Troye Sivan “She’s the Best” – recenzja albumu (2026) (#1741)

Czwarty album Troye’a Sivana można odczytać jako ukłon w stronę kobiet – ich energii i artystycznej odwagi. Trudno uznać to za przypadek. Australijski wokalista od lat funkcjonuje w świecie, w którym kobiece gwiazdy popu określają zasady gry. Sivan miał okazję współpracować m.in. z Charli XCX i Arianą Grande czy Tate McRae. W takim towarzystwie trudno pozostać obojętnym na kobiecą perspektywę. “She’s the Best” jawi się więc jako album, który nie tyle próbuje naśladować kobiece gwiazdy popu, ile czerpie z energii ich świata. Przełożone to zostało na wrażliwość samego Troye’a.

Spoken word na alt popowo-trip hopowym podkładzie – tak rozpoczyna swój czwarty długogrający projekt Troye, który w tytułowym, naprawdę dobrym nagraniu kreśli nam historię kobiety, którą podziwia. Kim ona jest? Piosenka nie ma jednej adresatki i to właśnie jest w niej najfajniejsze. Chociaż Sivan nowym krążkiem chce oddać hołd kobietom, im samym robi na płycie niewiele miejsca. Jedyny duet – zatrzymujący się na krótkim, francuskim monologu Lily-Rose Depp – otrzymujemy w trip hopowym, rozleniwionym i podbijanym auto tunem “Lost Time”. Samej Lily chciałoby się więcej, bo wprowadzała niesamowity elegancki klimat. Pośrednio na krążku pojawia się sama Madonna, która zezwoliła na wykorzystanie fragmentów “Music” w house popowym “Party” – nonszalanckiej, eksperymentalnej odzie do imprezowania. 

Do zabawy Troye zaprasza nas i w popowej odsłonie muzyki klubowej, “Canada Dry”, oraz kawałku “Troye Meets World”, w którym nurkuje w świecie UK garage’owych, połamanych bitów. Elektropopowym numerem bez większej czepliwości, ale za to najntisowym klimatem jest “I Do This For You”. Akustyczny indie pop z elektronicznym podkręceniem zerka na nas z “Embarassingly” – sama piosenka chce migoczeć, lecz w moim odczuciu jest zbyt infantylna. Akustyczne gitary wypełniają i wzbogacane syntezatorami “Cowboy”. Mocnym wydźwiękiem odznaczają się shoegazowe “FF” i “Le Boy” o napierającym na słuchacza refrenie. W kameralnym “Sex Star” Sivan stawia na prostotę, podczas gdy w “Love So Big It Hurts” serwuje nam romantyczny, orkiestrowy pop.

Największym zaskoczeniem “She’s the Best” okazała się dla mnie muzyczna nieprzewidywalność Troye’a Sivana. Trip hop, orkiestrowy pop, shoegaze, UK garage – australijski wokalista chętnie zmienia tu stylistyki i udowadnia, że nie zamierza ograniczać się do sprawdzonych patentów. Zresztą wystawienie na pierwszy plan singla “Party” może być nieco mylące. To raczej wyjątek niż zapowiedź imprezowego charakteru całego krążka. Pozostałe utwory częściej skłaniają się ku refleksji aniżeli beztroskiej zabawie. Problem w tym, że choć doceniam tę różnorodność i odwagę, po wybrzmieniu ostatnich dźwięków niewiele we mnie zostaje. Nie odczuwam szczególnej potrzeby, by natychmiast wracać do tych piosenek. “She’s the Best” jest albumem poprawnym, momentami całkiem intrygującym, ale ostatecznie nieprzekraczającym granic dobrze znanej twórczości Sivana. To kolejna solidna pozycja w jego dyskografii, nie zaś przełomowe dzieło, które zmieniłoby sposób myślenia o tym, co młody popowy artysta ma jeszcze do zaoferowania.

Warto: She’s the Best & Lost Time

__________

Blue Neighbourhood ♥ Bloom ♥ In a Dream ♥ Something to Give Each Other

Autor

Zuzanna Janicka

Rocznik '94. Dziewczyna, która najbardziej na świecie kocha muzykę. Nie straszny jej (prawie) żaden gatunek, ale najbardziej lubi sięgać po r&b z lat 90. oraz indie/alt rocka. The-Rockferry prowadzi od 2010 roku.

Jeden komentarz do “Troye Sivan “She’s the Best” – recenzja albumu (2026) (#1741)”

  1. Kurde, to jeden z artystów, który od lat nie jest w stanie mnie zachęcić aby częściej sięgać po jego muzykę. Słyszałem kilka utworów z tej płyty, ale już nic nie pamiętam. I co gorsze w ogóle nie mam ochoty wrócić do tego wydawnictwa. Nie po drodze nam raczej…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *