozostałymi balladami na krążku są “PS (I’m Still Not Over You)” i “”A Million Miles Away”. Jednak nie mogę się do nich ostatecznie przekonać. Czekałam na piosenkę tytułową – “A Girl Like Me”. Jednak po pierwszym słuchaniu najzwyklej ją przegapiłam. Może to i dobrze? Nie zachwyciła mnie. Ten krążek słaby nie jest. Z pewnością lepiej się go słucha niż wydanego pod koniec 2010 “Loud”. Od debiutu niestety odstaje.

#58, 59 Avril Lavigne “Let Go” (2002) & Gwen Stefani “Love. Angel. Music. Baby” (2004)

Pojawienie się w 2002 Avril Lavigne było zbawieniem dla zbuntowanych fanów muzyki. Była zupełnym przeciwieństwem królujących wówczas Britney Spears, Madonny i Christiny Aguilery, które nie ustałyby na desce ani minuty. A taka właśnie była Avril. Zbuntowana, chłopięca, uwielbiająca rockową muzykę. Taki też jest jej debiutancki album “Let Go”. Może bliżej mu do gatunku pop-rock, ale znakomicie przedstawia nam Avril jak spontaniczną, szczerą i utalentowaną wokalistkę. Chociaż z tym ostatnim bym nie przesadzała, bo przydałoby się jej wziąć kilka lekcji śpiewu. Szczególnie irytujące jest “je je je” w spokojnym “I’m With You” czy “Things I’ll Never Say”. Najbardziej popowym numerem jest singlowy “Sk8er Boy”. Utwór opowiada o dziewczynie (“She did ballet”) z zakochanym w nią chłopaku (“He was a punk”). Z miłości nic nie wyszło, ale my mamy całkiem niezły, energetyczny kawałek. Obok “I’m With You” Avril prezentuje nam też inne łagodne utwory. Dobre “Tomorrow”, nieco nudnawe “Naked” oraz ostrzejszą balladkę “Too Much Too Ask”. Trochę denerwujące jest, że wiele piosenek rozkręca się przy refrenie. Najlepszym przykładem jest “Mobile”. Początek fajnie wygląda w “Nobody’s Fool”, gdzie Lavigne próbuje rapować. Po przesłuchaniu “Let Go” w pamięci pozostało mi ostre “Unwanted”. Podoba mi się szczególnie, gdy wokalistka mocnym głosem śpiewa You don’t know me Don’t ignore me You don’t want me there You just shut me out (PL: Nie znasz mnie Nie ignoruj mnie Nie chcesz mnie tam Po prostu mnie przekreślasz). Bardzo dobre wrażenie zrobiła na mnie również piosenka “Losing Grip”, w której refrenie głos Avril brzmi super. Co by tu jeszcze napisać? Debiut całkiem udany. Plus dla artystki za to, że pozostała sobą. Jednak wielu piosenek po prostu nie pamiętam. Jednym uchem wlatują, drugim wylatują. Jednak warto sięgnąć po ten album.

W 2004 Gwen Stefani odłączyła się od kolegów z No Doubt i zaczęła nagrywać pod własnym nazwiskiem. 2 lata później ja taki krok zdecydowała się Fergie, ale jej muzyka nie wychodziła poza ramy tego, co grali Black Eyed Peas. Z Gwen było na odwrót. Z zespołem wykonywała głównie muzykę rockową a na “L.A.M.B.” mamy mieszankę popu, r&b, elektroniki. O tym, że jest to niezwykły album przekonałam się, kiedy po jednym przesłuchaniu pamiętałam większość utworów. Gwen ma niesamowitą wyobraźnię i dość specyficzny głos, który tylko podbija dobre wrażenie o piosenkach. “L.A.M.B.” (Love. Angel. Music. Baby.) otwiera utwór autorstwa Lindy Perry pt. “What You Waiting For?”. Nie dajcie się zwieść spokojnemu początkowi. Ten pop-rockowy, nieco elektryczny numer jest bardzo energetyczny. Perry wspomogła również Gwen w całkiem niezłym “Danger Zone” i “The Real Thing”. Żeby nie było tak za bardzo tanecznie Gwen umieściła tu dwie spokojniejsze piosenki. Należy do nich “Cool” opowiadające o skończonym związku piosenkarki, która pozostała z byłym w przyjaznych stosunkach oraz leniwe “Luxurious”, w którym spodobało mi się przede wszystkim zdanie Look I’m livin’ like a queen (PL: Spójrz, żyję jak królowa). Podoba mi się utwór “Rich Girl” z zapożyczonym z musicalu “Skrzypek na dachu” początku. Swoją hip hopową stronę Stefani pokazuje w “Hollaback Girl”. Nieco uliczny styl, trochę rapu. Twórcami kawałka są producenci z The Neptunes specjalizujący się właśnie w takich numerach. Jednak moim faworytem jest “Harajuku Girls”. Świetna, zakręcona melodia, wspaniały wokal Gwen i tekst, w którym artystka zachwyca się stylem japońskich dziewcząt. Dawno nie miałam w odtwarzaczu tak dobrej, popowej  płyty. Bez kiczu, tandety, banałów. To po prostu Gwen Stefani.

 

#54, 55, 56 Rihanna “Music of the Sun” (2005) & Christina Aguilera “Christina Aguilera” (1999) & Britney Spears “…Baby One More Time” (1999)

“Music of the Sun” czyli jak bez podnoszenia się z fotela przenieść się na słoneczne Karaiby. Do tej pory znałam Rihannę z singli oraz trzech ostatnich płyt (Good Girl Gone Bad, Rated R, Loud). Postanowiłam jednak sięgnąć po jej debiutancki krążek. I to był strzał w dziesiątkę. Płyta jest mieszanką popu, reggae, r&b oraz dancehallu i hip hopu. Plus za oryginalność. Dziś, by zaistnieć trzeba nagrać popową płytkę a jeszcze lepiej rozkręcić jakiś skandal. Rihanna tego nie potrzebowała. Świetnie sprawdziła się w takich klimatach. Mimo, iż po latach w wywiadach opowiadała, jak to nie miała nic do powiedzenia przy wyborze muzyki, ja uważam, że wytwórnia postawiła na dobry styl. Patrząc na okładkę nie mogę uwierzyć, że to ta sama dziewczyna, która teraz farbuje włosy co 2-3 miesiące, ubiera się jak strach na wróble oraz obraca się w dennym popie. Jest tu taka naturalna. Piosenki również są miłe dla ucha. “Pon De Replay” bardzo łatwo wpada w ucho. “That la, la, la” oraz “Let Me” to udane kompozycje zawierające w sobie mix hip hopu z r&b. Znalazło się i miejsce dla kilku wolniejszych numerów. “The Last Time” najmniej jednak przypadło mi do gustu ze względy na wokal Rihanny w niektórych momentach. Bardzo podoba mi się natomias “Now I Know”. Tutaj Rihanna brzmi bardzo dobrze. No i nie można nie wspomnieć o “Music of the Sun”, która świetnie podsumowuje płytę o tym samym tytule. “Listen, closely hear the music playing Let it take you to places far away and Relax your senses just do what you want to do No need for questions It’s only for you” (“Słuchaj dokładnie grającej muzyki Pozwól zabrać się w dalekie miejsce Uwolnij swoje zmysły, po prostu rób to, na co masz ochotę Żadnych pytań, to tylko dla Ciebie“). Mogłabym przytoczyć cały tekst tego utworu. Świetny jest. Ja zdecydowanie dałam się porwać muzyce zawartej na tym krążku.

Dziś Christina Aguilera jest znaną na całym świecie artystką. Może popularność już nie ta, co ponad dziesięć lat temu, ale nie można powiedzieć, że słuchacze zupełnie o niej zapomnieli. Aguilera ma na koncie kilka metamorfoz. Każda jej płyta to nowy rozdział w jej karierze. Chociaż takie utwory jak “Candyman” czy “Beautiful” były hitami, nie przebiły piosenek z debiutanckiego krążka. Swój pierwszy album Christina wydała w 1999 roku. Kilka miesięcy po Britney Spears, swojej koleżance z programu “Klub Myszki Miki”. Chociaż to “…Baby One More Time” odniosło większy komercyjny sukces, Aguilera wygrała ze Spears głosem i samymi piosenkami. Nie chcę oczywiście przesadzać. Utwory, które znalazły się na “Christina Aguilera” to zupełnie inna półka niż to, co dostajemy od Xtiny dzisiaj. Piosenki z późniejszych krążków są bardziej dopracowane, ciekawsze. Na debiucie Christina dostała po prostu kilka kawałków do nagrania i tyle. Nie mogła być w pełni sobą, o czym później śpiewała na “Stripped”. Z “Christina Aguilera” wydane zostały cztery single. Pierwszym została piosenka “Genie in a Bottle”. Powiem szczerze, że uwielbiam ten kawałek. Jest bardzo pozytywny. To ciekawa, popowa produkcja, będąca wizytówką Aguilery. Podobnie jak drugi singiel – “What a Girl Wants”. Kiedyś bardzo mi się ta piosenka nie podobała. Dziś sądzę, że to przyjemny, chwytliwy numer. Chociaż oba te numery bardzo mi się podobają, ustępują balladzie “I Turn to You”. Christina zawsze miała talent do spokojnych piosenek, czego dowodem jest chociażby to nagranie. Cudowne. Jednak najbardziej wyrazistym singlem jest taneczne i dynamiczne “Come On Over Baby (All I Want Is You)”. Z pozostałych kawałków trzeba posłuchać “Reflection”. Ta spokojna piosenka nagrana została na potrzeby filmu Disney’a “Mulan”. Christina pokazuje w niej, jak pięknym głosem jest obdarzona. To bez wątpienia jedna z najbardziej lśniących pozycji na Christina Aguilera. Inną balladą jest “Obvious”. Łączy w sobie pop i elementy soulu. Niesamowicie mi się podoba. Stanowi piękne zakończenie całego albumu. Średnio natomiast lubię “Blessed”. To trochę zbyt nijaki, usypiający numer. Sporo miejsca na “Christina Aguilera” zajmują przebojowe, popowe utwory. Mamy chociażby bujające “So Emotional”, taneczne “When You Put Your Hands On Me” i urocze “Somebody’s Somebody”. Debiut Christiny poznałam już po zakochaniu się w “Stripped” i “Back to Basics”. Przeszkadzało mi to w pełni docenić jej wczesną twórczość. Na szczęście udało mi się spojrzeć na utwory z “Christina Aguilera” nieco inaczej. Udało mi się je docenić i polubić. To kawał porządnej, popowej muzyki. Spodobać się może każdemu. Melodie są przyjemne, teksty wcale nie głupie. A dodatkiem do tego jest świetny wokal Christiny.

W tym samym roku zadebiutowała i Britney Spears. O ile się nie mylę miała wtedy 16-17 lat. I to słychać. Niewinna, delikatna i…nudna. Podali jej jak na tacy piosenki – masz, nagraj, nie zadawaj żadnych pytań a my z ciebie zrobimy gwiazdę i jeszcze ‘trochę’ na tym zarobimy. Ok. 30 milionów sprzedanych egzemplarzy “…Baby One More Time” mówi samo za siebie. O co tyle szumu? Melodie zawarte na płycie, mimo, że są do siebie nieraz podobne, wypadają nieźle. Teksty pasują do Britney. Nastolatki będą w siódmym niebie. Duuużo o miłości (“From The Bottom of My Broken Heart”). Jednak jak patrzę na polskie tłumaczenia widzę, jak bardzo są te teksty ‘płaskie’. I must confess that My loneliness is killig me now Don’t you know I still believe That you will be here And give me a sign Hit me baby one more time (PL: Moja samotność zabija mnie (i ja) Musze odejść, wciąż wierzę (wciąż wierzę) Gdy nie jestem z Tobą tracę zmysły Daj mi znak, uderz mnie kochanie jeszcze raz). Ciekawa jest jedynie piosenka “The Beat Goes On”. Nieco elektroniczna. Podobną melodię zrobiłam kiedyś na komórce, a nie skredytowali mnie. Na albumie znajdziemy też duet. Utwór “I Will Still Love You” piosenkarka wykonuje razem z Don’em Phillipem. Nie znam go, ale w tym numerze przygniótł wokalnie Britney. Mam wrażenie, że więcej tu spokojnych numerów niż u rywalki – Christiny Aguilery. “Sometimes”, “Born To Make You Happy”, “I’ll Never Stop Loving You” czy wspomniane wcześniej “From The Bottom of My Broken Heart” mają w sobie sporą dawkę cukru. Zresztą czegokolwiek bym nie napisała o tej płycie, fani Britney wiedzą swoje. A mi pozostaje mówić, że najsłabszym elementem płyty jest…sama Britney.

#50, 51 Beyoncé “Dangerously In Love” (2003) & Kylie Minogue “X” (2007)

W 2001 nagrała z Destiny’s Child ich trzeci krążek. Potem skupiła się na solowej karierze wydając “Dangerously In Love”. Rok później razem z dziewczynami nagrała ostatni studyjny album Desiny’s “Destiny Fulfilled”. Solowe wydawnictwo Beyonce było hitem. Ok. 14 milionów egzemplarzy sprzedanych na całym świecie. Nie odeszła od stylu zespołu. Nadal świetnie czuje się w r&b. Miała również nosa do tego, kogo warto zaprosić do studia. Przede wszystkim Jay-Z. Pojawia się tu w aż 3 utworach: w świetnym “Crazy In Love”, znacznie gorszym “That’s How You Like It” oraz w “03 Bonnie & Clyde”, która nawet zyskuje na tym, że Beyonce pojawia się sporadycznie. Do piosenki “Baby Boy” zaproszenie przyjął Sean Paul, który gdzieś tam ‘postękuje’. Dodatkowo obok Big Boi, Sleepy Brown czy Luther Vandross pojawia się nie kto inny jak sama Missy Elliott. Razem z Bee śpiewa “Signs”. Całkiem udana współpraca, mimo, iż w tym momencie piosenki nie pamiętam. Spotkałam się z wieloma opiniami o tej płycie, głównie wychwalającymi Beyonce. Będę jednak oryginalna. Poza kilkoma perełkami płyta jest raczej przeciętna. Wiele utworów jednym uchem wlatuje, drugim wylatuje. Niektóre piosenki są zdecydowanie za długie np. “Speechless” trwa 6 minut. Przez to płyta momentami jest naprawdę nużąca.

Z obawą sięgnęłam po przedostatni krążek Kylie o intrygującym tytule “X”. Album został nagrany po wygranej przez wokalistkę walce z rakiem. Kylie musiała naprawdę wiele przejść. Jeśli jednak myślicie, że o tym tu śpiewa, jesteście w błędzie. Dziesiąta płyta Minogue utrzymana jest w stylu, w którym ona sama sprawdza się świetnie. Pop, dance, sporo elektroniki, przepuszczonych przez komputer dźwięków. Spodobał mi się utwór “Speakerphone”. Jest bardzo zabawny i taki…oryginalny. Fajnie wypada też “Heart Beat Rock” inspirowany nieco muzyką r&b. Do najlepszych zaliczyłabym też pierwszy singiel – “2 Hearts” – który zawiera w sobie wpływy rocka. Nawet znajdziemy tu spokojniejszy utwór – “Cosmic”. Całkiem niezły. Po każdym przesłuchaniu album robi na mnie większe wrażenie. Przede wszystkim plus za to, że piosenki nie zlewają mi się w jedno. Można je od siebie rozróżnić. A to prowadzi do tego, że jest różnorodnie i nie nudo. Bardzo przyjemna płytka.

#44, 45, 46 Kylie Minogue “Aphrodite” (2010) & Hurts “Happiness” (2010) & Fergie “The Dutchess” (2006)

Kylie Minogue jest wokalistką, która zna chyba każdy. Jeśli nie z całych płyt to z samych kilku singli. “Aphrodite” jest moim pierwszym albumem Kylie przesłuchanym od A do Z. Albo od pierwszej piosenki do ostatniej jak kto woli. Zachęciło mnie “All The Lovers”. Lekko taneczne, z ładnie sfilmowanym teledyskiem. Jednak cały album mnie zmęczył. Nie, nie dlatego, że znajdują się na nim utwory w sam raz na parkiet. Wydawałoby się, że Kylie nagrała, lekki, popowy albumik. I to mnie w nim wykończyło. Wszystko dla mnie brzmi tu tak samo. Po pierwszym przesłuchaniu nie pamiętałam nic oprócz singli. Kylie jest jednak jak Afrodyta. Ma ponad 40 lat a mimo to brzmi jak 20. Nowy album jest idealny na letnie dyskoteki do nadmorskich ‘kurortów’ typu Władysławowo. Jednak rewolucji nim nie zrobi. Przekonała mnie jednak do jednego: do sięgnięcia po jej starsze kompozycje. Z nadzieją, że kiedyś było lepiej.

Hurts to jeden z najgłośniejszych debiutów 2010 roku. Duet tworzą dwaj dżentelmeni z Anglii specjalizujący się w muzyce synthpopowej. A może raczej smęt-popowej. Dla niektórych sporym zaskoczeniem może być ilość spokojnych, nieco smutnych utworów na płycie zatytułowanej “Happiness’. Momentami uderza mnie profesjonalizm Hurts. Wszystko tu jest dopieszczone i wystylizowane. Mimo, iż na początku singiel “Wonderful life” mnie nie przekonał, zaliczyłabym go teraz do najlepszych na tej płycie. Ciekawie wygląda nieco bardziej przebojowy featuring z Kylie Minogue (“Devotion”). Piosenkarka swoją obecnością ożywiła nieco ten album. Jednak pozostałe kompozycje mogą być rozczarowaniem. Tym bardziej, że Hurts przed wydaniem płyty zostali okrzyknięci muzyczną nadzieją. Jest nudno. Po prostu. Momentami nawet zbyt romantycznie. Nic tylko sobie w głowę strzelić. Sorry, ale słuchając bardzo ckliwych utworów mam właśnie takie uczucia. Jednak chłopakom z Hurts warto dać szansę. W końcu to ich debiut i na drugim albumie może nas czymś zaskoczą.

Fergie postanowiła na jakiś czas odłączyć się od kolegów z zespołu i stworzyć coś pod własnym ‘nazwiskiem’. W rzeczywistości nie pożegnała się ze wszystkim kumplami z Black Eyed Peas. Płyta nie tylko została nagrana w will.i.am music group, ale tez sam Will.I.Am maczał w niej palce. Większości utworów był producentem, a w trzech nawet gościnnie się pojawił (“Fergalicious”, “All That I Got (The Make Up Song)”, “Here I Come”). Na szczęście nie jest aż za bardzo black-eyed-peas’owsko. Nie jest to może krążek, który w jakimś stopniu zmieniłby oblicze muzyki rozrywkowej. Po prostu – płyta jakich wiele. Jest sporo elektroniki i hip hopu (“London Bridge”, “Here I Come”). Pojawia się i r&b (“Glamorous”). Momentami pojawiają się naprawdę mocne utwory, szybkie, przebojowe (“Voodoo Doll”, “Pedestal”) to znów spokojne (“Big Girls Don’t Cry”, “Finally”). Najbardziej spodobała mi się piosenka “Pedestal” (nieco zadziorna) oraz “Finally”, które zawiera w sobie musicalowe wpływy. Pomyłką dla mnie jest natomiast wkurzające “Clumsy” i “Velvet”, gdzie Fergie chciała być delikatna, zmysłowa a efekt osiągnęła całkiem inny. Ciekawą piosenką jest natomiast “Mary Jane Shoes”, które w połowie zmienia brzmienie. “The Dutchess” jest dość ciekawym albumem, do którego na pewno jeszcze wrócę. Fergie ma dobry, mocny głos. A sama płyta spodoba się nawet osobom nie będącymi fanami Black Eyed Peas.