#151 LMFAO “Sorry For Party Rocking” (2011)

Sama nie wiem, czemu zdecydowałam się na przesłuchanie płyty duetu LMFAO (omg, co za nazwa) pt. “Sorry For Party Rocking”. Znani są właściwie z jednej piosenki – hitu tegorocznych wakacji pt. “Party Rock Anthem”. Stop. Inaczej – hymnu tegorocznych wakacji. Oczywiście zależy dla kogo. Mnie ten shit prześladował pół wakacji. Na szczęście tylko wtedy, gdy byłam w Polsce. Za granicą można natknąć się na normalniejszą muzykę. Zastanawia mnie, komu taka ‘muzyka’ może w ogóle się podobać. Dopiero przy słuchaniu płyty LMFAO stwierdziłam, że ta Adele to dopiero robi komercyjną muzykę. Jej piosenki podobają się większości a te duetu LMFAO są chyba tylko do półgłówków. A ja wierzę, że z osobami czytającymi mojego bloga wszystko w porządku 😉 Myślałam, że z muzyką już trochę lepiej, skoro ludzie wykupują cały nakład płyt Beyonce czy Amy Winehouse. Okazuje się, że źle nie jest. Teraz jest wręcz tragicznie. Na “Sorry For Party Rocking” ciężko wyróżnić jakikolwiek kawałek, bo wszystkie są strasznie do siebie podobne. Różnią się raptem małymi fragmencikami i zaproszonymi do współpracy gośćmi. W otwierającym krążek “Rock the Beat II” w pamięci zostaje jedynie zbyt długa przemowa na początku. W “Party Rock Anthem” meczy ciągła zmiana rytmu. Nie przebija to jednak dziewczyny, która śpiewa mały kawałek. Plastik. Nie chce nawet wnikać, kto to jest. Wolę pozostać w niewiedzy. A gdybym to ja była tą panią, w ogóle nie ujawniałabym swojego nazwiska. Po co się później wstydzić? O, znajoma twarz. W “Champagne Showers” zaśpiewała Natalia Kills, której płytę oceniałam kilka dni temu. Ale czy to na pewno ona? Mam ku temu poważne wątpliwości. Głos jej strasznie zmodyfikowali. Zrobili jej straszne świństwo. Oprócz niej wśród gości znajdziemy Evę Simons (znaną z kawałka “Silly Boy”, i tylko z niego), will.i.am’a (ciągnie swój do swego), Busta Rhymes i jakąś Lisę. Bez sensu, bym opisywała każdy kawałek oddzielnie. Przecież to jeden szajs. Muzyka tworzona przez ten zespół jest delikatnie mówiąc beznadziejna, koszmarna, do d*py. No chyba, że ktoś lubi i przy takim czymś potrafi się dobrze bawić. Ja nie wyobrażam sobie, by na mojej 18-nastce (luty!) puszczali takie g*wno. Jestem tolerancyjna, szanuję wasze zdanie, ale gdy ktoś by mi powiedział, że uwielbia ten zespół, to wyśmieję. No cóż, kończę i idę posłuchać “The Beginning” Black Eyed Peas ;P

RANKING: Najlepsze ballady śpiewane przez wokalistki

Najlepsze ballady śpiewane przez wokalistki. Ballad jest naprawdę sporo. Ciężko wybrać te najlepsze. Chyba każdy artysta ma choć jedną na koncie. Przy wyborze tych 10 najlepszych kierowałam się nie tylko poruszającą, często smutną muzyką i wokalem, ale i tekstem. Właśnie w przypadku ballad zwraca się na niego największą uwagę. Nie da się przecież śpiewać o ‘dupie Maryni’ stojąc prawie bez ruchu przy mikrofonie. Widzowie mają też uszy.

Czytaj dalej RANKING: Najlepsze ballady śpiewane przez wokalistki

#149, 150 Paris Hilton “Paris” (2006) & Eliza Doolittle “Eliza Doolittle” (2010)

Kim jest Paris Hilton? Każdy z was na pewno ją kojarzy, ale kto umie powiedzieć, czym się dokładnie zajmuje? Ma za sobą przygody z modelingiem, filmem (Złota Malina dla najgorszej aktorki za “Dom woskowych ciał”). Jednak nic nie wychodzi jej tak dobrze jak lansowanie własnej osoby. Pewnego dnia jednak się nudziła i pomyślała: Już wiem! Nagram płytę! Nagranie własnego krążka nie jest jednak przedsięwzięciem tanim, jednak Paris o brak kasy martwić się zupełnie nie musi. Jest ustawiona do końca życia. Bardzo sceptycznie podchodziłam do tej płyty. Pierwsze zetknięcie z nią przypominało mi basen przy hotelu w Tunezji. Pierwsze podejście – brrr, lodowata woda. Lecz potem człowiek szybko się przyzwyczaja. Najbardziej nie podoba mi się głos Paris. Nie ma co ukrywać – Amy Lee czy Christiną Aguilerą to ona nie jest. I gdybym miała tylko to oceniać, byłoby nisko. Jednak jak wspomniałam wcześniej, Hilton ma kasę, stać było ją na producentów, którzy nadali temu krążkowi całkiem niezłe brzmienie. Przede wszystkim Scott Storch. Produkował dla Christiny Aguilery (“Fighter”, “Walk Away”) i dla Beyonce (“Naughty Girl”, “Baby Boy”). Jaką muzykę mogłaby grać Paris? Nie spodziewajmy się po niej ballad. Krążek składa się 11 tanecznych utworów. Zapewne do takich chciałaby bawić się sama Paris. Najbardziej podoba mi się to, że nie są to tylko popowe, zlewające się w jedno kompozycje. W “Fightin’ Over Me” słychać inspiracje hip hopem. A na dokładkę w utworze rapuje Fat Joe i Judakiss. W “Stars Are Blind” mamy mieszankę popu i reggae. Pamiętam ten numer z wakacji 2006. “Jealously” w refrenie słychać ostrzejsze brzmienie. Spokojniej robi się na chwilę – przy “Heartbeat”. Teksty piosenek nie są zbyt wyszukane. Są raczej proste, aby nie trzeba było za dużo myśleć tylko dać się porwać muzyce. W utworach Paris śpiewa o tym, jaka jest piękna i seksowna np. w “Fightin’ Over Me” Maybe cuz im hot to death and I’m so so so sexy (PL: Może dlatego że jestem zabójczo gorąca i tak bardzo bardzo sexy) czy w “Turn You On” The clubs not hot until I walk through (PL: Ten klub nie jest gorący dopóki tam nie wejdę). Sporo tu również o chłopakach. Jak mogło być inaczej, skoro liczba ‘narzeczonych’ Paris jest większa niż jej IQ. Swoją płytą Paris świata nie zbawi. Chciała to nagrała. Współczuję tym, którzy biorą ten album na serio i doszukują się w nim wielkiej sztuki.

Pamiętacie jeszcze najbardziej wygwizdaną piosenkę roku? Oczywiście nie w sensie, że była kiepska. Nic z tych rzeczy. Wygwizdać to my sobie możemy “Friday” Rebeki Black. Utwór Elizy Doolittle “Skinny Genes” był jedną z najczęściej granych piosenek przez radia w zeszłe wakacje. Piosenka jest naprawdę dobra. Kolejny singiel – “Mr Medicine” nie podobał mi się. To na trochę odsunęło mnie od twórczości tej młodej Angielki. Cieszę się jednak, że sięgnęłam po jej debiutancki album. Głos Elizy kojarzy mi się z tym Lily Allen. Tak samo delikatny, podobna barwa. Jednak muzycznie się różnią. Lily jest bardziej popowa. Eliza oprócz popu skierowała się w stronę soulu i folku. Oprócz tego czerpała inspiracje z muzyki lat 50. i 60. I to właśnie w Anglikach uwielbiam. Nie boją się sięgać po muzykę z odległych lat. Oczywiście dodają do tego nowoczesne melodie, ale całość brzmi świetnie, oryginalnie i świeżo. Tą drogą poszła i Eliza. Przy jej muzyce dobrze możemy bawić się i my i nasi rodzice. Album składa się z 13 utworów. Wiele z nich to radosne, nieco taneczne numery. Inne są spokojne, lecz nie nudzą i nie wzruszają. Nie są typowymi balladami. Mocną stroną piosenek są ich teksty. W uroczym “Money Box” śpiewa o pieniądzach, wymienia sporo walut. W “Missing” śpiewa o tym, że brakuje jej miłości. W “Skinny Genes” wymienia wady swojego chłopaka I really don’t like your point of view (PL: Naprawdę nie cierpię Twojego sposobu bycia). Lecz tak naprawdę chce z nim być. Ze wszystkich utworów zawartych na tym krążku najbardziej lubię “A Smokey Room”. Jest to nieco jazz’owa piosenka. Kojarzy mi się z “Sinkin’ Soon” Nory Jones. Uwielbiam też “Pack Up”. Świetnym pomysłem było umieszczenie w refrenie tego męskiego głosu. Dzięki temu piosenka się wyróżnia. Trzecim kawałkiem, który należy do moich ulubionych jest “Empty Hand” – najspokojniejsza piosenka na płycie. Bardzo nastrojowa. Mniej podoba mi się natomiast wspomniane wcześniej ‘Mr. Medicine” i nudne “Police Car”. Są to na szczęście nieliczne momenty, w których wątpimy w Angielkę. Ma ona dar do tworzenia lekkiej, przyjemnej muzyki, która jest na dodatek czymś więcej. Polecam.

#147, 148 LaFee “Frei” (2011) & Evanescence “Evanescence” (2011)

LaFee poznałam kilka lat temu. Bliżej ‘zaprzyjaźniłam się’ z nią dopiero w tym roku. Znam już dwie jej płyty (“LaFee”, “Jetzt erst recht”). Gdybym wcześniej nie wiedziała, w jakim kierunku zamierza LaFee podążyć, byłabym w wielkim szoku i z dziesięć razy sprawdzała, czy to na pewno ta sama wokalistka. Zmieniła się nie tylko muzycznie. Przefarbowała się na platynowy blond, zrobiła sobie afro (teraz częściej nosi kucyk), zaczęła się ubierać bardziej kolorowo. Muzycznie zmieniła się jeszcze bardziej. Moim zdaniem na gorsze. Kiedyś była bardziej wyrazista, miała swój styl. Teraz podążyła za panującą modą. Piosenki są łagodniejsze, bardziej taneczne. Przesiąknięte elektroniką. Jednak tę w wykonaniu LaFee odbieram całkiem pozytywnie. Niektórym powinno zakazać się korzystania z komputerów przy tworzeniu muzyki (pamiętacie ostatnie ‘dzieła’ LMFAO czy Black Eyed Peas?), tu wokalistkę do nich dopuszczam. Płytę otwiera utwór “Herzlich wilkommen”. Podoba mi się dokładnie do momentu, gdy LaFee śpiewa Ich sage dir (PL: Mówię ci). Refren jest straszny. Plusem piosenki jest też to, że trwa nieco ponad 2 minuty. Nie zniosłabym więcej. Kolejna piosenka, jaką jest “Lass die Puppe tanzen” jest cudowna. Najbardziej podoba mi się w niej to, że utrzymana jest w szybkim tempie. Nie nudzi się. Potrafię ‘katować się’ nią nawet 5 razy pod rząd. Z kolejnych piosenek zauroczył mnie jeszcze numer “Ich bin”. Kiedyś tej piosenki nie doceniałam. Teraz uważam, że jest świetna. Szczególnie lubię początek, gdzie LaFee śpiewa m.in. Ich bin Geschichte Und gegenwart Ich schrei und schweig Jedentag (PL: Jestem historią i teraźniejszością, Krzyczę i milczę każdego dnia). Zastanawiam się jeszcze, który utwór spodobał mi się równie bardzo i, cóż, słabo to widzę. Lubię trochę “Leben wir jetzt”, bo LaFee całkiem nieźle odnalazła się w elektronicznej rąbance, oraz “Du allein”, choć głównie za tekst. LaFee śpiewa m.in. Du liegst am Boden Du bist gefallen Niemand war da um dich zu halten (PL: Leżysz na ziemi poległeś Nie było przy tobie nikogo kto by był podporą). Oprócz tanecznych numerków na płycie znalazło się miejsce dla spokojniejszych ‘punkcików’. Przede wszystkim króciutka ballada “Ich hab dich lieb”, którą LaFee napisała dla swojego taty. Czegoś mi tu brakuje. Piosenka jest po prostu przyzwoicie zaśpiewana. Nic więcej. Ani nie wzrusza, ani nie czaruje. Inną balladą jest “Sieh mich an” czyli piosenka, której za nic nie potrafię sobie przypomnieć. Są niestety na “Frei” piosenki, których nie lubię. Należy do nich “Fliegen mit mir” oraz “7 Sünden”. W tej drugiej LaFee brzmi, jakby się miała zaraz rozpłakać. W wielu piosenkach najsłabszym punktem jest refren (“Alles Gute”, “Herzlich wilkommen”). LaFee podążyła własną drogą. Pełną kolorów i tanecznej muzyki. Ja jednak będę tęsknić za tą nieco zbuntowaną dziewczyną, śpiewającą chwytliwe, rockowe numery.

Informacje o tym, że Evanescence wznawiają swoją działalność dotarły do mnie zupełnie niespodziewanie. Nawet pogodziłam się z tym, że nie będzie już nigdy następcy “The Open Door”, że nie usłyszę w wykonaniu Amy Lee ballady na miarę “My Immortal” czy “Like You”. A jednak. Marzenia się spełniają. Zespół pod koniec 2010 roku wrócił do studia i przygotowywał materiał na płytę zatytułowaną “Evanescence”. Przyznam, że mogli się bardziej wysilić z tytułem krążka. Pierwszy utwór (“What You Want”) usłyszałam już na początku sierpnia. Ulżyło mi, bo obawiałam się, że (zgodnie z niektórymi plotkami itp.) pójdą w elektronikę. Piosenka bardzo mi się podoba. Jest szybka, odpowiednio ostra. Uwielbiam głos Amy w tym numerze. Szczególnie lubię moment, gdy śpiewa Every heart in my hands like a pale reflection (PL: Każde serce w mych dłoniach jest jak blade odbicie). Zanim przejdę do oceniania innych utworów, które znalazły się na pierwszej od pięciu lat płycie grupy, podzielę się z wami spostrzeżeniem. Pokochałam Evanescence za muzykę, która nie była tylko rockową muzyką. Swoje inspiracje czerpali z gothic rocka. Ich piosenki były niezwykle tajemnicze, niektóre nieco mroczne. Na nowej płycie mi tego brakuje. Amy wprawdzie nadal pokazuje, że głosu mogą jej niektóre piosenkareczki pozazdrościć, ale to nie jest już to samo. Strasznie brakuje mi na “Evanescence” tej tajemniczej aury. Rozumiem jednak, że chcieli zrobić coś nowego. No i zrobili. Nagrali rockowy krążek, który pewnie zginąłby pomiędzy innymi takimi płytami, gdyby nie wokal Amy – nie do podrobienia. Jednak jako osoba, która z “Fallen” i “The Open Door” zna każdą nutkę, jestem nieco zawiedziona. Przede wszystkim na “Evanescence” jest niedobór ballad. Wiele jest szybkich, rockowych numerów (“Made of Stone”, “Sick”). Spokojne numery? Jest ich tylko dwa: “Lost in Paradise” oraz “Swimming Home”. Żadna z nich nie dorównuje poprzednim balladom zespołu, lecz da się słuchać. Bardziej do gustu przypadła mi ta pierwsza piosenka – “Lost in Paradise”. Najbardziej lubię moment, gdy Amy śpiewa And now I’m lost in paradise (PL: A teraz jestem zagubiona w raju) a w tej samej chwili wchodzi mocniejsza muzyka. “Swimming Home” zdecydowanie mniej mi się podoba. Odstaje od innych piosenek na “Evanescence”. Brzmi jak piosenka z “Ray of Light” Madonny. Ale nawet na płycie królowej ładnie by nie błyszczała. Z szybkich utworów najbardziej lubię wspomniane na początku “What You Want”, “Sick” oraz “Never Go Back”. Zupełnie nie podeszły mi natomiast “The Change” i “Erase This”. O piosenkach ciężko coś w ogóle napisać. Są do siebie podobne, oparte na jednakowym pomyśle. Na szczęście w warstwie tekstowej zespół nie uległ pogorszeniu. Nadal otrzymujemy całkiem niezłe, nie głupie teksty. “Never Go Back” opowiada o miłości; Without your love I am lost And I can never go back home (PL: Bez Twej miłości jestem stracona  I nie mogę wrócić już nigdy do domu). W “Made of Stone” podoba mi się początek (w sam raz dla uczniów) Speak your mind Like I care I can see your lips moving I’ve just learned not to hear Don’t waste your time (PL: Wyrażasz swoje zdanie Jakby mnie to obchodziło Widzę jak poruszają się Twe usta Nauczyłam się po prostu nie słuchać Nie marnuj czasu). Może i muzyka Evanescence ewoluowała w niezbyt dla mnie dogodnym kierunku, nadal jest to mój ulubiony zespół a sama płyta “Evanescence” zrobiła na mnie całkiem pozytywne wrażenie. Nie przebiła jednak dwóch poprzednich.

#144, 145, 146 Adele “21” (2011) & Natalia Kills “Perfectionist” (2011) & Alexis Jordan “Alexis Jordan” (2011)

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam w radiu piosenkę „Rolling In the Deep” zerwałam się uradowana. „To Amy!” – pomyślałam. Szybko jednak mój entuzjazm opadł, bo w dalszej części piosenka nie brzmiała na śpiewaną przez Winehouse. Wtedy też przypomniałam sobie o jeszcze jednej brytyjskiej wokalistce, obdarzonej oryginalnym głosem – Adele. Jej pierwsza płyta „19” (2008) jest genialna. Pytanie tylko, czy „21” utrzyma ten poziom. Jaki jest ten album? Przede wszystkim przewidywalny. Czy ktoś w ogóle myślał, że Adele nagle porzuci soulowe melodie na rzecz dance popu? Chyba nie. W końcu to właśnie za te piękne soulowe melodie z elementami jazzu i bluesa świat pokochał Adele. Pierwsza nazwałabym ją idiotką, gdyby z tego zrezygnowała i poszła za modą. Wielkim atutem albumu są teksty. Opowiadają one o miłości. Jak przyznała niedawno w wywiadzie, wspaniałe, poruszające teksty na “21” napisała po rozstaniu z chłopakiem. Co więcej – po pijaku. Może to taka przypadłość Anglików? Amy Winehouse swoje najpiękniejsze utwory napisała będąc uzależniona od narkotyków. Nie zachęcam jednak jej naśladować. Na “21” Adele dodała szczyptę rocka. Piosenki są bardziej wyraziste niż na “19”. Mimo to ja częściej będę sięgać po jej debiut. Tamte piosenki szybciej zdobyły moje serce. Każda z nich miała w sobie coś, co mnie zachwycało. Na “21” dwie zupełnie mi nie podeszły. Należy do nich przyciężki w odbiorze “I’ll Be Waiting” oraz nudne “Don’t You Remember”, w którym głos Adele za nic mi się nie podoba. Jednak mimo tych dwóch zgrzytów album jest całkiem niezły. Kiedyś byłam mocno zakochana w “Rolling In the Deep”. Teraz ten kawałek nieco mi się już przejadł. I tak z niego najbardziej lubię początek i zwrotki. Refren jest najsłabszy. O innych piosenkach z tej płyty mam podobne zdanie. Albo podobają mi się zwrotki, albo refren. Jak chociażby “One and Only” (refren <3) czy “Turning Tables” (zwrotki <3). Są na szczęście trzy utwory, bez których teraz nie wyobrażam sobie dnia. Przede wszystkim nieco rockowe “Set Fire to the Rain”. Zaczyna się spokojnie, powoli przechodząc do ‘punktu kulminacyjnego’ – dopiero w refrenie Adele pokazuje, na co ją stać śpiewając But I set fire to the rain, Watched it pour as I touched your face (PL: Ale podkładam ten ogień pod deszcz Patrząc jak zagasa, gdy dotykam Twojej twarzy). Kocham wręcz “Someone Like You”. Jest to bez wątpienia najbardziej smutna i poruszająca piosenka (singiel) ostatnich kilku miesięcy. Najbardziej lubię fragment, gdy Adele śpiewa Never mind, I’ll find someone like you (PL: Mniejsza o to, znajdę kogoś takiego jak Ty). Trzecią piosenką z “21”, która nie schodzi z listy ulubionych jest “Rumour Has It”. Jest to jedna z najszybszych piosenek na płycie Adele. Mój wybór może was nieco zdziwić, bo z tego co czytałam, jest to wg. wielu osób najgorszy numer na albumie. Mi się jednak podoba. Wyróżnia się. Mimo, iż “21” nie zachwyciło mnie tak jak “19”, to dziękuję Adele za ten album. Pokazała nim, co się liczy – dobra, porządna muzyka i głos. Nie trzeba latać w samych gaciach po scenie (tak, to o was – GaGa, Rihanna, Britney), by wylądować na pierwszym miejscu list przebojów. Adele się to udało, bo ma talent. On, jak się okazuje, też jest ważny.

Sama jestem zaskoczona, że postanowiłam posłuchać albumu debiutującej wokalistki – Natalii Kills. Czy piosenkarka, której singlem pt. “Mirrors” byłam katowana za każdym razem, gdy włączałam radio, może mi przypaść do gustu? Okazuje się, że tak. Obawiałam się, że Natalia będzie kolejną plastikową gwiazdką. Wprawdzie gra pop i dance, ale dodaje do tego sporą dawkę elektroniki a nawet rocka. Album otwiera intro “Perfection”. Przez jakieś 30 sekund gada coś jakiś koleś. Przyznam, że całkiem ciekawy wstęp. Kolejny numer – “Wonderland” – ma chwytliwy refren. Kolejnej piosenki (“Free”) refren mnie wręcz odpycha. Kiepski jest. Z “Break You Hard” zachwycił mnie początek. Mmm, świetny jest. Słuchać w nim tłuczenie szkła. Kolejna piosenka sprawiła, że zapomniałam o pozostałych. “Zombie”. Sam tytuł bardzo mnie zaciekawił. I właśnie przy tej piosence po raz pierwszy poczułam wreszcie to, o czym mówiła tyle razy Natalia – mroczne oblicze popu. Wokalistka śpiewa m.in. I’m in love with a zombie (boy) But his heart is so cold (PL: Jestem zakochana w zombie (chłopaku) Ale jego serce jest takie zimne). Najbardziej lubię jednak, gdy wypowiada słowa cold, cold, freezing, freezing (PL: zimny, zimny, lodowaty, lodowaty). Z pozostałych utworów do gustu przepadł mi nieco mroczny, nieco taneczny numer “Acid Annie”. Na początku słychać rozmowę telefoniczną między dwojgiem ludzi co jest ciekawym wprowadzeniem do utworu. I na tym niestety kończy się ta lepsza strona płyty. O ile na początku albumu kilka piosenek podobało mi się w całości, tak tu tylko ich fragmenty. Wyjątkiem jest tylko “Not In Love”. Natalia umieściła na płycie dwie spokojniejsze piosenki. Jedną z nich jest “Broken”, druga to “Heaven”. Szczerze wolę “Heaven”. Podoba mi się fragment, gdy Kills rapuje. Jednak najbardziej, obok “Free”, nie podobają mi się jeszcze dwie piosenki: “Superficial” i “Nothing Last Forever”. “Superficial” przypomina mi “Mirrors”. A jak już jesteśmy przy tej piosence – refren ma wręcz okropny. Zwrotki są całkiem ok. Lubie też fragment, gdy Natalia szepce Sex Love Control Vanity(PL: sex, miłość, kontrola, próżność). Jak na debiutantkę, za którą ciągnie się opinia “nowej GaGi” (a tak nawiasem mówiąc – czy każda, która debiutuje musi być oskarżana o kopiowanie panny Germanotty?) Natalia poradziła sobie całkiem nieźle. Podoba mi się to, że utwory są nieco tajemnicze, z pazurem. Perfekcyjnie jednak nie jest. Ciekawa jestem, co pokaże nam na drugim krążku.

Alexis Jordan poznałam przypadkiem. Zobaczyłam na VIVie jej teledysk do “Happiness”. Zwróciłam na nią uwagę, bo się wyróżniała. Piosenka nie była jakaś elektroniczna czy bardzo taneczna. Sama Alexis wyglądała na normalną dziewczynę “z sąsiedztwa”. I co najważniejsze – była ubrana 😉 Pierwsze wrażenie było pozytywne. Niestety, “czar” prysł po zapoznaniu się z jej debiutancką płytą zatytułowaną “Alexis Jordan”. Młoda wokalistka serwuje nam sporą dawkę popowych, tanecznych numerów. Szkoda, że nie zrobiła nic, by choć trochę się wyróżnić z pośród tłumu takich samych dziewczyn. Na szczęście nie dała sobie przepuścić głosu przez syntezator. Jednak ma Jordan spore braki. Mnie jej wokal na kolana nie powalił. Same piosenki są nieco nudne. Ja miałam dość po przesłuchaniu ich jakieś dwa razy. Najbardziej podoba mi się singlowe “Happiness”. Przyzwoita piosenka, najmocniejszy punkt płyty. Mam tylko jedno zastrzeżenie do pierwszego refrenu. Kiedy Alexis śpiewa słowo ‘Happiness’ mogłaby dać więcej czadu, “naruszyć” nieco struny głosowe. Za delikatnie jest. Dobrze, że pod koniec się opamiętała i jest ok. Z pozostałych propozycji lubię “Habit”. Nie umiem jednak wytłumaczyć dlaczego. Miło mi się kojarzy, po prostu. Nienawidzę natomiast “Say that”. A szczególnie momentu, gdy padają tytułowe słowa. Nie lubię też “Hush Hush”. Nie potrzebnie zepsuli to straszną elektroniczną melodią. Jeśli chodzi o pozostałe numery to mało który czymś się wyróżnia. W “Love Mist” słychać inspiracje muzyką reggae. Ostatnia piosenka na krążku – “The Air That I Breathe” to ballada. Bardzo przeciętna, warto dodać. W wielu utworach głos Jordan skojarzył mi się z tym Kat DeLuny. Gdyby tylko Alexis wzięła przykład z koleżanki po fachu. Debiutancka płyta Kat jest świetna. Alexis to debiutantka. Ma przed sobą jeszcze wiele lat. Z pewnością z muzyki nie zrezygnuje. Może kiedyś zaskoczy nas rewelacyjnym krążkiem? Sądzę, że ma na to szansę. Musi tylko poćwiczyć głos, poszukać dobrych producentów. No i mieć szczęście.

#141, 142, 143 Jennifer Lopez “Rebirth” (2005) & Madonna “Bedtime Stories” (1994) & Paramore “All We Know Is Falling” (2005)

“Rebirth” to następca wydanego w 2003 roku “This Is Me…Then”. Już wtedy zaczęło się coś psuć. Jennifer nie mogła wylansować hitu na miarę “Let’s Get Loud” czy “Love Don’t Cost a Thing”. Piosenki na “This Is Me…Then” były bardzo usypiające. Zupełnie nie przypadły mi do gustu. Jennifer za bardzo smęciła. Zdecydowanie lepiej wypada w tanecznych numerach. Takich niestety nie ma za dużo na “Rebirth”. Mimo wszystko nie jest nudno. “Rebirth” to chyba najbardziej rhythm-and-blues’owa płyta Jennifer. Dziwię się, dlaczego odniosła mały sukces. Zasługiwała na więcej. Promocja skończyła się jednak na dwóch singlach. Jednym z nich był “Get Right”, taneczny numer. Zwrotki bardzo mi się podobają, w refrenie Jennifer mogła dać z siebie więcej, zupełnie ta część piosenki mi się nie podoba. Drugi singiel – “Hold You Down” – jest spokojniejszy. Jennifer brzmi w tej piosence bardzo dobrze. Nie mogę tego powiedzieć o raperze ja wspomagającym – Fat Joe. Smęci coś w tle. Oprócz niego na płycie gościnnie pojawia się jedynie Fabolous w remixie “Get Right”. Pozostałe piosenki są na szczęście lepsze. W dobrym “Step Into My World” artystka zaprasza nas do swojego świata. Do miejsca, w którym nie jest już tańczącą do “Play” czy ‘Let’s Get Loud” dziewczyną. Chciała pokazać, że jest już dojrzałą kobietą. I jej się to udało. Bez kiczu, tandety. Jest sobą. tak więc we wspomnianym “Step Into My World” śpiewa Step into my world Where there’s countless things to see (PL: Wkrocz do mojego świata, W którym jest wiele do zobaczenia). Do usłyszenie nie wiele mniej zresztą. W “Whatever You Wanna Do” bardzo spodobał mi się refren. Jest chwytliwy. “Cherry Pie” to mój faworyt spośród wszystkich utworów na “Rebirth”. Najbardziej zauroczyła mnie końcówka, moment, gdy Jennifer śpiewa I can be your cherry pie And you can be my cream on top (PL: Mogę być Twoim Cherry Pie I możesz być moja śmietaną). Wiem, po polsku głupio brzmi, ale mamy to szczęście, że J.Lo nie śpiewa w naszym języku 😉 Po tej piosence robi się spokojniej. “I Got You” i “Still Around” są całkiem ok. Coś zaczyna się psuć przy “I, Love”. Mimo, iż piosenka należy do spokojnych, Jennifer śpiewa z powerem. I to według mnie zniszczyło ten utwór. “He’ll Be Back” w ogóle nie pamiętam. Na szczęście na końcu Lopez zamieściła piosenkę “(Can’t Believe) This Is Me”. Przejmujący, momentami nawet patetyczny numer. W pamięci został mi przede wszystkim refren. Wtedy też Jennifer brzmi najlepiej. Płyta “Rebirth” zrobiła na mnie lepsze wrażenie niż “This Is Me…Then”. Czy wolę ją od “J.Lo”? Jeszcze nie wiem. Jednak moim ulubionym albumem Lopez pozostanie na razie “Brave”.

Na wydanej w 1994 roku płycie “Bedtime Stories”, Madonna kontynuuje to, co zaczęła dwa lata wcześniej na niesamowicie zmysłowej “Erotica”. Seksu tu w prawdzie mniej, ale artystka postarała się o to, by zapewnić słuchaczom sensualne doznania. Nad nową, szóstą studyjną płytą Madonna pracowała kilka miesięcy. Nad większością utworów z artystką współpracowała z Nellee Hooperem (odpowiada m.in. za “What You Waiting For?” Gwen Stefani i “Golden Eye” Tiny Turner). Oprócz niego nad brzmieniem utworów z “Bedtime Stories” czuwali tacy producenci jak Dallas Austin (“Just Like a Pill” Pink, “Ugly” Sugababes), Dave Hall (“Dreamlover” Mariah Carey, “My Love” Mary J. Blige) oraz Babyface (pomagał Toni Braxton przy debiutanckim krążku). Jeśli wiec zapoznamy się z listą producentów i niektórymi ich wcześniejszymi dokonaniami wyjdzie nam, w jakim stylu utrzymane jest “Bedtime Stories”. Tak, to mieszanka niebanalnego, przyjemnego popu z r&b. Ponownie więc Madonna postanowiła nieco zmienić styl. I ponownie jej się udało. Słyszałam wiele opinii o “Bedtime Stories”. Wiele z nich zaczynało się słowami: jak mnie to na początku nudziło. Jednak w wielu przypadkach po jakimś czasie dochodziło: teraz uwielbiam. Dobrze to rozumiem, bo kiedy sama kilka lat temu po raz pierwszy miałam styczność z szóstym albumem Madonny, niemalże usnęłam podczas jego słuchania. Dziś jednak nie wyobrażam sobie dyskografii Królowej bez tej pozycji. “Bedtime Stories” spełniał ważną funkcję – łagodził wizerunek artystki po kontrowersyjnej płycie “Erotica”. Pokazywał, że Madonna potrafi być nie tylko lekko wyuzdaną wokalistką, ale i elegancką kobietą pięknie śpiewającą o miłości. “Bedtime Stories” to drugi tak spójny album Madonny. Piosenki do siebie pasują. Jak puzzle. Nie ma tu utworów przesadnie tanecznych (przy takich jak “Survival” można się co najwyżej pobujać), nie ma też typowych ballad. Artystka zaserwowała nam porcję piosenek w sam raz do poduszki. Nie zrozumcie mnie źle, nie są aż tak nudne, że już przy pierwszym nagraniu człowiek odpływa do krainy snu. “Bedtime Stories” to raczej album idealny do słuchania po ciężkim dniu. Można się przy nim zrelaksować. Moi faworyci? Na pierwszym miejscu z “Bedtime Stories” stawiam “Human Nature”. Jest to jeden z moich ulubionych utworów artystki. Posiada uzależniającą melodię, Madonna brzmi bezbłędnie. Cenię również tekst, w którym wokalistka rozlicza się z przeszłością: Did I say something wrong? Oops, I didn’t know I couldn’t talk about sex […] I didn’t know I couldn’t speak my mind, what was I thinking (PL: Czy powiedziałam coś nieprawdziwego? Ups, Nie wiedziałam, że nie powinnam rozmawiać o seksie […] Nie wiedziałam, że nie powinnam wyrażać swojego zdania, co ja sobie wyobrażałam). Uwielbiam również “Secret”. Refren tego utworu jest niesamowicie chwytliwy. Bardzo cenię łagodne, ładne “Love Tried to Welcome Me” oraz emocjonalne “Sanctuary”, które odznacza się spokojną, głęboką wręcz melodią i świetnym tekstem o miłości do drugiej osoby. Nie można przejść obojętnie obok jednego z najważniejszych nagrań Madonny – “Take a Bow” (7 tygodni na szczycie Billboard Hot 100!). Taneczne? Skoczne? Wręcz przeciwnie. “Take a Bow” to piękna ballada. Co jeszcze skrywa “Bedtime Stories”? Chociażby pogodne “Survival” i “Don’t Stop” oraz interesujące “I’d Rather Be Your Lover”, w którym to Madonna śpiewa o tym, że może być dla swojego wybranka siostrą, matką (nawet bratem!) lecz najbardziej wolałaby być jego kochanką.  Przyznam, że szczególnie fragment I could be your mother (Pl: Mogę być twoją matką) mnie rozśmieszył. Szczególnie w kontekście ostatnich podbojów Królowej. Nie wiem czy zauważyliście, ale wszyscy jej nowi faceci są przynajmniej połowę od niej młodsi. Warto posłuchać również zmysłowego “Inside Of Me” oraz wyróżniającego się z pośród rhythm-and-bluesowych i popowych klimatów “Bedtime Story”, gdzie użyto delikatnej elektroniki. Jak już wspomniałam, album “Bedtime Stories” docenia się po czasie. Niektórym zajmuje to kilka dni, innym całe lata. Uważam, że obok takich krążków jak “Erotica” czy “Ray of Light” jest to jedna z najlepszych płyt Królowej.

Trochę głupio zabrałam się za poznawanie twórczości zespołu Paramore. Znam już “Brand New Eyes” i “Riot!”. Dopiero teraz miałam okazję posłuchać ich debiutu – krążka “All We Know Is Falling”. Różnic za dużo nie ma. Płyta nie odstaje od tego, co zespół zaprezentował na drugim albumie. Jest jednak znacznie bardziej rockowo niż na ostatniej płycie grupy. Musze niestety zauważyć, że głos Hayley nie jest jeszcze tak wyćwiczony jak na nowych nagraniach. Nie zmienia to faktu, że da się tego słuchać. I nawet czerpać z tego przyjemność. Po kilku razach nawet niedoskonały wokal Hayley już nie razi. Traktuję go jako ‘ozdobę’. Ot tak, kolejna kapela ‘z sąsiedztwa’, która ma za sobą dziesiątki prób w garażu. Wydaje mi się, że to właśnie jest kluczem do sukcesu zespołu. W końcu Hayley i chłopacy w czasie nagrywania płyty “All We Know Is Falling” (tak na marginesie – nagrali ją w trzy tygodnie) byli zwykłymi nastolatkami, jakich w USA i gdziekolwiek na świecie miliony. Ich muzyka, mimo iż daleko jej do tanecznych, popowych brzmień, jest łatwo przyswajalna. Spora zasługa w tym tekstów. Problemy, sytuacje, o których śpiewa Hayley są bliskie wszystkim nastolatkom. W “Brighter” śpiewa m.in. But if I’m without you Then I will feel so small (PL: Ale jeśli jestem bez ciebie Wtedy czuję się taka mała). W “My Heart” natomiast This heart, it beats, beats for only you (PL: To serce bije, bije tylko dla Ciebie) .Tak, miłości tu najwięcej. Najmniej widoczna jest chyba w “Franklin”. Tytułowy Franklin to miasto w USA, w których powstała grupa Paramore. Ja traktuje ten numer raczej jako tęsknotę za domem. W refrenie wychwycić można męski głos. należy on z pewnością do któregoś z muzyków. Szkoda, że ten ktoś nie dostał większej partii. Śpiewa super. Przyznam, że słuchając tego utworu zwracałam na niego większą uwagę niż na samą Hayley. Ten sam męski głos pojawia się w “My Heart”, bodajże najbardziej nastrojowej piosence na “All We Know Is Falling”. Tym razem jest zupełnie zbędny. Zamiast łagodnie podśpiewywać z tyłu, po prostu krzyczy. Hayley nie dała się zagłuszyć więc też pokazała, na co ją stać. A było tak dobrze… Trochę zniszczyli ten numer. Piosenki na płycie opierają się na jednym, prostym schemacie. Melodyjne, przyjemne zwrotki i głośne, momentami przekrzyczane refreny. To właśnie one są największym minusem kilku utworów. Przede wszystkim piosenki “Brighter”. Nie za specjalny. Lepszy jest ten w “Conspiriacy” i “Whoa”. Płyta ciekawa, lecz szybko ma się jej dość.

#138, 139, 140 Evanescence “Origin” (2000) & Shakira “Oral Fixation vol. 2” (2005) & Adele “19” (2008)

Od kilku lat miejsce pierwsze wśród moich ulubionych zespołów zajmuje Evanescence. Jest się co dziwić? Chyb nie. Fajne teksty, świetna muzyka no i Amy Lee na wokalu, co mówi samo za siebie. Jak dla mnie ma ona jeden z najlepszych głosów wśród śpiewających pań. Jednak jak każdy zespół tak i Evanescence musieli się jakoś wybić. Więc zanim świat usłyszał “Bring Me to Life” przygotowywali sporo demówek. Obok wielu EP-ek zespołu została wydana nawet płyta “Origin”. I to właśnie ją chcę ocenić. Dwie oficjalne, studyjne płyty są według mnie genialne. Ciekawa byłam, jak nagrywali kiedyś. Na pewno na płytę nie składają się popowe utwory. Evanescence od zawsze grali rockową (z wpływami sięgającymi gothic rocka i nu-metalu) muzykę. Zaczyna się od intra, którego tytuł pochodzi od tytułu tej płyty – “Origin”. Było zbędne, choć nieźle przechodzi w “Whisper”. Ten utwór, zarówno jak “My Immortal” czy “My Last Breath” znalazły się na “Fallen”. Musiały się więc spodobać. Ja do “Whisper” wciąż się przekonuję. Jest to całkiem niezły, ostry numer, lecz do moich ulubionych od Evanescence należeć raczej nie będzie. O “My Immortal” już pisałam. Cudo, po prostu. Przy “My Last Breath”  byłam trochę zirytowana, bo czekałam na nieznane mi piosenki, a tu przywitały mnie te ‘starsze’. Jeśli mam być szczera – pozostałe utwory na “Origin” są dobre. Sporo brakuje im do piosenek nagrywanych teraz przez zespół. I to nawet lepiej, bo kiepsko by było, gdyby zaczęli się muzycznie cofać. Jest tu kilka numerów, które naprawdę mi się podobają. Należy do nich przede wszystkim “Lies”. Zaczyna się podobnie jak “Cloud Nine” (z płyty “The Open Door”). Charakterystyczny początek trwa jednak dłużej i wokal nie jest tak obrobiony. Ogólnie piosenka jest bardzo dobra. warto posłuchać. Ten utwór widziałabym nawet na nowym albumie zespołu. Podoba mi się też “Field of Innocence”. Jest to bardzo spokojny numer. Nieco nawet tajemniczy. To wrażenie potęguje chórek i głos Amy. Przekonuję się powoli do “Even In Death”. Piosenka jest jednak nieco nudna, ale ma spory potencjał. Na razie jednak przeze mnie nie do końca odkryty. Amy mogłaby tylko dać więcej czadu, inaczej to zaśpiewać, z energią. To moja uwaga. Chyba po raz pierwszy nie spodobała mi się jakaś piosenka Evanescence na tyle, by umieścić ją w najgorszych. Chodzi tu o utwór “Anywhere”. Jest bardzo łagodny, aż za bardzo. W refrenie słychać męski głos. Piosenka jest niestety strasznie nudna. A na dodatek trwa z 6 minut. Ciekawym numerem jest “Eternal”. Mam jednak z nim problem – nie wiem, czy istnieje wersja z wokalem, bo już dwa razy trafiłam na samą instrumentalną. Załóżmy więc, że tylko taka istnieje 😉 Osobiście wolałabym, gdyby w tej piosence odezwałaby się Amy, ale nie jest tak źle. Momentami słychać nawet deszcz. Klimatyczny numer. Utwory na “Origin” nie dorównują tym na dwóch studyjnych krążkach, ale też są ok. Co zespół pokaże na nowej płycie? Zobaczymy.

W tym samym roku, w którym ukazała się płyta “Fijaxión Oral vol. 1” Shakira zadowoliła również tych fanów, którzy z hiszpańskim są na bakier. Niedługo potem otrzymaliśmy drugą część – ten krążek, “Oral Fixation vol. 2”. Przyznam, że 2005 rok to najlepszy rok w karierze Shakiry. Mówię tu oczywiście o artystycznej stronie. Pierwszą część, jak już wiecie, oceniłam na 5 z plusem. Druga natomiast jest…jeszcze lepsza! Płytę kupiłam w ciemno, zachęcona poprzednim krążkiem. I zrobiłam dobrze. Strasznie mi się podoba. Płyta jest różnorodna. Trzeba to przyznać. W “How Do You Do” słychać arabskie przyśpiewki. Urozmaica to ten utwór. Na początku mi się to nie podobało, teraz uważam, że dzięki temu piosenka nabrała wyrazu i jest charakterystyczna. “Hips Don’t Lie” przedstawiać nie trzeba. Kiedyś szczerze nie cierpiałam tej piosenki, teraz ją kocham. Szybko wpada w ucho i przez najbliższe kilka dni nie chce z niego wylecieć 😉 Nieco rockowo robi się przy “Costume Makes the Clown”. “Timor” natomiast okazuje się być mocnym, tanecznym utworem wycelowanym prosto w Amerykę. Oj, coś się na “Oral Fixation vol. 2” Shakira zbuntowała. Najpierw użyła niecenzuralnego słowa, którego oczywiście nie mogę przytoczyć (a co tam – bitch) w “Animal City” a teraz szokuje niezłym, prawdziwym, szczerym tekstem. Śpiewa m.in. How about the people who don’t matter anymore? (PL: a co z ludźmi, którzy już nic nie znaczą?) i If the news says half the truth Hearing what we want (PL: jeśli w wiadomościach mówią połowę prawdy, słyszymy co chcemy usłyszeć). Oprócz 10 zupełnie nowych kawałków są tu obecne angielskie wersje znanych nam z “Fijaxión Oral vol. 1” piosenek: “The Day and the Time” (“Dia Especial”) i “Something” (“En Tus Pupilas”). Zarówno angielskiej jak i hiszpańskiej wersji “The Day and the Time” nie lubię. Stąd też uznaję ten numer za najsłabszy na tym krążku. “Something” natomiast bardzo mi się podoba. Jest to kojący, spokojny kawałek. Szczególnie lubię moment, gdy Shakira śpiewa po francusku. Kogoś zaskoczę pisząc, że to jej najlepsza płyta? Tak? Nie? Mój numer 1. wśród poznanych już przeze mnie płyt Kolumbijki.

Słuchając wydanej w 2008 roku płyty “19” nie mogę uwierzyć, że ta dziewczyna (wówczas) była nastolatką. Skąd w niej tyle dojrzałości? Dzisiaj aby się wybić trzeba nagrać coś tanecznego, lekkiego a nie TAKIEGO. Sama Jennifer Lopez (która przekroczyła 40-stkę) wydała niedawno najbardziej komercyjny krążek w swojej karierze (“Love?”). Adele jednak wiedziała co chce osiągnąć. Ma oryginalny głos co zaowocowało porównaniami do Amy Winehouse [*], ale moim zdaniem nieco na wyrost. Amy jest (a może była) tylko jedna. W utworach z debiutanckiej płyty daje się słychać inspiracje nie tylko soulem, ale i bluesem, country, jazzem czy popem (tym ambitniejszym, oczywiście). W tym samym roku debiutowała również Duffy z płytą “Rockferry”. Stylistyka podobna, lecz wtedy to Walijka wygrała ten pojedynek. Jednak gdy porówna się ich następne płyty – koronę przejęła Adele. Jej muzyka mnie wciągnęła. Jednego dnia przesłuchałam ten album trzy razy pod rząd, co – przyznam – nie zdarza mi się. O każdej z piosenek dałoby się napisać choć jedno zdanie. Mam kilku faworytów. Nie umiem jednak wybrać tej jednej, jedynej, najlepszej piosenki. Stąd do ‘najlepszych’ dam te, które wyryły mi się najbardziej w pamięć i ‘zaczarowały’. “Hometown Glory” jest piękną, soulową balladą. Zwrotki są spokojne, lecz właśnie w refrenie Adele brzmi najlepiej. “Right As Rain” oraz “Cold Schoulder” są żywsze. Ta pierwsza najbardziej skojarzyła mi się z Amy Winehouse. Druga natomiast ma w sobie coś z r&b i funku. Ballada “Make You Feel My Love” w rzeczywistości wykonywana jest przez Boba Dylana. Jednak tak dobrze pasuje do Adele, że na początku myślałam, że była tworzona ‘na miarę’. Jest jednak tu jedna piosenka, która nie bardzo mi się podoba. Mowa tu o “My Same”. Sama muzyka jest ładne, ciekawa. Nie pasuje mi jednak do Adele. No i drażni mnie powtarzane często “aj aj aj”. Powoli przekonuję się do “First Love”. Na początku piosenka mnie usypiała. Nic zresztą dziwnego, brzmi jak kołysanka. W “Chasing Pavements” najbardziej urzekły mnie zwrotki. refren jest trochę zbyt krzykliwy. Nieco mniej podoba mi się też “Best For Last”. W tym utworze słychać najwyraźniej inspiracje country. Uważam, że Adele nagrała dobrą płytę. Wprawdzie bardziej podobała mi się płyta konkurentki – Duffy (“Rockferry”), to i do niej będę często wracać.