#1119 Klô Pelgag “Notre-Dame-des-Sept-Douleurs” (2020)

Niedawna fascynacja projektami z francuskiej sceny muzycznej zaprowadziła mnie do Chloé Pelletier-Gagnon – pochodzącej z francuskojęzycznej części Kanady wokalistki legitymującej się pseudonimem Klô Pelgag. Skutecznie przyciągnęła mnie do niej okładka, która wygląda jak żarcik malarza tworzącego co najmniej dwa wieki temu. Lubię, gdy sztuka przecina się z muzyką, a na “Notre-Dame-des-Sept-Douleurs” to spotkanie daje naprawdę niezły efekt. Może nie spektakularny, ale na pewno intrygujący.

Trzecia studyjna płyta Klô Pelgag jest wydawnictwem przemyślanym oraz mającym swój początek i koniec. Cały album ładnie spinają dwie instrumentalne kompozycje – “Notre-Dame-des-Sept-Douleurs” i “Notre-Dame-des-Sept-Douleurs II“. Kiedy intro celuje w delikatne, zaczarowane dźwięki przypominające wycie wiatru, tak outro od początku atakuje narastającą falą dźwięku, która w połowie odpuszcza, by uraczyć nasze uszy spokojniejszą, fortepianową melodią.

Baśniowy klimat, w którym zatracało się rozpoczęcie wydawnictwa, znika wraz z pierwszą śpiewaną kompozycją. “Rémora” potrafi wpaść w ucho, zwracając uwagę lżejszymi wokalami Kanadyjski i rytmem, za który odpowiedzialna jest perkusja. Takie nagrania jak “Umami”; wyrazistsze, na swój sposób przebojowe i zaczepne “Mélamine” (mój ulubiony moment albumu) czy miksujące syntezatory ze smyczkami “À l’ombre des cyprès” uchodzić mogą za reprezentantów nowoczesnego french popu. Jeszcze lepsze utwory skrywają się pod pozostałymi tytułami. Autentycznie zachwyca melancholijna ballada “J’aurai les cheveux longs”, w której orkiestrowe instrumentarium jest jedynie pięknym tłem dla zatroskanych, niewinnych wokali Klô Pelgag. W podobnym tonie (pianino + sekcja smyczkowa) utrzymane jest nagranie “La fonte”, gdy jedynie dęciaki towarzyszą łagodnemu głosowi artystki w vintage’owym “Soleil”.

Do spokojniejszych, lecz aranżacyjnie bogatszych punktów “Notre-Dame-des-Sept-Douleurs” należą “Für Élise” oraz “La maison jaune”. Pierwszy z utworów zabiera nas na wycieczkę do świata snów będąc dream popowym numerem wzbogaconym szarpnięciami strun gitary akustycznej. W “La maison jaune” Chloé przemyciła dwa pomysły, które szczególnie przypadły mi do gustu – pozytywkowe motywy oraz epickie, smyczkowe zakończenie, które sprawia, iż słuchacz odnosi wrażenie, że obcuje z czymś wielkim. Nie sposób jeszcze nie wspomnieć o art rockowym, okazałym “Où vas-tu quand tu dors?” – jeśli któraś z nowym piosenek Klô Pelgag wybrzmiewać by miała szczególnie monumentalnie, byłaby nią właśnie ta.

Nie przypominam sobie innej francuskojęzycznej płyty, która sprawiłaby, że zapałałabym tak ogromną chęcią rozumienia tego języka. Tymczasem opierać się muszę jednie na tym, co Klô Pelgag chce mi przekazać swoim wykonaniem. Z jej śpiewu (zróżnicowanego, ale jednak bardzo przystępnego) wnioskować jedynie mogę, iż wokalistka znajduje się na życiowych zakrętach. Sporo w niej smutku, chęci podzielania się swymi refleksjami, nieprzesadnie pozytywnych emocji. Krótko mówiąc po dołożeniu do tego ponurych, french-baroque-popowych melodii otrzymujemy album pełen jesiennej nostalgii. Mnie, oprócz jego atmosfery, zachwyca coś jeszcze – ponadczasowość. “Notre-Dame-des-Sept-Douleurs” nie brzmi jak płyta nagrana w 2020 roku. Jest raczej jak obraz w muzeum, który powstał lata temu, ale dziś został subtelnie odrestaurowany.

Warto: Mélamine & J’aurai les cheveux longs

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *