TOP75: najlepsze albumy 2019 roku (75-51)

75. DIDO STILL ON MY MIND

Chociaż “Still on My Mind” jest już z nami krótszą chwilę, a ja sama spędziłam z piątym krążkiem Dido niejedną godzinę, nie potrafię konkretnie odpowiedzieć na pytanie, czy poleciłabym ten krążek osobie, która nie miała dotąd do czynienia z twórczością Dido. Niby to porcja niezobowiązującej, przyjemnej muzyki, ale uwierać może, iż niewiele się tu dzieje. Jest aż za skromnie i za bezpiecznie. Za wiele utworów przyjęłam wzruszeniem ramion. Cieszy za to, że Dido wciąż podąża swoją drogą, omijając szerokim łukiem chwilowe trendy. A może robi to dlatego, bo wie, że zanim wyda kolejną płytę, trafią one na listę z reliktami przeszłości?

74. HOZIER WASTELAND, BABY!

Tu się wszystko zgadza. Hozier wciąż śpiewa tym swoim głębokim, cudownym głosem. Nadal sporo jest w jego muzyce emocji. A same melodie są miksem tego, co znamy i lubimy – bluesa, folku, soft rocka i gospel. Mimo wszystko te elementy nie przełożyły się na płytę, która zachwyciłaby mnie tak, jak udało się to “Hozierowi”. Piosenki są dopracowane, ale szybko słuchacza dopada znużenie, a kolejne kompozycje zdają się zlewać w jedną historię.

73. CAMILA CABELLO ROMANCE

Często ze współczesnymi popowymi płytami mam tak, że włączę je, zacznę słuchać, przy trzeciej piosence sięgnę po proszek przeciwbólowy, przy ósmej zapragnę stracić słuch, a po ostatnim takcie odetchnę z ulgą, że moja męka dobiegła końca. I chociaż “Romance” z początku wiele nie obiecywało, nie zaliczam czasu spędzonego z tym krążkiem do straconego. Ciężko mówić o jakimś wielkim skoku wykonanym przez Camilę Cabello, bo raptem chwilę temu ukazał się jej solowy debiut, ale dostrzegam małe kroczki naprzód stawiane przez Kubankę. Zarówno jeśli chodzi o pomysły na kompozycje, jak i wokalne popisy.

72. CHARLI XCX CHARLI

Zdarzyło mi się przejrzeć opinie o albumie “Charli” i wydaje mi się, że albo o nowej płycie Charli XCX pisze się albo dobrze, albo wcale. Brytyjska wokalistka jest ulubienicą krytyków, choć, jak dla mnie, nie ruszyła się z miejsca od premiery “Number 1 Angel”. Piosenki z jej trzech ostatnich wydawnictw można ze sobą dowolnie łączyć. Podoba mi się jej wizja popu jako gatunku śmiało wchodzącego we współpracę z elektroniką i wyłamującego się z radiowych barier, ale artystka zdaje się już zjadać własny ogon. Stąd moja euforia na dźwięki mniej oczywistych, dla jej dyskografii, “1999” czy “I Don’t Wanna Know”.

71. CHRIS COHEN CHRIS COHEN

Chris Cohen jest owocem miłości dyrektora różnych wytwórni muzycznych i broadway’owskiej aktorki, który już w wieku trzech lat wykazywał zainteresowanie muzyczną karierą. Zaczynał w różnych zespołach, a w 2012 roku zdecydował, że pora na rozpoczęcie działalności pod własnym imieniem i nazwiskiem (swoją drogą z takim nazwiskiem drzwi jakoś łatwiej się otwierają). W 2019 roku wydał imienny album, który jest już jego trzecim solowym krążkiem. To taka muzyka na leniwe niedzielne popołudnie. Z łagodnymi wokalami, pogrywającymi w tle dęciakami. Folkowo, ale też z leciutką nutką psychodelii.

70. CARLY RAE JEPSEN DEDICATED

Przed wydaniem “Dedicated” Carly Rae Jepsen opowiadała o swoich inspiracjach. O ile jej poprzedni krążek zabierał nas do lat 80., tak tym razem główną inspiracją Kanadyjki była złota era muzyki disco i twórczość takich reprezentantów tej tanecznej muzyki jak Bee Gees, Donna Summer czy ABBA. Ostało się z tego naprawdę niewiele, gdyż sama Jepsen nagrała płytę nowocześniejszą. To nadal porządne popowe wydawnictwo z prostymi, ale nie głupimi tekstami i klarownymi wokalami ich autorki, ale brakuje mi większej różnorodności.

69. CIGARETTES AFTER SEX CRY

Cigarettes After Sex są jednym z najgorętszych zespołów ostatnich lat. Bez radiowych hitów, bez lansowania się w mediach. Ich sukces tych udowadnia, że ludzie szukają dla siebie muzyki mającej działać wyciszająco po szybkim, męczącym dniu. Na “Cry” także znajdą taką porcję dźwięków. Jest to bowiem płyta bliźniaczo podobna do “Cigarettes After Sex”. Może nieco tylko wrażliwsza. Mając tak dokładnie przemaglowany poprzedni album Amerykanów tegoroczny zrobił na mnie mniejsze wrażenie, ale nadal będę wyczekiwać kolejnych nagrań firmowanych ich nazwą.

68. MAGGIE ROGERS HEARD IT IN A PAST LIFE

“Heard It in a Past Life” jest płytą porządnie wyprodukowaną i ładne zaśpiewaną. Nieźle też napisaną. Brakuje mi w niej mimo wszystko jednego elementu. A raczej nie w niej, ale w samej Maggie Rogers. Jakiegoś pierwiastka, który odpowiadałaby za charyzmę. Bo na razie mamy zdolną dziewczynę i tyle. Maggie nie jest bezbarwna, ale trzeba mocno się skupić, by coś z lektury jej pierwszej płyty nagranej dla znaczącej wytwórni w głowie zostało. Dziewczyna ma jednak spory potencjał i spokojnie polecać ją mogę fanom tych kobiecych głosów, które nie stawiają na szokowanie, ale mają w sobie sporo smutku.

67. LADYTRON LADYTRON

Osiem lat fani brytyjskiego bandu Ladytron czekać musieli na nowe wydawnictwo swoich ulubieńców. Przyznam szczerze, że moja dotychczasowa znajomość twórczości formacji ograniczała się do efektu ich współpracy z Christiną Aguilerą. “Ladytron” jest więc moim pierwszym albumowym spotkaniem z Brytyjczykami. Obyło się więc bez oczekiwań. Co zastałam? Szóste wydawnictwo Ladytron jest płytą o różnych barwach. Niby rządzi synthpop, ale czasem przyjmuje nowocześniejszą formę, czasem zaś zabrzmi bardziej oldskulowo. Niby wiele piosenek ma naprawdę spory taneczny potencjał, ale w ich tekstach sporo jest filozofowania.

66. THE BLACK KEYS LET’S ROCK

Długo muzyka The Black Keys wędrowała po obrzeżach, ciesząc się zainteresowaniem niewielkiej grupy słuchaczy. Przełomem okazało się być nawiązanie współpracy z Danger Mousem w 2008 roku. Duet zrobił z nim cztery płyty, które wypełnione były potencjalnymi hitami. Wystarczy wspomnieć tu takie nagrania jak “Lonely Boy”, “Tighten Up” czy “I Got Mine”. I chociaż stery “Let’s Rock” przejęli Dan i Patrick, postanowili kontynuować przygodę z bardziej radiowym, wygładzonym brzmieniem. Uwielbiam surowość i nieperfekcyjny charakter ich pierwszych albumów, ale i z obcowania z nową muzyką Czarnych Klawiszy można czerpać przyjemność. “Let’s Rock” zyskuje z czasem i często wracało do mnie w czasie ubiegłorocznych wakacji.

65. MARK RONSON LATE NIGHT FEELINGS

Na “Late Night Feelings” Mark Ronson udowodnił, że wciąż trzyma rękę na pulsie, ale ma większą ochotę na interpretowanie trendów po swojemu. Jego nowa płyta jest nowoczesna i łatwa w słuchaniu, ale zawiera te oldskulowe wtrącania, za które polubiliśmy Brytyjczyka przeszło dekadę temu. I chociaż sporo na krążku błyszczących, tanecznych bitów, są one raczej przygaszone. “Late Night Feelings” imprezy nie rozkręci. To płyta, którą włączymy po powrocie z niej, kiedy zdejmiemy uśmiech, przestaniemy udawać, że wszystko jest ok i powiemy ponownie cześć naszej samotności.

64. STELLA DONNELLY BEWARE OF THE DOGS

Pierwsze spotkanie z “Beware of the Dogs” było, z tego co pamiętam, dość średnie. Doceniałam, ale daleko mi było do stwierdzenia, że Stella Donnelly nagrała płytę, na którą czekałam. I po wielu spotkaniach z nią nadal nie jest to taki album, ale dostrzegam dziś więcej jego zalet aniżeli wad. Przede wszystkim podoba mi się ta naturalność wokalistki. Ładne, łagodne wokale, które – gdy zajdzie potrzeba – potrafią wybrzmieć agresywnie i z nutką irytacji. Chociaż “Beware of the Dogs” utrzymane jest w indie popowym tonie, Stella chętnie zapożycza się u innych gatunków. Na koniec i tak przemyca do kompozycji swoją osobowość. Intryguje ten kontrast – piosenki są ciepłe, ale ich teksty nieraz  potrafią zmrozić.

63. LION BABE COSMIC WIND

“Begin”, poprzednia płyta Jillian i Lucasa, wykrystalizowała styl duetu. Ta mieszanka elektronicznego soulu i r&b brzmiała całkiem stylowo i przyjemnie bujała. “Cosmic Wind” rewolucji nie przynosi, choć odnoszę wrażenie, iż muzyka LION BABE stała się jeszcze bardziej oldskulowa i funkowa. W erze playlist i skupianiu się na garstce nagrań, porywanie się na album zawierający piętnaście kompozycji jest szaleńczym pomysłem. Ale Jillian Hervey i Lucas Goodman nie mają tak naprawdę nic do stracenia. Płytę “Cosmic Wind” wydali z ramienia własnej wytwórni, którą założyli po odejściu z niezadowolonego z ich wyników Interscope. Hitów z nowego wydawnictwa także nie będzie, ale choć raz warto posłuchać. Muzyka w sam raz na leniwy, piątkowy wieczór.

62. ALICE MERTON MINT

“Mint” można sklasyfikować jako popowy album, ale zauważyć trzeba, że Alice Merton chętnie przemyca do swojej twórczości elementy innych muzycznych gatunków. Czasem jest to rock, innym razem folk. Chwilami elektronika, momentami funk. Całość złożyła się jednak na płytę równą i spójną. Najbardziej podoba mi się śmiałe wykorzystanie basowych gitar, które nadają wielu kompozycjom głębi. Atutem krążka jest sama artystka, która pochwalić się może fajnym głosem – nieprzesłodzonym, przyjemnym, ale charakternym. Utwory i to, jak są zaśpiewane, dają mi obraz twardej, równej babki, z którą mogłabym się przyjaźnić.

61. SOLANGE WHEN I GET HOME

Chociaż “When I Get Home” złożone zostało z dziewiętnastu tracków, muzyczna wizyta u Solange nie trwa nawet czterdziestu minut. Kompozycje są krótkie, a całość dopełniają interlude’a, które mi przemykają niezauważone. Czwarty studyjny album Knowles jest, podobnie jak “A Seat at the Table”, porcją dźwięków ciepłych, przyjemnie otulających słuchacza i sprawiających, że szybko się on odpręża i odłącza od hałasu i pędu życia codziennego. Solange wciąż obdarowuje nas muzyką nastrojową, do której dołącza swoje kobiece, łagodne wokale. “When I Get Home” jest płytą ładną. I… tyle. Słuchaniu tegorocznego dzieła artystki nie towarzyszą podobne emocje, których dostarczał poprzednik. Nie ma tego dreszczyku podniecenia.

60. HARRY STYLES FINE LINE

O ile “Harry Styles” brzmiał całkiem skromnie, tak na “Fine Line” dzieje się całkiem sporo. Wokalista z gracją przeskakuje od radiowego popu do elementów disco, od soft rocka do folku, od przestrzennych ballad do psychodelicznych klimatów. A to wszystko w nieco ponad czterdzieści minut. “Fine Line” dostarcza więc sporo melodyjnych wrażeń, lecz mam wrażenie, że blisko tej płycie do miana składanki. Ale udanej i zawierającej kilka punktów, które długo będą świecić w dyskografii Harry’ego Stylesa. Brytyjczyk zaliczył niełatwy test drugiego albumu, choć – jeśli mogę pomarzyć – chciałabym na kolejnym usłyszeć więcej gitar.

59. LINDEMANN F&M

Drugi krążek pobocznego projektu Tilla Lindemanna nie odbiega zbytnio od tego, co artysta oddawał w nasze ręce z metką Rammstein. I w sumie dobrze, bo w takim wydaniu okraszonym zapożyczeniami z innych gatunków mu do twarzy. A jak dodamy do tego konkretne, niemieckojęzyczne teksty, które doceniam za jasność przekazu i mówienie wszystkiego wprost, otrzymujemy płytę, na której prawie każdy może znaleźć coś dla siebie. W 2019 roku wygrywa u mnie jednak “Rammstein”, lecz i “F&M” przyniósł mi kilka kompozycji, od których nie mogę się uwolnić.

58. XIU XIU GIRL WITH BASKET OF FRUIT

Znacie to uczucie, kiedy sięgacie po jakiś album, wkręcacie się w niego a dopiero po długim czasie dowiadujecie się, że zespół, który jest za niego odpowiedzialny nie jest żadnym debiutantem lecz kapelą o ugruntowanej pozycji? Mnie dotknęło to w 2019 roku, kiedy maglowałam “Girl with Basket of Fruit” formacji Xiu Xiu. Na poprzednie płyty jeszcze się nie rzuciłam, ale ta na długo przykuła moją uwagę. Przede wszystkim atmosferą na niej panującą – jest ciężko, mrocznie, ponuro i bardzo niepokojąco. Tu wszystko może się wydarzyć, a wisienką na torcie są tajemnicze, zawiłe teksty piosenek, w których natknąć się można na odwołania do mitologii czy okultyzmu.

57. SUMMER WALKER OVER IT

Summer Walker ma ogromny potencjał, by w przyszłości stać się silną marką w muzycznym biznesie. Głos ma, speców od nowoczesnych (ale bez przesady) bitów także. Do tego nie boi się urozmaicać swoich melodii o żywe instrumenty. Okładka “Over It” świetnie wpisuje się w stylistykę lat 90., choć sama poza Summer może mylić. Wyglądająca jak kuzynka Lil’ Kim Walker niewiele ma w sobie tej zadziorności, pewności siebie i sukowatości. Jest naprawdę grzeczna i urocza. Album “Over It” gatunku r&b nie zmieni, ale przyznać muszę, że spędziłam z tym krążkiem wiele miłych chwil. W 2017 roku zachwycaliśmy się SZA a rok temu Jorją Smith. 2019 kojarzyć mi się będzie z Walker.

56. JAMILA WOODS LEGACY! LEGACY!

Zanim Jamila Woods postanowiła zostać nową gwiazdą neo soulu i r&b, zajmowała się… poezją. Historia w sumie mało oryginalna, bo tak samo kilka dekad wcześniej zaczynał Leonard Cohen. Jej teksty są więc pozbawionymi banałów zbiorami wersów. Na “Legacy! Legacy!” artystka postanowiła oddać hołd sławnym, czarnym postaciom. Jamila śpiewa o osobach, które w jakiś sposób ją zainspirowały. Na jej liście są więc wokalistka Betty Davis, pisarka Zora Neale Hurston, poetka Sonia Sanchez i eseista James Baldwin. Powstała z tego osobista płyta, na której Woods pokazuje nam się z różnych stron, czasem zmysłowo śpiewając, czasem przechodząc w coś na kształt melorecytacji.

55. BILLIE EILISH WHEN WE ALL FALL ASLEEP, WHER DO WE GO?

Postać Billie Eilish budzi we mnie sprzeczne emocje. Z jednej strony podoba mi się jej muzyczna świadomość. Z drugiej zaś nie do końca potrafię rozgryźć ją jako człowieka. Niby zadziorna i niegrzeczna z niej dziewczyna, a tak często pozuje na nastolatkę z depresją i myślami samobójczymi. Jakby próbowała wbić się w jakiś trend. Wyczuwam w tym mały fałsz. Wracając jednak do płyty… “When We All Fall Asleep, Where Do We Go?” narobiło mi nieco problemów. Po oddzieleniu od reszty każda z piosenek wypada co najmniej dobrze. W zestawie zlewają się w jeden długi, usypiający utwór. Tak czy inaczej debiut, który choć raz warto sprawdzić.

54. IGGY POP FREE

“Free” Iggy Popa jest ciekawym wydawnictwem. Tyle i aż tyle. Artysta zmierzył się z różnymi tematami i poszerzył swe muzyczne horyzonty. Jego nowe dzieło nie jest tak szybko wpadającym w ucho krążkiem co “Post Pop Depression”. Jest za to śmiałym wyjściem poza rockowe ramy, na czym zresztą samemu Popowi zależało, kiedy podziękował Joshowi Homme’owi i przywitał się z innymi muzykami. Oddał im także pióro, o czym świadczy fakt, że większość kompozycji napisał Leron Thomas, amerykański jazzowy trębacz. W tym wszystkim pozostał jednak sobą – dziadkiem, który zwolnił, ale wciąż ma w sobie sporo ognia. I oby płonął w nim jak najdłużej.

53. TAYLOR SWIFT LOVER

Spora zmiana zaszła w Taylor Swift w ciągu niespełna dwóch lat. Wyrównała rachunki z pewnymi osobami i stwierdziła, że dobrze jest zacząć wszystko od nowa. Tym bardziej, że wkrótce wchodzi w kolejną dekadę swojego życia. Wokalistka spokorniała i dojrzała. Album “Lover” jest nieco za długi (życie w pośpiechu nieco uniemożliwia przesłuchanie go parokrotnie od pierwszej do ostatniej sekundy), ale znalazły się na nim kompozycje, do których chętnie będę wracać. Podoba mi się spokojniejszy wydźwięk tego krążka oraz postawienie na melodie dość proste i nieprzekombinowane. Albo to ja zrobiłam się mniej wymagająca, albo Swift naprawdę udało się nagrać przyzwoity materiał.

52. TINASHE SONGS FOR YOU

Z nieba do piekła i z powrotem. Taką drogę w zaledwie pół dekady przeszła amerykańska wokalistka Tinashe. W 2014 roku dzięki płycie “Aquarius” okrzyknięta została nową nadzieję r&b. Gwiazda szybko zgasła, kiedy okazało się, że wytwórnia przez brak kolejnych (po “2 On”) przebojów nie ma ochoty na wspieranie swojej artystki. Ta w 2019 roku powiedziała “dość” i ruszyła z niezależnym projektem “Songs for You”. Tinashe rozwinęła skrzydła. Brzmi nawet bardziej optymistycznie. Podkłady przygotowane do jej piosenek także są jakieś takie… mniej oklepane. Płyta jest długa, ale ta porządna mieszanka r&b, pbr&b, elektroniki, rytmicznego popu i hip hopu jest warta poświęcenia tej godziny.

51. THE NATIONAL I AM EASY TO FIND

“I Am Easy to Find” jest bardzo specyficznym albumem. Niby to wciąż The National jakich znamy (i, pod czym ja podpisuję się obiema rękami, kochamy), ale w jakimś takim mniej przekonującym wydaniu. Podoba mi się pomysł oddania głosu kobietom i idące za tym jeszcze konkretniejsze złagodzenie brzmienia zespołu, ale odnoszę wrażenie, że stracił na tym sam klimat muzyki. Jest wprawdzie nadal melancholijnie, lecz jakoś tak płasko. I długo, bardzo długo. Kto nie ma cierpliwości do takich melodii, odpadnie po kilku utworach. Warto jednak docenić odprężające i wyciszające walory tego wydawnictwa.

2 Replies to “TOP75: najlepsze albumy 2019 roku (75-51)”

  1. Z tej części najbardziej lubię “Late Night Feelings”, zdecydowanie. O “Mint”, szczerze mówiąc, już zapomniałam, nie wywarł na mnie ten album jakiegoś wielkiego wrażenia, podobnie zresztą jak “Wasteland, Baby!”. Do “Fine Line” wciąż próbuję się przekonać, ale jakoś mi to nie idzie. Bardziej chyba wolałam debiut Harry’ego.
    Zapraszam na nowy wpis i pozdrawiam 🙂

  2. Mnie też się spodobało “Mint”, niby nie ma tu nic odkrywczego, ale słucha się go przyjemnie. Natomiast słuchając “Charli” to miałam wrażenie, że na pytanie producenta “Ile efektów chcesz wykorzystać na swojej płycie?” wokalistka odpowiedziała “Tak”. 😀
    Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *