#144, 145, 146 Adele “21” (2011) & Natalia Kills “Perfectionist” (2011) & Alexis Jordan “Alexis Jordan” (2011)

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam w radiu piosenkę „Rolling In the Deep” zerwałam się uradowana. „To Amy!” – pomyślałam. Szybko jednak mój entuzjazm opadł, bo w dalszej części piosenka nie brzmiała na śpiewaną przez Winehouse. Wtedy też przypomniałam sobie o jeszcze jednej brytyjskiej wokalistce, obdarzonej oryginalnym głosem – Adele. Jej pierwsza płyta „19” (2008) jest genialna. Pytanie tylko, czy „21” utrzyma ten poziom. Jaki jest ten album? Przede wszystkim przewidywalny. Czy ktoś w ogóle myślał, że Adele nagle porzuci soulowe melodie na rzecz dance popu? Chyba nie. W końcu to właśnie za te piękne soulowe melodie z elementami jazzu i bluesa świat pokochał Adele. Pierwsza nazwałabym ją idiotką, gdyby z tego zrezygnowała i poszła za modą. Wielkim atutem albumu są teksty. Opowiadają one o miłości. Jak przyznała niedawno w wywiadzie, wspaniałe, poruszające teksty na “21” napisała po rozstaniu z chłopakiem. Co więcej – po pijaku. Może to taka przypadłość Anglików? Amy Winehouse swoje najpiękniejsze utwory napisała będąc uzależniona od narkotyków. Nie zachęcam jednak jej naśladować. Na “21” Adele dodała szczyptę rocka. Piosenki są bardziej wyraziste niż na “19”. Mimo to ja częściej będę sięgać po jej debiut. Tamte piosenki szybciej zdobyły moje serce. Każda z nich miała w sobie coś, co mnie zachwycało. Na “21” dwie zupełnie mi nie podeszły. Należy do nich przyciężki w odbiorze “I’ll Be Waiting” oraz nudne “Don’t You Remember”, w którym głos Adele za nic mi się nie podoba. Jednak mimo tych dwóch zgrzytów album jest całkiem niezły. Kiedyś byłam mocno zakochana w “Rolling In the Deep”. Teraz ten kawałek nieco mi się już przejadł. I tak z niego najbardziej lubię początek i zwrotki. Refren jest najsłabszy. O innych piosenkach z tej płyty mam podobne zdanie. Albo podobają mi się zwrotki, albo refren. Jak chociażby “One and Only” (refren <3) czy “Turning Tables” (zwrotki <3). Są na szczęście trzy utwory, bez których teraz nie wyobrażam sobie dnia. Przede wszystkim nieco rockowe “Set Fire to the Rain”. Zaczyna się spokojnie, powoli przechodząc do ‘punktu kulminacyjnego’ – dopiero w refrenie Adele pokazuje, na co ją stać śpiewając But I set fire to the rain, Watched it pour as I touched your face (PL: Ale podkładam ten ogień pod deszcz Patrząc jak zagasa, gdy dotykam Twojej twarzy). Kocham wręcz “Someone Like You”. Jest to bez wątpienia najbardziej smutna i poruszająca piosenka (singiel) ostatnich kilku miesięcy. Najbardziej lubię fragment, gdy Adele śpiewa Never mind, I’ll find someone like you (PL: Mniejsza o to, znajdę kogoś takiego jak Ty). Trzecią piosenką z “21”, która nie schodzi z listy ulubionych jest “Rumour Has It”. Jest to jedna z najszybszych piosenek na płycie Adele. Mój wybór może was nieco zdziwić, bo z tego co czytałam, jest to wg. wielu osób najgorszy numer na albumie. Mi się jednak podoba. Wyróżnia się. Mimo, iż “21” nie zachwyciło mnie tak jak “19”, to dziękuję Adele za ten album. Pokazała nim, co się liczy – dobra, porządna muzyka i głos. Nie trzeba latać w samych gaciach po scenie (tak, to o was – GaGa, Rihanna, Britney), by wylądować na pierwszym miejscu list przebojów. Adele się to udało, bo ma talent. On, jak się okazuje, też jest ważny.

Sama jestem zaskoczona, że postanowiłam posłuchać albumu debiutującej wokalistki – Natalii Kills. Czy piosenkarka, której singlem pt. “Mirrors” byłam katowana za każdym razem, gdy włączałam radio, może mi przypaść do gustu? Okazuje się, że tak. Obawiałam się, że Natalia będzie kolejną plastikową gwiazdką. Wprawdzie gra pop i dance, ale dodaje do tego sporą dawkę elektroniki a nawet rocka. Album otwiera intro “Perfection”. Przez jakieś 30 sekund gada coś jakiś koleś. Przyznam, że całkiem ciekawy wstęp. Kolejny numer – “Wonderland” – ma chwytliwy refren. Kolejnej piosenki (“Free”) refren mnie wręcz odpycha. Kiepski jest. Z “Break You Hard” zachwycił mnie początek. Mmm, świetny jest. Słuchać w nim tłuczenie szkła. Kolejna piosenka sprawiła, że zapomniałam o pozostałych. “Zombie”. Sam tytuł bardzo mnie zaciekawił. I właśnie przy tej piosence po raz pierwszy poczułam wreszcie to, o czym mówiła tyle razy Natalia – mroczne oblicze popu. Wokalistka śpiewa m.in. I’m in love with a zombie (boy) But his heart is so cold (PL: Jestem zakochana w zombie (chłopaku) Ale jego serce jest takie zimne). Najbardziej lubię jednak, gdy wypowiada słowa cold, cold, freezing, freezing (PL: zimny, zimny, lodowaty, lodowaty). Z pozostałych utworów do gustu przepadł mi nieco mroczny, nieco taneczny numer “Acid Annie”. Na początku słychać rozmowę telefoniczną między dwojgiem ludzi co jest ciekawym wprowadzeniem do utworu. I na tym niestety kończy się ta lepsza strona płyty. O ile na początku albumu kilka piosenek podobało mi się w całości, tak tu tylko ich fragmenty. Wyjątkiem jest tylko “Not In Love”. Natalia umieściła na płycie dwie spokojniejsze piosenki. Jedną z nich jest “Broken”, druga to “Heaven”. Szczerze wolę “Heaven”. Podoba mi się fragment, gdy Kills rapuje. Jednak najbardziej, obok “Free”, nie podobają mi się jeszcze dwie piosenki: “Superficial” i “Nothing Last Forever”. “Superficial” przypomina mi “Mirrors”. A jak już jesteśmy przy tej piosence – refren ma wręcz okropny. Zwrotki są całkiem ok. Lubie też fragment, gdy Natalia szepce Sex Love Control Vanity(PL: sex, miłość, kontrola, próżność). Jak na debiutantkę, za którą ciągnie się opinia “nowej GaGi” (a tak nawiasem mówiąc – czy każda, która debiutuje musi być oskarżana o kopiowanie panny Germanotty?) Natalia poradziła sobie całkiem nieźle. Podoba mi się to, że utwory są nieco tajemnicze, z pazurem. Perfekcyjnie jednak nie jest. Ciekawa jestem, co pokaże nam na drugim krążku.

Alexis Jordan poznałam przypadkiem. Zobaczyłam na VIVie jej teledysk do “Happiness”. Zwróciłam na nią uwagę, bo się wyróżniała. Piosenka nie była jakaś elektroniczna czy bardzo taneczna. Sama Alexis wyglądała na normalną dziewczynę “z sąsiedztwa”. I co najważniejsze – była ubrana 😉 Pierwsze wrażenie było pozytywne. Niestety, “czar” prysł po zapoznaniu się z jej debiutancką płytą zatytułowaną “Alexis Jordan”. Młoda wokalistka serwuje nam sporą dawkę popowych, tanecznych numerów. Szkoda, że nie zrobiła nic, by choć trochę się wyróżnić z pośród tłumu takich samych dziewczyn. Na szczęście nie dała sobie przepuścić głosu przez syntezator. Jednak ma Jordan spore braki. Mnie jej wokal na kolana nie powalił. Same piosenki są nieco nudne. Ja miałam dość po przesłuchaniu ich jakieś dwa razy. Najbardziej podoba mi się singlowe “Happiness”. Przyzwoita piosenka, najmocniejszy punkt płyty. Mam tylko jedno zastrzeżenie do pierwszego refrenu. Kiedy Alexis śpiewa słowo ‘Happiness’ mogłaby dać więcej czadu, “naruszyć” nieco struny głosowe. Za delikatnie jest. Dobrze, że pod koniec się opamiętała i jest ok. Z pozostałych propozycji lubię “Habit”. Nie umiem jednak wytłumaczyć dlaczego. Miło mi się kojarzy, po prostu. Nienawidzę natomiast “Say that”. A szczególnie momentu, gdy padają tytułowe słowa. Nie lubię też “Hush Hush”. Nie potrzebnie zepsuli to straszną elektroniczną melodią. Jeśli chodzi o pozostałe numery to mało który czymś się wyróżnia. W “Love Mist” słychać inspiracje muzyką reggae. Ostatnia piosenka na krążku – “The Air That I Breathe” to ballada. Bardzo przeciętna, warto dodać. W wielu utworach głos Jordan skojarzył mi się z tym Kat DeLuny. Gdyby tylko Alexis wzięła przykład z koleżanki po fachu. Debiutancka płyta Kat jest świetna. Alexis to debiutantka. Ma przed sobą jeszcze wiele lat. Z pewnością z muzyki nie zrezygnuje. Może kiedyś zaskoczy nas rewelacyjnym krążkiem? Sądzę, że ma na to szansę. Musi tylko poćwiczyć głos, poszukać dobrych producentów. No i mieć szczęście.

#141, 142, 143 Jennifer Lopez “Rebirth” (2005) & Madonna “Bedtime Stories” (1994) & Paramore “All We Know Is Falling” (2005)

“Rebirth” to następca wydanego w 2003 roku “This Is Me…Then”. Już wtedy zaczęło się coś psuć. Jennifer nie mogła wylansować hitu na miarę “Let’s Get Loud” czy “Love Don’t Cost a Thing”. Piosenki na “This Is Me…Then” były bardzo usypiające. Zupełnie nie przypadły mi do gustu. Jennifer za bardzo smęciła. Zdecydowanie lepiej wypada w tanecznych numerach. Takich niestety nie ma za dużo na “Rebirth”. Mimo wszystko nie jest nudno. “Rebirth” to chyba najbardziej rhythm-and-blues’owa płyta Jennifer. Dziwię się, dlaczego odniosła mały sukces. Zasługiwała na więcej. Promocja skończyła się jednak na dwóch singlach. Jednym z nich był “Get Right”, taneczny numer. Zwrotki bardzo mi się podobają, w refrenie Jennifer mogła dać z siebie więcej, zupełnie ta część piosenki mi się nie podoba. Drugi singiel – “Hold You Down” – jest spokojniejszy. Jennifer brzmi w tej piosence bardzo dobrze. Nie mogę tego powiedzieć o raperze ja wspomagającym – Fat Joe. Smęci coś w tle. Oprócz niego na płycie gościnnie pojawia się jedynie Fabolous w remixie “Get Right”. Pozostałe piosenki są na szczęście lepsze. W dobrym “Step Into My World” artystka zaprasza nas do swojego świata. Do miejsca, w którym nie jest już tańczącą do “Play” czy ‘Let’s Get Loud” dziewczyną. Chciała pokazać, że jest już dojrzałą kobietą. I jej się to udało. Bez kiczu, tandety. Jest sobą. tak więc we wspomnianym “Step Into My World” śpiewa Step into my world Where there’s countless things to see (PL: Wkrocz do mojego świata, W którym jest wiele do zobaczenia). Do usłyszenie nie wiele mniej zresztą. W “Whatever You Wanna Do” bardzo spodobał mi się refren. Jest chwytliwy. “Cherry Pie” to mój faworyt spośród wszystkich utworów na “Rebirth”. Najbardziej zauroczyła mnie końcówka, moment, gdy Jennifer śpiewa I can be your cherry pie And you can be my cream on top (PL: Mogę być Twoim Cherry Pie I możesz być moja śmietaną). Wiem, po polsku głupio brzmi, ale mamy to szczęście, że J.Lo nie śpiewa w naszym języku 😉 Po tej piosence robi się spokojniej. “I Got You” i “Still Around” są całkiem ok. Coś zaczyna się psuć przy “I, Love”. Mimo, iż piosenka należy do spokojnych, Jennifer śpiewa z powerem. I to według mnie zniszczyło ten utwór. “He’ll Be Back” w ogóle nie pamiętam. Na szczęście na końcu Lopez zamieściła piosenkę “(Can’t Believe) This Is Me”. Przejmujący, momentami nawet patetyczny numer. W pamięci został mi przede wszystkim refren. Wtedy też Jennifer brzmi najlepiej. Płyta “Rebirth” zrobiła na mnie lepsze wrażenie niż “This Is Me…Then”. Czy wolę ją od “J.Lo”? Jeszcze nie wiem. Jednak moim ulubionym albumem Lopez pozostanie na razie “Brave”.

Na wydanej w 1994 roku płycie “Bedtime Stories”, Madonna kontynuuje to, co zaczęła dwa lata wcześniej na niesamowicie zmysłowej “Erotica”. Seksu tu w prawdzie mniej, ale artystka postarała się o to, by zapewnić słuchaczom sensualne doznania. Nad nową, szóstą studyjną płytą Madonna pracowała kilka miesięcy. Nad większością utworów z artystką współpracowała z Nellee Hooperem (odpowiada m.in. za “What You Waiting For?” Gwen Stefani i “Golden Eye” Tiny Turner). Oprócz niego nad brzmieniem utworów z “Bedtime Stories” czuwali tacy producenci jak Dallas Austin (“Just Like a Pill” Pink, “Ugly” Sugababes), Dave Hall (“Dreamlover” Mariah Carey, “My Love” Mary J. Blige) oraz Babyface (pomagał Toni Braxton przy debiutanckim krążku). Jeśli wiec zapoznamy się z listą producentów i niektórymi ich wcześniejszymi dokonaniami wyjdzie nam, w jakim stylu utrzymane jest “Bedtime Stories”. Tak, to mieszanka niebanalnego, przyjemnego popu z r&b. Ponownie więc Madonna postanowiła nieco zmienić styl. I ponownie jej się udało. Słyszałam wiele opinii o “Bedtime Stories”. Wiele z nich zaczynało się słowami: jak mnie to na początku nudziło. Jednak w wielu przypadkach po jakimś czasie dochodziło: teraz uwielbiam. Dobrze to rozumiem, bo kiedy sama kilka lat temu po raz pierwszy miałam styczność z szóstym albumem Madonny, niemalże usnęłam podczas jego słuchania. Dziś jednak nie wyobrażam sobie dyskografii Królowej bez tej pozycji. “Bedtime Stories” spełniał ważną funkcję – łagodził wizerunek artystki po kontrowersyjnej płycie “Erotica”. Pokazywał, że Madonna potrafi być nie tylko lekko wyuzdaną wokalistką, ale i elegancką kobietą pięknie śpiewającą o miłości. “Bedtime Stories” to drugi tak spójny album Madonny. Piosenki do siebie pasują. Jak puzzle. Nie ma tu utworów przesadnie tanecznych (przy takich jak “Survival” można się co najwyżej pobujać), nie ma też typowych ballad. Artystka zaserwowała nam porcję piosenek w sam raz do poduszki. Nie zrozumcie mnie źle, nie są aż tak nudne, że już przy pierwszym nagraniu człowiek odpływa do krainy snu. “Bedtime Stories” to raczej album idealny do słuchania po ciężkim dniu. Można się przy nim zrelaksować. Moi faworyci? Na pierwszym miejscu z “Bedtime Stories” stawiam “Human Nature”. Jest to jeden z moich ulubionych utworów artystki. Posiada uzależniającą melodię, Madonna brzmi bezbłędnie. Cenię również tekst, w którym wokalistka rozlicza się z przeszłością: Did I say something wrong? Oops, I didn’t know I couldn’t talk about sex […] I didn’t know I couldn’t speak my mind, what was I thinking (PL: Czy powiedziałam coś nieprawdziwego? Ups, Nie wiedziałam, że nie powinnam rozmawiać o seksie […] Nie wiedziałam, że nie powinnam wyrażać swojego zdania, co ja sobie wyobrażałam). Uwielbiam również “Secret”. Refren tego utworu jest niesamowicie chwytliwy. Bardzo cenię łagodne, ładne “Love Tried to Welcome Me” oraz emocjonalne “Sanctuary”, które odznacza się spokojną, głęboką wręcz melodią i świetnym tekstem o miłości do drugiej osoby. Nie można przejść obojętnie obok jednego z najważniejszych nagrań Madonny – “Take a Bow” (7 tygodni na szczycie Billboard Hot 100!). Taneczne? Skoczne? Wręcz przeciwnie. “Take a Bow” to piękna ballada. Co jeszcze skrywa “Bedtime Stories”? Chociażby pogodne “Survival” i “Don’t Stop” oraz interesujące “I’d Rather Be Your Lover”, w którym to Madonna śpiewa o tym, że może być dla swojego wybranka siostrą, matką (nawet bratem!) lecz najbardziej wolałaby być jego kochanką.  Przyznam, że szczególnie fragment I could be your mother (Pl: Mogę być twoją matką) mnie rozśmieszył. Szczególnie w kontekście ostatnich podbojów Królowej. Nie wiem czy zauważyliście, ale wszyscy jej nowi faceci są przynajmniej połowę od niej młodsi. Warto posłuchać również zmysłowego “Inside Of Me” oraz wyróżniającego się z pośród rhythm-and-bluesowych i popowych klimatów “Bedtime Story”, gdzie użyto delikatnej elektroniki. Jak już wspomniałam, album “Bedtime Stories” docenia się po czasie. Niektórym zajmuje to kilka dni, innym całe lata. Uważam, że obok takich krążków jak “Erotica” czy “Ray of Light” jest to jedna z najlepszych płyt Królowej.

Trochę głupio zabrałam się za poznawanie twórczości zespołu Paramore. Znam już “Brand New Eyes” i “Riot!”. Dopiero teraz miałam okazję posłuchać ich debiutu – krążka “All We Know Is Falling”. Różnic za dużo nie ma. Płyta nie odstaje od tego, co zespół zaprezentował na drugim albumie. Jest jednak znacznie bardziej rockowo niż na ostatniej płycie grupy. Musze niestety zauważyć, że głos Hayley nie jest jeszcze tak wyćwiczony jak na nowych nagraniach. Nie zmienia to faktu, że da się tego słuchać. I nawet czerpać z tego przyjemność. Po kilku razach nawet niedoskonały wokal Hayley już nie razi. Traktuję go jako ‘ozdobę’. Ot tak, kolejna kapela ‘z sąsiedztwa’, która ma za sobą dziesiątki prób w garażu. Wydaje mi się, że to właśnie jest kluczem do sukcesu zespołu. W końcu Hayley i chłopacy w czasie nagrywania płyty “All We Know Is Falling” (tak na marginesie – nagrali ją w trzy tygodnie) byli zwykłymi nastolatkami, jakich w USA i gdziekolwiek na świecie miliony. Ich muzyka, mimo iż daleko jej do tanecznych, popowych brzmień, jest łatwo przyswajalna. Spora zasługa w tym tekstów. Problemy, sytuacje, o których śpiewa Hayley są bliskie wszystkim nastolatkom. W “Brighter” śpiewa m.in. But if I’m without you Then I will feel so small (PL: Ale jeśli jestem bez ciebie Wtedy czuję się taka mała). W “My Heart” natomiast This heart, it beats, beats for only you (PL: To serce bije, bije tylko dla Ciebie) .Tak, miłości tu najwięcej. Najmniej widoczna jest chyba w “Franklin”. Tytułowy Franklin to miasto w USA, w których powstała grupa Paramore. Ja traktuje ten numer raczej jako tęsknotę za domem. W refrenie wychwycić można męski głos. należy on z pewnością do któregoś z muzyków. Szkoda, że ten ktoś nie dostał większej partii. Śpiewa super. Przyznam, że słuchając tego utworu zwracałam na niego większą uwagę niż na samą Hayley. Ten sam męski głos pojawia się w “My Heart”, bodajże najbardziej nastrojowej piosence na “All We Know Is Falling”. Tym razem jest zupełnie zbędny. Zamiast łagodnie podśpiewywać z tyłu, po prostu krzyczy. Hayley nie dała się zagłuszyć więc też pokazała, na co ją stać. A było tak dobrze… Trochę zniszczyli ten numer. Piosenki na płycie opierają się na jednym, prostym schemacie. Melodyjne, przyjemne zwrotki i głośne, momentami przekrzyczane refreny. To właśnie one są największym minusem kilku utworów. Przede wszystkim piosenki “Brighter”. Nie za specjalny. Lepszy jest ten w “Conspiriacy” i “Whoa”. Płyta ciekawa, lecz szybko ma się jej dość.

#138, 139, 140 Evanescence “Origin” (2000) & Shakira “Oral Fixation vol. 2” (2005) & Adele “19” (2008)

Od kilku lat miejsce pierwsze wśród moich ulubionych zespołów zajmuje Evanescence. Jest się co dziwić? Chyb nie. Fajne teksty, świetna muzyka no i Amy Lee na wokalu, co mówi samo za siebie. Jak dla mnie ma ona jeden z najlepszych głosów wśród śpiewających pań. Jednak jak każdy zespół tak i Evanescence musieli się jakoś wybić. Więc zanim świat usłyszał “Bring Me to Life” przygotowywali sporo demówek. Obok wielu EP-ek zespołu została wydana nawet płyta “Origin”. I to właśnie ją chcę ocenić. Dwie oficjalne, studyjne płyty są według mnie genialne. Ciekawa byłam, jak nagrywali kiedyś. Na pewno na płytę nie składają się popowe utwory. Evanescence od zawsze grali rockową (z wpływami sięgającymi gothic rocka i nu-metalu) muzykę. Zaczyna się od intra, którego tytuł pochodzi od tytułu tej płyty – “Origin”. Było zbędne, choć nieźle przechodzi w “Whisper”. Ten utwór, zarówno jak “My Immortal” czy “My Last Breath” znalazły się na “Fallen”. Musiały się więc spodobać. Ja do “Whisper” wciąż się przekonuję. Jest to całkiem niezły, ostry numer, lecz do moich ulubionych od Evanescence należeć raczej nie będzie. O “My Immortal” już pisałam. Cudo, po prostu. Przy “My Last Breath”  byłam trochę zirytowana, bo czekałam na nieznane mi piosenki, a tu przywitały mnie te ‘starsze’. Jeśli mam być szczera – pozostałe utwory na “Origin” są dobre. Sporo brakuje im do piosenek nagrywanych teraz przez zespół. I to nawet lepiej, bo kiepsko by było, gdyby zaczęli się muzycznie cofać. Jest tu kilka numerów, które naprawdę mi się podobają. Należy do nich przede wszystkim “Lies”. Zaczyna się podobnie jak “Cloud Nine” (z płyty “The Open Door”). Charakterystyczny początek trwa jednak dłużej i wokal nie jest tak obrobiony. Ogólnie piosenka jest bardzo dobra. warto posłuchać. Ten utwór widziałabym nawet na nowym albumie zespołu. Podoba mi się też “Field of Innocence”. Jest to bardzo spokojny numer. Nieco nawet tajemniczy. To wrażenie potęguje chórek i głos Amy. Przekonuję się powoli do “Even In Death”. Piosenka jest jednak nieco nudna, ale ma spory potencjał. Na razie jednak przeze mnie nie do końca odkryty. Amy mogłaby tylko dać więcej czadu, inaczej to zaśpiewać, z energią. To moja uwaga. Chyba po raz pierwszy nie spodobała mi się jakaś piosenka Evanescence na tyle, by umieścić ją w najgorszych. Chodzi tu o utwór “Anywhere”. Jest bardzo łagodny, aż za bardzo. W refrenie słychać męski głos. Piosenka jest niestety strasznie nudna. A na dodatek trwa z 6 minut. Ciekawym numerem jest “Eternal”. Mam jednak z nim problem – nie wiem, czy istnieje wersja z wokalem, bo już dwa razy trafiłam na samą instrumentalną. Załóżmy więc, że tylko taka istnieje 😉 Osobiście wolałabym, gdyby w tej piosence odezwałaby się Amy, ale nie jest tak źle. Momentami słychać nawet deszcz. Klimatyczny numer. Utwory na “Origin” nie dorównują tym na dwóch studyjnych krążkach, ale też są ok. Co zespół pokaże na nowej płycie? Zobaczymy.

W tym samym roku, w którym ukazała się płyta “Fijaxión Oral vol. 1” Shakira zadowoliła również tych fanów, którzy z hiszpańskim są na bakier. Niedługo potem otrzymaliśmy drugą część – ten krążek, “Oral Fixation vol. 2”. Przyznam, że 2005 rok to najlepszy rok w karierze Shakiry. Mówię tu oczywiście o artystycznej stronie. Pierwszą część, jak już wiecie, oceniłam na 5 z plusem. Druga natomiast jest…jeszcze lepsza! Płytę kupiłam w ciemno, zachęcona poprzednim krążkiem. I zrobiłam dobrze. Strasznie mi się podoba. Płyta jest różnorodna. Trzeba to przyznać. W “How Do You Do” słychać arabskie przyśpiewki. Urozmaica to ten utwór. Na początku mi się to nie podobało, teraz uważam, że dzięki temu piosenka nabrała wyrazu i jest charakterystyczna. “Hips Don’t Lie” przedstawiać nie trzeba. Kiedyś szczerze nie cierpiałam tej piosenki, teraz ją kocham. Szybko wpada w ucho i przez najbliższe kilka dni nie chce z niego wylecieć 😉 Nieco rockowo robi się przy “Costume Makes the Clown”. “Timor” natomiast okazuje się być mocnym, tanecznym utworem wycelowanym prosto w Amerykę. Oj, coś się na “Oral Fixation vol. 2” Shakira zbuntowała. Najpierw użyła niecenzuralnego słowa, którego oczywiście nie mogę przytoczyć (a co tam – bitch) w “Animal City” a teraz szokuje niezłym, prawdziwym, szczerym tekstem. Śpiewa m.in. How about the people who don’t matter anymore? (PL: a co z ludźmi, którzy już nic nie znaczą?) i If the news says half the truth Hearing what we want (PL: jeśli w wiadomościach mówią połowę prawdy, słyszymy co chcemy usłyszeć). Oprócz 10 zupełnie nowych kawałków są tu obecne angielskie wersje znanych nam z “Fijaxión Oral vol. 1” piosenek: “The Day and the Time” (“Dia Especial”) i “Something” (“En Tus Pupilas”). Zarówno angielskiej jak i hiszpańskiej wersji “The Day and the Time” nie lubię. Stąd też uznaję ten numer za najsłabszy na tym krążku. “Something” natomiast bardzo mi się podoba. Jest to kojący, spokojny kawałek. Szczególnie lubię moment, gdy Shakira śpiewa po francusku. Kogoś zaskoczę pisząc, że to jej najlepsza płyta? Tak? Nie? Mój numer 1. wśród poznanych już przeze mnie płyt Kolumbijki.

Słuchając wydanej w 2008 roku płyty “19” nie mogę uwierzyć, że ta dziewczyna (wówczas) była nastolatką. Skąd w niej tyle dojrzałości? Dzisiaj aby się wybić trzeba nagrać coś tanecznego, lekkiego a nie TAKIEGO. Sama Jennifer Lopez (która przekroczyła 40-stkę) wydała niedawno najbardziej komercyjny krążek w swojej karierze (“Love?”). Adele jednak wiedziała co chce osiągnąć. Ma oryginalny głos co zaowocowało porównaniami do Amy Winehouse [*], ale moim zdaniem nieco na wyrost. Amy jest (a może była) tylko jedna. W utworach z debiutanckiej płyty daje się słychać inspiracje nie tylko soulem, ale i bluesem, country, jazzem czy popem (tym ambitniejszym, oczywiście). W tym samym roku debiutowała również Duffy z płytą “Rockferry”. Stylistyka podobna, lecz wtedy to Walijka wygrała ten pojedynek. Jednak gdy porówna się ich następne płyty – koronę przejęła Adele. Jej muzyka mnie wciągnęła. Jednego dnia przesłuchałam ten album trzy razy pod rząd, co – przyznam – nie zdarza mi się. O każdej z piosenek dałoby się napisać choć jedno zdanie. Mam kilku faworytów. Nie umiem jednak wybrać tej jednej, jedynej, najlepszej piosenki. Stąd do ‘najlepszych’ dam te, które wyryły mi się najbardziej w pamięć i ‘zaczarowały’. “Hometown Glory” jest piękną, soulową balladą. Zwrotki są spokojne, lecz właśnie w refrenie Adele brzmi najlepiej. “Right As Rain” oraz “Cold Schoulder” są żywsze. Ta pierwsza najbardziej skojarzyła mi się z Amy Winehouse. Druga natomiast ma w sobie coś z r&b i funku. Ballada “Make You Feel My Love” w rzeczywistości wykonywana jest przez Boba Dylana. Jednak tak dobrze pasuje do Adele, że na początku myślałam, że była tworzona ‘na miarę’. Jest jednak tu jedna piosenka, która nie bardzo mi się podoba. Mowa tu o “My Same”. Sama muzyka jest ładne, ciekawa. Nie pasuje mi jednak do Adele. No i drażni mnie powtarzane często “aj aj aj”. Powoli przekonuję się do “First Love”. Na początku piosenka mnie usypiała. Nic zresztą dziwnego, brzmi jak kołysanka. W “Chasing Pavements” najbardziej urzekły mnie zwrotki. refren jest trochę zbyt krzykliwy. Nieco mniej podoba mi się też “Best For Last”. W tym utworze słychać najwyraźniej inspiracje country. Uważam, że Adele nagrała dobrą płytę. Wprawdzie bardziej podobała mi się płyta konkurentki – Duffy (“Rockferry”), to i do niej będę często wracać.

#137 Pixie Lott „Turn It Up” (2009)

Wy też nuciliście piosenkę “Mama Do (Uh Oh Uh Oh)”? Właśnie tym utworem w 2009 roku zadebiutowała brytyjska wokalistka Pixie Lott. Piosenka szybko zdobyła popularność. I nic w tym dziwnego. Kawałek jest świetny. Ma wyrazistą, ciekawą melodię. Pixie brzmi w niej po prostu super. I na dokładkę tekst utworu nie jest jakiś głupkowaty. Pixie śpiewa m.in.What would that Mama Do If she knew bout me and you (PL: Co zrobiłaby moja mama gdyby dowiedziała się o mnie i o Tobie?). Nic dziwnego, że zaraz w sklepach pojawiła się jej debiutancka płyta zatytułowana “Turn It Up”. Składają się na nią głównie popowe utwory. Jednak dzięki ciekawej barwie głosu tej młodej wokalistki i jej osobistemu wkładowi w album, piosenki są niepodobne do tych, które słyszymy w radiu. Nudno na szczęście nie jest. Wokalistka nie sięgnęła po schemat “najpierw tańczymy, potem śpimy”. Wtedy poniosłaby klęskę. Utwory szybkie przeplatane są tymi spokojnymi. Przyznam jednak, że jestem większą fanką szybkich utworów w wykonaniu Pixie, niż ballad. Jej głos po prostu bardziej pasuje do tanecznych piosenek. Chociaż muszę przyznać, że “Nothing Compares” jest całkiem dobre. Prosty, lecz prawdziwy tekst i ograniczenie liczby instrumentów składają się na sukces. Inną balladą, na jaką zwróciłam uwagę było “Cry Me Out”. Zapamiętałam ją nawet po pierwszym przesłuchaniu. W czym tkwi problem? Ja już to gdzieś kiedyś słyszałam. Wcześniej, niż sięgnęłam po album Pixie. Więc to albo cover, albo plagiat 😉 Inne spokojne piosenki, takie jak “My Love” czy “Gravity” wypadają blado. Ciągną się w nieskończoność, a po ostatnim takcie i tak się ich już nie pamięta. Z tanecznej części płyty, oprócz wspomnianego wcześniej “Mama Do (Uh Oh Uh Oh)” polecam kawałek “Boys & Girls”. Była to druga piosenka Lott, którą poznałam. “Band Aid” na początku może wydawać się balladą (ten świetny, gitarowy początek), ale w rzeczywistości to taneczny numer. Kojarzy mi się z tymi “starymi” czasami w muzyce, gdy na szczycie była Britney Spears, jeszcze nie pijana i nie naćpana. Najbardziej nowocześnie wypada utwór “Here We Go Again”. Na szczęście rzezi nie ma. Piosenkę wyprodukował rozchwytywany producent RedOne. Nie trzeba mieć przed oczami ‘cioci’ Wikipedii, by to stwierdzić. Wystarczą słowa zanucone przez Pixie na początku utworu, brzmiące “RedOne, Pixie”. Nie lubię czegoś takiego. Chyba wiem, czyjej płyty właśnie słucham. Ale oprócz tego zgrzytu piosenka jest przyzwoita. Pixie Lott jest piosenkarką godną uwagi. Ma ciekawy głos i niezłe piosenki. Czekam na nowy album. Oby mnie nie zawiodła. Acha, no i niech nie nagrywa coverów, bo jej wersja hitu Kings of Leon pt. “Use Somebody” jest kiepska.

 

#130, 131, 132 Madonna “American Life” (2003) & 30 Seconds to Mars “This Is War” (2009) & Enrique Iglesias “Insomnia” (2007)

I’d like to express my extreme point of view I’m not Christian and I’m not a Jew I’m just living out the American dream (PL: Chciałabym wyrazić swój skrajny punkt widzenia Nie jestem chrześcijanką i nie jestem żydówką Ja po prostu przeżywam amerykański sen). Tak rapuje Madonna w piosence tytułowej, która otwiera krążek “American Life”. Nie ma co ukrywać. Po nieco nudnym albumie “Music” zrobiła najlepsze, co mogła zrobić. Nagrała świetny, nie komercyjny album, którym tylko umocniła swoją pozycję w show biznesie. Sprawiła, że nie można przejść obok niego obojętnie. Pierwszy raz spotykam się z płytą, która zbierała skrajnie różne recenzje w zależności od miejsca zamieszkania. Jak można się spodziewać – w USA artystka została niemalże pogrzebana. My jednak mieszkamy ‘nieco’ dalej. Mi płyta z muzycznego punktu widzenia bardzo się podoba. Madonna odważnie sięgnęła po elektronikę. W niektórych utworach wspomaga się jednak gitarą (jak w akustycznym “X-static Process”) a czasem i całą orkiestrą (“Easy Ride”). Nie przestaje w tym wszystkim być sobą, czyli po prostu królową. Podoba mi się to, że Madonna śpiewa na “American Life” czysto. Ma głos jaki ma, ale na tej płycie wypada świetnie. Moje ulubione utwory? Należy do nich przede wszystkim numer tytułowy, czyli “American Life”. Piosenka szybko wpada w ucho. I co najważniejsze – po kilku przesłuchaniach nie nudzi się. Uwielbiam również “Mother and Father”. Niektórych może zniechęcać początek, gdzie Madonna śpiewa takim śmiesznym głosem, ale ja to kocham.  Piosenka należy do tych szybszych, ale tak naprawdę jest smutna. Wszystko leży w warstwie tekstowej. Madonna śpiewa m.in. My mother died when I was five (PL: Moja mama zmarła, gdy miałam 5 lat). Więc nie dajcie się zwieść tanecznej muzyce. Lubię też “Love Profusion”. Oprócz szybkich utworów znajdziemy tu kilka ballad. W “Nothing Falls” uwielbiam chórek, który pojawia się pod koniec. Piosenka kojarzy mi się z “Like a Prayer”, ale jest od niej gorsza. “X-Static Process” jest spokojną, akustyczną piosenką. Jedyne, co mi się nie bardzo w tej piosence podoba, to to, że głos Madonny został podwojony, potrojony itp. Sprawia to, że tę piosenkę śpiewa kilka Madonn. “Easy Ride” z kolei to (jak wspomniałam wcześniej) piosenka nagrana przy udziale orkiestry. Jedyny utwór, który mnie nie zachwycił to “Hollywood”. Nieco elektryczna piosenka jest jakaś taka bez wyrazu. Płyta jest jednak znacznie lepsza od poprzedniej (“Music”, 2000). Warto poznać.

Kilka osób już dawno prosiło mnie o recenzję ostatniej płyty zespołu 30 Seconds to Mars pt. “This Is War”. No więc się doczekaliście. Jest to pierwsza płyta zespołu, którą poznałam. Czy ostatnia? Chyba nie. Kiedyś sięgnę po pozostałe, z nadzieją, że było lepiej. Sporo dobrego czytałam o tej płycie. Wokalista zespołu – Jared Leto – ma świetny głos. Bardzo głęboki, męskie, po prostu cudowny. W sam raz do takich rockowych utworów. Mnie niestety płyta zawiodła. Brak tu piosenek, do których chciałabym wracać i wracać, które cięgle bym męczyła. Nie wiem, jaka była ich muzyka wcześniej, ale ta wydaje mi się nieco komercyjna, pod publikę. Wiadomo – nie każdą, ale fani ostrzejszych brzmień się na pewno zainteresują. Największe zainteresowanie wywołała u mnie piosenka otwierająca krążek – “Escape”. Trwa nieco ponad 2 minuty. Przez większą część utworu gra sama muzyka. Jared śpiewa tylko fragmencik. Za co lubię tę piosenkę? Za nastrój. Jest taka tajemnicza. Największą słabością albumu jest długość niektórych utworów. Nie lubię, gdy piosenki są zbyt długie. ‘A “Walk Away” Christiny, które trwa ok. 6 minut jakoś słucha’ – pomyślicie pewnie. Można nagrywać długie piosenki. Jednak gdy mają być one tak nudne jak te na “This Is War”, to lepiej sobie darować. Takie piosenki podobają mi się do drugiej, góra trzeciej minuty. Później tylko modlę się, by się już skończyły. Jednak żeby nie było tak do końca negatywnie. Są tu i piosenki, które (nawet w połowie) brzmią dobrze. Należy do nich zdecydowanie “Night of the Hunter”. Kawał dobrej, rockowej muzyki. Szansę mogę dać również spokojniejszemu od poprzednika “Hurricane”. Z pozostałych piosenek najbardziej wyróżnia się “Vox Populi”. Szczególnie ze względu na występujący w utworze chór. Zawsze obawiam się numerów, którym towarzyszy właśnie chórek, ale ten da się ‘przełknąć’. Mimo, iż płyty przesłuchałam z 4 razy to na pewno, nic prawie nie pamiętam. Piosenki zlewają mi się w jedno, mieszają. Zdecydowanie po 30 Seconds to Mars spodziewałam się czegoś lepszego.

4 lata musieli czekać fani Enrique Iglesiasa na nowy krążek swojego idola. Nie znam jego wcześniejszych albumów, opieram się wciąż na singlach. Przesłuchałam już kiedyś “Euprohię” i płyta, którą teraz oceniam przy niej to arcydzieło. Jednak oceną jego ostatniego ‘dzieła’ zajmę się kiedy indziej. Na płytę “Insomniac” składają się piosenki stonowane, spokojne. Jednak nie wszystkie takie są. Enrique pomyślał również o tych, którzy przy balladach ziewają. Nagrał bowiem kawałek z Lil’ Waynem pt. “Push”. Kiedyś nie lubiłam tego utworu. Teraz wręcz przeciwnie. Lubię sobie go słuchać. Inną, nazwijmy to ‘taneczną’ piosenką jest “Can You Hear Me”. Wątpię, by zyskała taką popularność, gdyby nie to, że została oficjalnym hymnem Euro 2008. Ostatnio mi się nieco już znudziła, ale za każdym razem przywołuje miłe, wakacyjne wspomnienia. A co z resztą? Trochę obawiałam się, że spokojne piosenki mnie znudzą i sprawią, że słuchanie tej płyty będzie katorgą. Jednak moje obawy się nie potwierdziły. “Insomniac” jest jedną z tych nielicznych płyt, na których taka ilość ballad wypada dobrze. Kilka z nich jest naprawdę uroczych. W “Miss You” pojawia się coś z muzyki latynoskiej, w “Do You Know (the Ping Pong Song)” słychać odbijane piłeczki do ping ponga. Jednak tylko na początku i pod koniec. Trochę szkoda, że tak mało, bo to całkiem fajny pomysł. Byłoby bardziej oryginalnie. Najsmutniejszą piosenką wydaje mi się “Little Girl”. Muzyka jest po prostu piękna. No i plus za tekst, który nie opowiada o miłości. Utwór opowiada o dziewczynie skłóconej z całym światem. Enrique śpiewa m.in. But she cries in the night Just to try to hold on No one can hear her She’s all alone (PL: Ale ona płacze w nocy, próbując się jakoś trzymać, nikt nie może jej usłyszeć ona jest zupełnie sama). Słabsze momenty? Nieco nudne “Wish I Was Your Lover” i “Somebody’s Me”. Nie spodziewałam się, że jego płyta może mi się spodobać. A jednak…

#129 Mariah Carey “Memoirs of Imperfect Angel” (2009)

Macie problem z zaśnięciem? Wiercicie się i wiercicie a upragniony sen nie przychodzi? Nie trujcie się tabletkami. Mariah Carey rozwiąże wasz problem. Biegnijcie więc do sklepu po jej płytę “Memoirs of Imperfect Angel”. Kiedyś ceniłam ją jako artystkę. Ma nieprzeciętny głos. Umie śpiewać, Ale co z tego, skoro na tej płycie tego nie słychać a w niektórych piosenkach przepuszczony został przez auto tone. Carey na scenie jest od 20 lat. Jej styl się nie zmienia. To od początku pop i r&b, nieco soulu. Gdybym to ja była na jej miejscu, miałabym za sobą nawet epizod z symfonicznym metalem. Nie potrafiłabym być przez te wszystkie lata taka sama. Mariah stała się strasznie przewidywalna. Poprzednie dwie płyty (“E=MC²” i “The Emancipation of Mimi”) były bardziej taneczne. Tutaj Mariah serwuje nam zabójczą dawkę spokojnych utworów. Dosłownie zabójczą. Mnie rozłożyła po pierwszym zapoznaniu się z ty krążkiem. Nuda, nuda, nuda. Aż dziwne, bo producentami płyty byli The-Dream (pracował m.in. z Ciarą przy “Fantasy Ride”) i Tricky Stewart (“Bionic” Christiny Aguilery, “Teenage Dream” Katy Perry). Oni potrafią zrobić coś z niczego, nadać piosenkom fajne brzmienie. Chcieli aż za bardzo wcisnąć Marię w najnowsze trendy, jednocześnie chcąc sprawiać wrażenie, że ich współczesna muzyka nie obchodzi. Mimo wszystko momentami pojawiają się elektroniczne wstawki a w niektórych utworach głos Marii jest przerobiony przez komputer. Do gustu przypadły mi dwie piosenki: nagrane w stylu r&b “H.A.T.E.U.” oraz cover “I Want to Know What Love Is”. Covery wychodzą jej bardzo dobrze. Nawet dwie jej piosenki z poprzednich albumów, które lubię (czyli “Against All Odds (Take a Look at Me Now)” oraz “Without You”) to również przeróbki. Czyżby inni artyści potrafili stworzyć lepsze piosenki od niej, z ciekawszymi tekstami? Oczywiście, że tak. Teksty piosenek z tej płyty tylko utwierdziły mnie w słabej ocenie. Są jakieś takie nudne, nijakie, mało ciekawe. Przerabiałam to już tysiące razy. Chciałabym napisać coś o pozostałych piosenkach, ale zupełnie nie ma co. Są do siebie bardzo podobne. Oj, nie postarałaś się Mariah.

#128 Monika Brodka “Granda” (2010)

Monikę Brodkę pamiętam jeszcze z Idola. Była taką niepozorną nastolatką. Program jednak wygrała i niedługo potem ukazały się jej dwie płyty pełne popowych piosenek. Czasem bardziej przebojowych, czasem mniej. Mnie na pewno one nie zainteresowały. A tu proszę, jaka niespodzianka. Monika wydała album, który jest zupełnie niepodobny do tego, co w polskiej muzyce było. Monika z zwyczajnej, popowej wokalistki stała się prawdziwą artystką. Niszową, warto dodać. Jej piosenek nie usłyszycie już w radiu. Na “Grandzie” nadal sporo popu. Podszytego elektroniką i folkiem. Może inaczej – pop wyższych lotów. Nie dla każdego. Sama musiałam się przekonać do tych piosenek. Bez wątpienia ich najmocniejszą stroną są teksty. W dużej mierze pisane przez samą Brodkę. Sami musicie przyznać, że teksty Paulli czy innych polskich gwiazd są często żenujące i wtórne. Monika poszła o krok dalej. Teksty są naprawdę ciekawe. Wokalistka używa sporo słów, o których, z języka polskiego wiem, że nazywają się ‘archaizmy’ (wyrazy, które wyszły z obiegu). Przykładem może być tytułowa “Granda” i zwrot “porachuję kości”. A jeśli chodzi o piosenki pod kątem muzyki. Najbardziej podoba mi się piosenka tytułowa. Momentami brzmi jak remix, ale może to sprawka sporej ilości elektroniki, użytej w utworze. Uwielbiam wręcz zaśpiewane po francusku “Excipit”. Może ten język nie robi na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia, ale Monika brzmi naprawdę uroczo i ciekawie. Całkiem niezła jest spokojna “Syberia” i zakręcone “W pięciu smakach”. Nie podoba mi się natomiast “K.o.” oraz przynudzające “Kropki, kreski”. Nie rozumiem decyzji o umieszczeniu tu granego przez tatę Moniki utworu “Hejnał”. No ładnie gra, ale ta piosenka tu nie pasuje.

 

#123, 124 Madonna “Like a Prayer” (1989) & Ewa Farna “Cicho” (2009)

Czy jest ktoś, kto nie zna “Like a Prayer”? Chodzi mi tu o samą piosenkę. Chyba nie ma takiej osoby. To ponadczasowy utwór. Zachęcona tym singlem postanowiłam zapoznać się z innymi piosenkami na płycie “Like a Prayer”. Pierwsze płyty Madonny (“Madonna”, “Like a Vrigin”) były pełne popowych, tanecznych melodii. Na tej Madonna serwuje nam nadal chwytliwe, ale bardziej ambitne melodie. Zaczyna się od tytułowego “Like a Prayer”. Przyznam, że to jedna z moich ulubionych piosenek od Madonny. Uwielbiam szczególnie początek, gdzie wokalistka śpiewa Life is a mystery, everyone must stand alone I hear you call my name And it feels like home (PL: Życie jest tajemnicą, każdy musi pozostać sam Słyszę, że wymawiasz moje imię I czuję się wtedy, jak w domu). Świetnie w piosence wypadły również chórki. Dalej mamy kolejny singiel – “Express Yourself” albo jak kto woli ‘demo Born This Way’. Piosenka jest świetna, ale z niej również najbardziej podoba mi się początek. Tam, gdzie Madonna mówi: Come on girls Do you believe in love? (PL: Dalej, dziewczyny! Wierzycie w miłość?). To są właściwie najbardziej znane single z tej płyty. Na szczęście nie są to jedyne piosenki, o których da się naskrobać kilka zdań. Na płycie znalazł się duet z Prince’m. Hmmm, ‘książę’ i królowa? Mogło być ciekawie. A tym czasem zaliczam ich piosenkę “Love Song” do najgorszych. Nie tyle w tym winy Madonny co Prince’a. Na albumie znalazło się miejsce dla spokojniejszych utworów – “Promise to Try” i “Oh Father”. “Promise to Try” jest naprawdę dobre. Teraz dopiero sobie uświadomiłam, że wielokrotnie słyszałam podobne piosenki. Nawet jedna od Beyonce mi ją przypomina. Chyba któraś z “I am…Sasha Fierce”. “Oh Father”, mimo obiecującego tytułu,wypada na tle pozostałych piosenek blado, bardzo blado. Sama piosenka nie jest zła, ‘skopała’ ją Madonna. Najoryginalniejszym utworem jest “Act of Contrition”, znajdujący się na końcu płyty. Przez dłuższy czas to po prostu sama muzyka. Jeśli chcecie zobaczyć, skąd wiele gwiazd i gwiazdek czerpie inspiracje, sięgnijcie po któryś z jej starszych albumów. Chociażby po “Like a Prayer”.

C

Prosiliście, prosiliście, aż w końcu uległam i sięgnęłam po drugi polskojęzyczny krążek Ewy pt. “Cicho”. Dotychczas znałam tylko single, które zrobiły na mnie nie bardzo pozytywne wrażenie. Jednak byłam ciekawa, czy sama płyta utrzymuje niezły poziom. Najnowszy krążek Ewy (“Ewakuacja”) podoba mi się. Lubię do niego wracać. Szkoda, że podobnego zdanie nie będę mieć o “Cicho”. Płyta z pewnością cicha nie jest. Sporo tu gitar, pojawia się i perkusja. Zresztą Ewa nie jest jakąś popową gwiazdką, która nagrywa taneczne hity. Jeśli miałabym wskazać gwiazdę, do której Ewa jest podobna (nie z wyglądu oczywiście), wybrałabym Avril Lavigne. Z pewnością nie tą z “Goodbye Lullaby” czy “The Best Damn Thing”, ale “Let Go” jak najbardziej pasuje. Ale niestety, te porównanie wypada na niekorzyść Ewy. Wokalistka ma duży potencjał, kawał głosu, energię, ale to nie wystarczy. Równie ważne są ciekawe melodie, interesujące teksty. A tu mi tego zabrakło. Z większości tekstów miałam niezły ubaw. Jak chociażby z “Już dorośnij”, gdzie pojawiają się słowa Tak po prostu nie mów nic, nie mów mamie lub w “Ogień we mnie” Dlaczego wstawać mam, co dnia. Może był jakiś ukryty sens? Jeśli tak, to nie zauważyłam. Najbardziej podoba mi się piosenka tytułowa – “Cicho”. Fajna muzyka, Ewa śpiewa czysto, da się ogółem posłuchać. Polubiłam też “La la laj”. Sama się sobie dziwię. Kiedyś traktowałam ją jak kołysankę. A teraz zauważyłam, że to całkiem dobry utwór. Polecam również balladę “W niespełnieniu”. Piękna melodia, Ewa zaśpiewała spokojnie, bez udziwnień. Nie potrzebne było umieszczenie na płycie coveru piosenki “Dmuchawce, latawce, wiatr”. Nie przepadam za oryginałem, więc trudno, bym pozytywnie spojrzała na wersję Ewy czy kogokolwiek. Ogółem płyta do przesłuchania raz, czy dwa, w dłuższych odstępach czasu. Gdybym ja najpierw trafiła na nią, bałabym się sięgnąć po “Ewakuację”. Jak podsumować jednym zdaniem? Płyta dla młodzieży. Gimnazjalnej młodzieży.

#121, 122 P!nk “I’m Not Dead” (2006) & Alesha Dixon “The Alesha Show” (2008)

Po nieudanym ‘nalocie’ na muzykę pop punk P!nk wróciła do formy. Tytuł płyty nie jest przypadkowy. “I’m Not Dead” (Nie umarłam), zdaje się nas przekonywać. Nie, P!nk na pewno nie ‘umarła’, po prostu odrodziła się na nowo. I muszę przyznać, że nigdy nie była tak dobra, świeża, pomysłowa. Podoba mi się to, że płyta “I’m Not Dead” nie jest jednostajna, piosenki nie są do siebie podobne. Nie zmienia się jedno – P!nk jest szczera, bezkompromisowa. Nikogo nie udaje. W jej głosie nie czuć ani jednej ‘nutki’ fałszu. Jest sobą, kiedy śpiewa o durnych dziewczynach (“Stupid Girls”) lub pytając prezydenta, czy ten może w ogóle spać spokojnie (“Dear Mr. President”). Rozwinę teraz swoją myśl co do różnorodności krążka. Z jednej strony jest przebojowo. Zaczyna się od mocnego uderzenia – utworu “Stupid Girls”. Może jest to bardziej uderzenie w warstwie tekstowej (policzek dla ‘głupich dziewczyn’) niż muzycznej, ale nie zmienia to faktu, że piosenka jest świetna. Niedługo potem mamy tytułowe “I’m Not Dead”, prawie dyskotekowe “Cuz I Can” oraz wpadające w ucho “Leave Me Alone (I’m Lonely)”. Następnie mamy chwilę wytchnienia, by naładować baterie przed (świetnym!) “Fingers” i nieco tylko ustępującym mu “Centerfold”. A co ze spokojniejszą częścią płyty? Mimo pozorów sporo tu ballad. Zaczyna się od “Who Knew”, do którego na razie nie potrafię się przekonać. Następnie w kolejce czekają “Nobody Knows” i “Dear Mr. President”. Kiedyś uwielbiałam ten drugi utwór. Nadal mam do niego ogromny sentyment, ale przegrywa teraz z “Nobody Knows”. Za jakiś czas wchodzimy bez wątpienia w strefę balladową. Wprowadza nad do niej nieco rockowe “Runaway”. Dalej mamy akustyczne “The One That Got Away”. Szczerze mówiąc, nie podoba mi się. Nieco P!nk rehabilitują dwie kolejne piosenki – “I Got Money Now” i “Conversations With My 13 Year Old Self”. Szczególnie ta druga jest niezwykła. Niby nic, a cieszy ucho. Najciekawszą piosenką jest spokojne, nieco akustyczne “I Have Seen the Rain” zaśpiewane (o ile się dobrze orientuję) przez P!nk i jej ojca. Na początku P!nk mówi o nim. W jej głosie słychać, że ta piosenka jest dla niej ważna. Podsumowując. Poznałam już wszystkie płyty P!nk, ale ta jest zdecydowanie najlepsza.

Alesha Dixon to jedna trzecia brytyjskiego girlsbandu Mis-Teeq. Do nagrania solowej płyty przymierzała się dwa razy. Za pierwszym obserwowaliśmy historię podobną jak u Nicole Scherzinger. Po kilku nieudanych singlach płyta wylądowała w koszu. Alesha wzięła udział w “Tańcu z gwiazdami”. Zaszła daleko. I wtedy dopiero zainteresowano się nią w rodzimej Brytanii. Zaowocowało to płytą “The Alesha Show”. Jaką właściwie muzykę gra Alesha? Przede wszystkim jest to pop i r&b. Na szczęście urozmaica swoje piosenki innymi gatunkami. W singlowym hicie “The Boys Does Nothing” pojawia się swing. W “Let’s Get Excited” szczypta elektrycznych brzmień. W kilku utworach r&b. Cała płyta raczej mi się podoba. Alesha może nie ma głosu jak Beyonce (do której, notabene jest porównywana) ale potrafi stworzyć niezłą, taneczną muzykę. Tego mogłaby Beyonce się od niej poduczyć. Przyznam, że chciałam zawrócić już przy intro – “Welcome To The Alesha Show”. Okropne. Przewidywalne. Ten tekst był po prostu zbędny, nic nie wnosił. Zostawienie samej muzyki byłoby lepszym pomysłem. Tym bardziej, że za chwilę mamy dynamit w postaci “Let’s Get Excited”. Kiedyś uwielbiałam ten utwór. Teraz nieco mniej. Potem Dixon daje nam odpocząć, serwując balladę r&b pt. “Breathe Slow”. Czasami Alesha sięga po popularny (w czasie wydania tej płyty – 2008) retro pop. Warto polecić tu zawierające w sobie ten gatunek chwytliwe utwory w postaci “Cindrella Shoe” oraz “Italians Do It Better”. Na dokładkę mamy nieco tajemnicze, ciekawe “Chasing Ghosts; spokojne, ale z elementami rapu “Hand It Over”; balladę “Do You Know The Way It Feels” autorstwa Diane Warren (“I Belong to Me” Jessica Simpson, “You Haven’t Seen the Last of Me” Cher). Ta ostatnia piosenka nieco odstaje od innych utworów, ale jest naprawdę dobra. Alesha nagrała dobry, jeśli nie bardzo dobry album. W sama raz na wakacje. Świetnie sprawdza się w tanecznych piosenkach, ballady również wychodzą jej nieźle. Niedługo zabieram się za jej nowy krążek. Oby tylko utrzymał poziom tego, bo jak nie, to będę strasznie zawiedziona.

#116, 117, 118 Jennifer Lopez “Brave” (2007) & P!nk “Missundaztood” (2001) & Norah Jones “Not Too Late” (2007)

2007 to udany rok dla fanów Jennifer Lopez. Najpierw otrzymali od wokalistki hiszpańskojęzyczny album pt. “Como Ama Una Mujer” a pod koniec roku mogli wybrać się do sklepów po “Brave”. Mogli, ale tego nie zrobili. Pyta okazała się komercyjną porażką. Jednak słaba sprzedaż nie musi oznaczać słabej muzyki na niej zawartej. Gdyby nie zrezygnowano z promocji po dwóch singlach, płyta mogłaby być niezłym hitem. Po w miarę stonowanym “Como Ama Una Mujer” Jennifer powraca do brzmień, które przyniosły jej największą popularność. Jest więc skocznie, tanecznie, przebojowo. Przynajmniej do połowy. Wraz z “Never Gonna Give Up” wkraczamy w strefę spokojniejszych dźwięków. Jednak zanim do nich przejdę, poświęcę chwilę czasu na skomentowanie tanecznych piosenek. Zaczyna się od “Stay Together”. Bardzo dobry numer. Później nieco możemy odpocząć przy “Forever” (które również jest bardzo kołyszące) by z nową mocą powitać “Hold It Don’t Drop It”. To bez wątpienia mój numer jeden na “Brave”. Singlowe “Do It Well” ma w sobie coś z muzyki dyskotekowej. Bardzo często można było usłyszeć  ten utwór w radiu. “Gotta Be There” jest moim zdaniem tą najgorszą taneczną piosenką. “Never Gonna Give Up” jest już zupełnie inne. Urocza ballada zaczynająca się partią skrzypiec. Mam mieszane uczucia co do pozostałych kawałków z tej części płyty. “Mile In These Shoes” podobało mi się, aż nie doszło do refrenu. Całkiem podobne (ale na szczęście lepsze) jest “The Way It Is”. Jednak najlepszą ze spokojnych piosenek Jennifer umieściła na końcu. “Brave” to bardzo piękny, wzruszający utwór. Jeden z lepszych od Jennifer. Znacznie bardziej wolałabym pomieszanie piosenek tanecznych z tymi mniej, bo niektórzy mogą się zanudzić. Ja jednak wolę ten krążek od “This Is Me…Then” czy debiutanckiego “On The 6”.

Zaledwie rok po ukazaniu się “Can’t Take Me Home” P!nk zaserwowała nowy album o dość ciekawym tytule “Missundaztood”. Pierwsza płyta była nudna. Mało było ‘punktów zaczepienia’. Cała płyta utrzymana była w klimacie pop i r&b. Tu jest na szczęście lepiej. P!nk odeszła (przynajmniej w połowie) od dźwięków r&b. Dzięki temu, że te pojawiają się w mniejszych ilościach, robią większe wrażenie. Tytułowy numer może należy do tych gorszych (głównie przez końcówkę), ale już takie “Family Portrait” jest cudowne. Od zawsze mi się ta piosenka podobała. Jest bardzo szczera, prawdziwa. Bliżej skomentowałam ją przy ocenianiu “Greatest Hits…So Far!” (czytaj). Sporo na “Missundaztood” rockowych brzmień. Na pewno kojarzycie singlowy numer “Just Like a Pill” lub “Numb”. Ale najbardziej podoba mi się chyba “Misery”. Jest to duet z członkiem zespołu Aerosmith – Stevenem Taylerem. Ich głosy bardzo do siebie pasują. Udało mu się nawet nie przyćmić P!nk 😉 Przy nagrywaniu tego krążka P!nk współpracowała dużo z Lindą Perry. Na 14 utworów tylko 6 nie jest jej. Od lat uważam, że Linda pisze i produkuje jedne z najlepszych piosenek. Trzeba jednak z nią współpracować. P!nk na szczęście to zrobiła i razem panie odpowiedzialne są za takie świetne utwory jak “Dear Diary” (odkąd usłyszałam piosenkę Britney pod takim samym tytułem obawiam się kawałków o takim tytule) czy “Gone to California”. Nie spodziewałam się jednak, że Linda i P!nk nagrają duet. Piosenka “Lonely Girl” jest świetna. Szkoda wprawdzie, że tak mało w niej Lindy, ale i tak mi się podoba. Nie przepadam natomiast za dance popowym “Get The Party Started”, tytułowym “Missundaztood” oraz “Don’t Let Me Get Me”. Uważam jednak, że ta płyta lepiej się P!nk udała, niż poprzednia. Dobrym pomysłem było ograniczenie r&b na rzecz szczypty rocka.

Trzy lata po wydaniu “Feels Like Home” Norah powróciła z nowym krążkiem. O ile można było mieć pewne zastrzeżenia co do muzyki na nim zawartej (“Feels Like Home” to jej najsłabszy album) tak z “Not Too Late” powraca jeszcze lepsza. Styl wokalistki się nie zmienił. Nadal nie planuje świecić tyłkiem w teledyskach ani nagrywać tanecznych, plastikowych do bólu przebojów. Jest ponad to. Udowodniła, że aby sprzedać płytę skandal nie jest potrzebny. Podobną historię obserwujemy teraz z udziałem Adele. Ale wróćmy do krążka. Jak już pisałam, styl Nory się nie zmienił. Piosenki utrzymane są w jazzowej stylizacji z dodatkiem soulu, country (nie tak dużo jak na poprzednim krążku) oraz bluesa. Jeśli te gatunki kojarzą wam się z nudną muzyką, koniecznie zapoznajcie się z “Sinkin’ Soon”. Mnie po pierwszym przesłuchaniu wbiło w fotel. Niesamowity numer! Norah śpiewa w nim inaczej niż zazwyczaj. No i brawa dla ludzi odpowiedzialnych za melodię do tej piosenki. Zainteresował mnie utwór “My Dear Country”. Norah pochodzi z USA, a Amerykanie są przewrażliwieni na punkcie krytyki swojego kraju. Jako przykład można podać Madonnę i jej album “American Life”. Norah jednak nie ma się jednak czego bać, bo jej piosenka jest znacznie ‘lżejsza’ niż dzieło Madonny. Jones śpiewa m.in. But the day after is darker, And darker and darker it goes (PL: Ale dzień później jest ciemniej, I ciemniej, i ciemniej się robi). Te dwie piosenki bez dwóch zdań zaliczam do najlepszych. Z pozostałych w pamięci zostało mi m.in. niezłe “Broken”. Uważajcie na ten utwór. Wieczorem posłuchałam, rano nogę złamałam. Lubie również bluesowe “Thinking About You” oraz “The Sun Doesn’t Like You”. Słabe momenty? Takich tu nie znajdziemy. Norah wiedziała co chce osiągnąć i do tego z powiedzeniem ‘dociągnęła’. A teraz przeproszę was. Idę ponownie włączyć sobie ten kojący krążek, bo nigdy nie jest za późno na dobrą muzykę