#166 Amy MacDonald “This Is the Life” (2007)

Nie ma o niej informacji na portalach plotkarskich. Jej teledyski puszczają w telewizji rzadziej niż te Amy Winehouse (przed śmiercią). Sama wokalistka nie lansuje się, biegając z premiery filmu klasy B. na imprezę z okazji wprowadzenia na rynek nowego preparatu na odchudzanie. Skupia się na muzyce. To ona jest autorką wszystkich piosenek na debiutanckiej płycie “This Is The Life”. W wielu zagrała nawet na gitarze. Podoba mi się, że miała tak duży wkład we własny album. Amy ma charakterystyczny głos. Może nie tak jak Duffy czy Adele, ale nie sposób pomylić ją z inną wokalistką. Jej wokal jak na jej młody wiek (w chwili nagrywania płyty miała 19 lat) jest bardzo dojrzały. Amy poznałam dzięki piosence “This Is The Life”. Na początku nie byłam nią zachwycona, ale szybko wkręciłam się na dobre. Teraz to jedna z moich ulubionych piosenek. Amy śpiewa o życiu tych, dla których świat kończy się na obejrzeniu nowego filmu czy posłuchaniu nowej piosenki swojego idola. Artystka nuci między innymi And you’re singing the songs Thinking this is the life (PL: A ty śpiewasz te piosenki Myśląc, że to właśnie jest życie). Największym atutem utworów MacDonald są ich teksty. Pod względem muzyki album może wydawać się jednostajny. Nieco popu, rocka, folku i country przewija się w każdym numerze. Musiałam posłuchać tej płyty przynajmniej 4 razy by zapamiętać coś więcej niż “This Is The Life” i “Poison Prince”. Dlatego właśnie zwróciłam uwagę na teksty piosenek. W “Let’s Start a Band” pyta m.in. And how do I know if you’re feeling the same as me? (PL: Jak mam wiedzieć czy twoje uczucie jest takie same jak moje?). Lubię ten utwór. Na początku jest spokojnie. Dopiero pod koniec głos Amy nabiera mocy. Najbardziej chyba podoba mi się cytat z piosenki “L.A.” brzmiący I’m always told to be the dreamer kind wake up one morning and your dreams are life (PL: Zawsze mówią mi, żebym była marzycielką by pewnego dnia sny stały się rzeczywistością). W “Youth of Today”, najspokojniejszej piosence na płycie, MacDonald śpiewa o tym, by zrozumieć młodzież, co w końcu nie jest takie proste: And we are the youth of today Change our hair in every way(PL: Jesteśmy dzisiejszą młodzieżą Zmieniamy fryzurę na każdy sposób). Numer jest naprawdę dobry. Jeden z moich ulubionych na tym krążku. Przyznam, że zaskoczył mnie. Do takiego tekstu (i tematu) aż chciałoby się nagrać coś rockowego, nieco zbuntowanego. Ona zrobiła inaczej i…chyba właśnie tym wygrała. Płyta Amy bardzo mi się podoba. Trzeba spędzić przy niej trochę czasu, ale warto.

#52, 53 Lily Allen “Alright, Still” (2006) & Nelly Furtado “Mi Plan” (2009)

Lily Allen jest prawdziwą gwiazdą z Internetu. Swoje nagrania umieszczała na MySpace i tym sposobem stała się popularna. A kiedy utwór “Smile” został utworem tygodnia w BBC Radio, jej kariera nabrała prawdziwego rozpędu. I dobrze. Ta nieco kontrowersyjna, chwilami wyszczekana piosenkarka ma w sobie wiele uroku i talentu. Jej muzykę trudno sklasyfikować. Niby pop, ale na pewno nie taki, jaki tworzy Britney Spears czy Madonna. Pop na poziomie, który zniosą nawet najwybredniejsi. Czasami pojawiają się nawet wpływy r&b czy ska jak w przebojowym singlu “Smile” opowiadającym o rozstaniu z chłopakiem. Mimo nie za wesołego tematu cały utwór zaraża optymizmem. Na “Alright, Still” słychać również jazzowe inspiracje umiejętnie zmixowane z nowoczesnym brzmieniem. Tak jest np. w “Shame For You”. Wśród tych wszystkich pogodnych utworów mamy i jeden spokojniejszy – “Littlest Things”. Piosenka opowiadająca o tęsknocie szybko zdobyła moje serce. Urocza. Na tle łagodnych utworów wyróżnia się “Take What You Take”. Jest bardzo energiczny. Można nawet powiedzieć, że pop rockowy. I ten refren…Super. Podoba mi się to, że Lily pozostała sobą. Nikogo nie udaje. I tym wygrywa.

Dla mnie ten album jest dodatkiem do Nelly Furtado. Po sukcesie płyty “Loose” wokalistka postanowiła zrobić coś dla siebie i nagrać piosenki, które leżały jej na sercu. Podziękowała Timbalandowi za współpracę. Zaimponowała mi, że wobec panującej mody na electro itp. nagrała coś innego. Do tego momentu wszystko super. Nie mogę powiedzieć, że “Mi Plan” jest złą płytą. Na pewno bardzo słoneczną. Nelly w hiszpańskim wydaniu brzmi nadzwyczaj łagodnie. Jednak po wyłączeniu płyty niewiele nam w pamięci pozostaje. Piosenki jednym uchem wlatują, drugim je opuszczają. Na szczęście są i takie, o których się nie zapomina. Jak chociażby taneczny utwór “Vacacion”, do którego – chcąc nie chcąc – i tak się pokołyszecie. Świetnie wypada i ballada “Silencio”, w której obok wokalistki pojawił się Josh Groban. Nieco akustyczna, intrygująca. Plus dla Nelly Furtado za zaproszenie niezbyt znanych artystów. Na tym albumie wokalistkę wspiera 7 różnych gwiazd. Alex Cuba w “Mi Plan”, Alejandro Fernández w “Suenos”, Julieta Venegas oraz La Mala Rodríguez w “Bajo Otra Luz, Concha Buika w “Fuerte”, Josh Groban w “Silencio” i Juan Luis Guerra w “Feliz Cumpleańos”. Niestety, ale aby docenić ten album, musicie przesłuchać go co najmniej 4 razy. Tak jak ja.

#35, 36, 37 The Veronicas “Hook Me Up” (2007) & Madonna “Confessions on a Dancefloor” (2005) & Florence + The Machine “Lungs” (2009)

“Hook Me Up” to drugi album zespołu The Veronicas prosto z Australii. Tworzą go dwie siostry-bliźniaczki: Jessica i Lisa. Na szczęście o ile dziewczyny da się rozróżnić, o tyle niektórych piosenek z tego albumu po trzykrotnym przesłuchaniu nie pamiętam. Jeśli ktoś myśli, że The Veronicas grają popową muzykę, jest w błędzie. Ich kawałki to w szczególności pop-rock mieszany na przemian z electrorockiem. Oprócz utworów dających niezłego kopa (“This Is How It Feels”, “All I Have”) znajdziemy tu i ballady (“In Another Life”). Słuchając np. “Take Me On The Floor”, mimo iż gitary i perkusji w niej nie brakuje, ma sie ochotę powiedzieć, że jest to typowa piosenka na imprezę. Jednak bliźniaczki rehabilitują się takimi utworami jak “Untouched” czy “Someone Wake Me Up”. Wiele piosenek osobno robi wrażenie, na całości gdzieś się gubią. A szkoda, bo dziewczyny mają ładne, mocne głosy.

Odkąd Madonna została nazwana królową muzyki pop trzyma się tego gatunku. Jej studyjne albumy jak np. “Ray of Light” czy “Music” pełne były popowych brzmień. Na wydanej w 2005 roku “Confessions on a Dancefloor” mamy bardzo dużo tanecznych dźwięków. Płyta jest idealna na zabawę na parkiecie. Teksty piosenek nie były potrzebne – wystarczyła sama muzyka by można się było dobrze bawić. Kiedy pierwszy raz słuchałam tej płyty trudno było mi rozróżnić jakikolwiek utwór. Skłaniałam się nawet do negatywnej oceny. Teraz jednak uważam, że album jest naprawdę w porządku. Warto przytoczyć tu słowa Madonny: Służy dobrej zabawie, bezpośredniej i nieprzerwanej. Rewolucji, wiadomo, nie ma. Płyta dla każdego. Najbardziej zaskoczyła mnie piosenka “Isaac”. Madonna nawiązała w niej do żydowskich ‘klimatów’. Wyszło naprawdę ciekawe ‘dzieło’. Podoba mi się również singlowy “Hung Up” zawierający sample z hitu ABBY “Gimme Gimme Gimme”. Można obawiać się piosenki “Forbidden Love”, wiedząc, że jest to ballada….taneczna. Na szczęście i tu Madonna nie zawodzi. Podsumowując. Za sprawą “Confessions on a Dancefloor” wokalistka zabiera nas w przeszłość, do lat 70-tych aż po czasy współczesne. Muzyka taneczna nie jest szczególnie lubiana przeze mnie, jednak do tego albumu będę wracać z przyjemnością.

Wielka Brytania po raz kolejny udowadnia, że utalentowanych wokalistek jest u nich co nie miara. Teraz do tego grona dołączyła rudowłosa Florence Welsh. Zebrała kilku gości i tak powstał zespół Florence and The Machine. Przede wszystkim gratuluję debiutu. Płyta “Lungs” jest niepodobna do tego, czego już słuchałam. Postawili sobie bardzo wysoko poprzeczkę. Podoba mi się to, że wszystkie utwory na płycie do siebie pasują. Hmmm, jak puzzle? Wielkim atutem jest przede wszystkim wokal Welsh. Pełen emocji, siły i pasji. Jednak The Machine też udowadniają, że nie są gorsi. Sama muzyka na “Lungs” jest na wysokim poziomie i niesamowicie dobrana. Harfy, chór, bębny stwarzają świetną atmosferę. Zaskakujące jest to, że mimo sporej różnorodności wszystko do siebie pasuje. Mymy tu odrobinę taneczne “Dog Days Are Over”, które zawiera również wpływy folkowe. Mamy tu i mocne uderzenie w postaci takich utworów jak “Cosmic Love”, “Drummer” i “Rabbit heart”. Wiele piosenek zaczyna się spokojnie a dopiero w refrenie Florence pokazuje, na co jej głos stać. Zdecydowanie jeden z najjaśniejszych debiutów 2009.

#15 Lily Allen “It’s Not Me It’s You” (2009)

Lily Allen poznałam bliżej z okazji jej wizyty w Polsce na Coke Live Music Festiwal (2007). Zrobiła na mnie duże wrażenie. “Smile”, “LDN” czy “Littles Things” nie raz latały mi po głowie. Trochę obawiałam się jej drugiej płyty. Jednak spokojna singlowa piosenka “The Fear” rozwiała moje wątpliwości. Z chęcią sięgnęłam po “It’s Not Me It’s You” i muszę przyznać, że Lily mnie nie zawiodła. Możecie o niej mówić w najgorszych epitetach (czasem jak coś powie to tylko się za głowę złapać). Ale nie można zaprzeczyć, że głos ma niezły. No i nieograniczoną fantazję. Mimo, iż wiele osób nie lubi muzyki pop, ten album warto mieć w kolekcji jako “wyjątek od reguły”. No właśnie: Czy to nadal 100% pop? W chwili premiery płyty Allen liczyła sobie 23 lata. Mimo, iż jest to dość młody wiek, Lily w porównaniu do poprzedniej płyty trochę dojrzała. Przynajmniej jeśli chodzi o teksty piosenek. Zaryzykuję stwierdzenia, że artystka tworzy inteligentną muzykę. Melodie są proste, ale efektowne. Nie wydziwia i wychodzi jej to na dobre. Wszystko na tej płycie jest dopracowane. A wulgaryzmy w niektórych numerach (“Fuck You”) tylko podtrzymują wizerunek zadziornej dziewczyny. Jedyne, co mogłabym zarzucić temu albumowi, to fakt, że szybko się nudzi.