#8 Miley Cyrus “Can’t Be Tamed” (2010)

Zanim Miley Cyrus wydała ten album, do podboju list przebojów ruszyły jej “koleżanki” – Selena Gomez (“Kiss & Tell”) i Demi Lovato (“Here We Go Again”). Jednak tą płytą zmiotła je obie. Jak na album gwiazdy Disney Channel wyszedł jej całkiem niezły ‘kąsek’. I konkretny. Piosenki są albo świetne albo beznadziejne. Bardzo nie podoba mi się “Scars”, “Take Me Along” i “Robot”. Jednak największego minusa dają piosence ‘Pernament December”. Początek bardzo przypomina mi “Tik Tok” Ke$hy. To strasznie nie znośne. Za to sam początek płyty jest na 6. “Liberty Walk” jest zdecydowanie najlepszą piosenką nagraną przez Miley. Piosenkarka nawet stara się w nim rapować. Dalej mamy taneczne “Who Owns My Heart”. Singlowa piosenka “Can’t Be tamed” również jest super. Na płycie znajdziemy też ballady. Najlepszą z nich jest “Stay” i “Every Rose Has It’s Thorn”. Podoba mi się tez to, że panna Cyrus przestała na siłę starać się robić rockową muzykę. Teraz jest przynajmniej autentyczna.

#7 Cheryl Cole “3 Words” (2009)

Cheryl Cole postanowiła odłączyć się od koleżanek z Girls Aloud i wydać cd pod własnym nazwiskiem. W jej tworzeniu pomagał Will.I.Am. Powstała setna popowa płyta. Cheryl wybroniła się umieszczając na “3 words” kilka ‘perełek’. A konkretniej 2 z 11 piosenek są godne większej uwagi – “Happy hour” i “Make me cry”. Są bardzo przebojowe. Co więc oprócz nich znajdziemy na płycie? Głównie piosenki nadające się na parkiet, trochę popu, momentami r&b a nawet inspiracje hip hopem (“Parachute”). Słuchanie tego albumu jest trochę męczące, gdyż najmocniejsza stroną większości piosenek jest refren. Widać to szczególnie w “3 words” i “Rain on me”. Całkowitym niewypałem jest “Fight for this love” i jego niemalże bliźniak “Don’t talk about this love (tylko w wolniejszej tonacji). Najsłabszym utworem jest “Heartbreaker”. Gdyby nie to, że co jakiś czas słychać w niej “pojękiwania” Cheryl, można sądzić, że to solówka Will.I.Am-a. Porażka. Ogólnie płyta nie jest tragiczna, ale mało pomysłowa. Cheryl mogła się bardziej postarać i poeksperymentować z dźwiękami.

#6 Madonna “Hard Candy” (2008)

Co wyjdzie z połączenia Madonny i najlepszych producentów takich jak Timbaland, Justin Timberlake i The Neptunes? Płyta, o której szybko się nie zapomina. Każda piosenka jest inna. Jedyne, co można Madonnie zarzucić, to fakt, że podąża za muzycznymi trendami, zamiast – jak kiedyś – sama je wyznaczać. Na szczęście nie podąża ślepo. “Hard candy” trafnie otwiera piosenka “Candy shop” pełniąca funkcję zaproszenia do wejścia do “muzycznego sklepiku Madonny”. Nie da się temu ‘cukierkowi’ oprzeć! Madonna świetnie połączyła pop i dance z hip hopem i r&b. Wyszła niezwykle taneczna i świeża płyta. Przebojowe “Give it to me”, ocierające się o balladę, elektryczne “Heartbeat”, czysto popowe “She’s not me” albo mix hip hopu z r&b “Incredible”. Jedyny minus dałabym piosence “Spanish lesson”, bo brzmi trochę jak odgrzewane “La isla bonita”. Zainteresowała mnie szczególnie piosenka “Voices”, w której chórek śpiewa “who is the master” (kto jest mistrzem). Pytanie retoryczne? Z pewnością, ponieważ albumem “Hard Candy” Madonna udowodniła, że mimo wielu lat na karku nadal potrafi tworzyć genialną muzykę. Pozostanie więc na swoim tronie. I chyba jeszcze długo na nim posiedzi…

 

#5 Taylor Swift “Fearless” (2008)


Dzień po wręczeniu nagród Grammy weszłam do Internetu zobaczyć, do kogo powędrowały statuetki. Triumfowała Beyonce a tuż za nią Taylor Swift. Dostała aż cztery nagrody. W tym za album roku – płytę, którą teraz recenzuję. Nikt chyba nie jest w stanie zliczyć, ile Taylor dostała za nią wszystkich nagród. Po jej przesłuchaniu zapytałam sama siebie – o co tyle szumu? Taylor idealnie wpasowała się w klimat Disney’a (mimo, iż dla nich nie pracuje). Spotkałam się z wieloma komentarzami, że panna Swift gra rocka. Daleko jej do tego. Wykonuje pop i country. Sama napisała wszystkie teksty na płytę i miała udział w tworzeniu muzyki. Jej gitarę słychać w każdym utworze. Sprawia to, że piosenki brzmią bardzo podobnie. Do tego dorzucamy, że wszystkie są o tym samym i wychodzi nam…nuuuda. Gdyby jeszcze Taylor miała ciekawy głos. Niestety, pod tym względem też nic rewelacyjnego. Jednak Swift zrobiła coś dobrego – udowodniła, że muzyka country też może być popularna i znośna. Jest mi bardzo trudno wyróżnić w jakiś sposób którąś z piosenek, bo niewiele się różnią. Jednak jak mam wybierać, to polecam “Love Story” i “Change”. Podsumowując: Taylor nagrała niby poprawną, ale nudną płytę. Można jej posłuchać raz i drugi, ale w sporych odstępach czasu

#4 Lady GaGa “The Fame Monster” (2009)

Tej wokalistki nie trzeba chyba przedstawiać. Nie trzeba, ale warto. Oto Lady GaGa i dwupłytowy album “The Fame Monster”. Na początek na celownik wezmę samo “The Fame”. Płytę otwiera “Just Dance”. Aż za dobrze ją znam. Właśnie przez tą piosenkę przez pewnien czas nie lubiłam GaGi. Nadal zresztą nie podoba mi sie ten numer. Tani bit dla ‘krejzi’ nastolatek  Dalej mamy “Love Game”. Kiedyś było moją ulubioną piosenką GaGi. Mimo, że oddało miejsce innemu utworowi, nadal miło się słucha. Z numerem 3 mamy “Paparazzi”. Ładnie i zgrabnie zaśpiewane i zagrane. Kolejna piosenka to “Poker Face” (mamamama). Świetny numer. Potem “I Like It Rough”. Kolejny dobry numer. Z tych, co do tej pory przesłuchałam, jest to chyba najmniej elektroniczny (obok ‘Paparazzi”) utwór. Kolejną piosenką jest “Eh Eh (nothing else I can say) czy innymi słowy ‘cherry cherry boom boom’ ;P. Przyjemny dla ucha pop. Przechodzę do “Starstruck”. Pierwszy zgrzyt. Zdecydownie najgorszy jest refren – GaGa śpiewa jakby chciała a nie mogła. Dalej mamy “Beautiful Dirty Rich”. Zwrotki brzmią naprawdę spoko, ale refren to porażka. ‘Bang bang’ i ‘bang bang’. Czasem miałam ochotę ją ‘bangnąć’ w głowę. Jadę dalej – “The Fame”. Jest to zdecydowanie jeden z najlepszych utworów na tej płycie. Kolejną piosenką jest “Money Honey”. Słychać inspiracje muzyką techno. Dalej – “Boys Boys Boys”. Jestem na “nie”. Może gdyby nie było tego chórku to uratowałoby to piosenkę. Z numerem 12 jest “Paper Gangsta”. Oj, groźny tytuł xD Zaczęło się spokojnie i prawie do końca tak dociągnęło. Troszkę w stylu r’n’b. Kolejną piosenką jest “Brown Eyes”. Usłyszeć balladę w wykonaniu GaGi? Bezcenne ;P Jeden z lepszych utworów. Dalej – “Summerboy”. Kilka pierwszych sekund brzmi obiecująco. Jednak nic z tego. Piosenka w sam raz na wakacyjną dyskotekę. Z numerem 15 mamy “Disco Heaven”. Fajny początek, niezłe “rozwinięcie”. Cudo w stylu GaGi. I ostatnia piosenka na “The Fame” – ‘Retro Dance Freak”. Miałam problem z określeniem kto to śpiewa. Tak mocno jej głos zmixowali. Ale ogólnie ciekawa piosenka z elementami r’n’b. Podsumowanie: GaGa nagrała całkiem niezłą płytę. Synth-pop, electro-pop i elementy r’n’b. Inspirowała się latami 70 i 80. Użyła syntezatora by nadać piosenkom nowoczesny styl. Cała płyta idealnie nadaje się na imprezę. Jednak szybko się nudzi.

Pora na potwora. A konkretniej na drugą płytę – “The Fame Monster”. Otwiera ją piosenka “Bad Romance”. Rewelacja. Najbardziej zapadły mi w pamięć słowa “Rah-rah-ah-ah-ah-ah, Roma-Roma-ma, Gaa Ga oh la la, Want your Bad Romance”. Dalej mamy “Alejandro”. Początek jest spokojny, ale reszta w sam raz nadaje się na party. Z numerem 3 jest ‘Monster”.  Bardzo energetyczny kawałek. Nie jest może tak genialny jak “Bad Romance”, ale miło się słucha. Dalej mamy “Speechless”. GaGa wielokrotnie powtarzała, że tę piosenkę dedykuje swojemu ojcu. Sądząc po słowach zawartych w utworze, mam ku temu wątpliwości. Następną piosenką jest “Dance in The Dark”. Nie myślałam, że jakaś inna piosenka spodoba mi się na “The Fame Monster” bardziej od “Bad Romance”. A jednak. “Dance in the Dark” jest świetne! Włączam “Telephone”. Od początku zainteresowała mnie ta piosenka. Przyjemny dla ucha pop z (niestety) nielicznymi fragmentami kiedy śpiewa Beyonce. Mogli by dać jej większe partie wokalne. Poza tym zaproszenie Beyonce do tej piosenki było strzałem w dziesiątkę. Następnym utworem jest “So Happy I Could Die”. Mam wrażenie, że jest to coś pomiędzy balladą a piosenką do tańca. Na to pierwsze za szybkie, na drugie za wolne. Ostatnim kawałkiem jest “Teeth”. Zawiera elementy muzyki gospel. Niestety, to jedna z najgorszych utworów na “Monsterze”.  Podsumowanie: Płyta bardzo różni się od samego “The Fame”. Mniej tu elektrycznych brzmień. GaGa inspirowała się muzyka gotycką. Dobrym pomysłem było umieszczenie ich na oddzielnym krążku, bo zupełnie nie pasowały do poprzedniej płyty. Lady GaGa wszystkie 8 piosenek napisała sama. Ale cały czas się ma wrażenie, że słucha się tego samego.

#3 Duffy “Rockferry” (2008)

W 2008 roku po 3 letniej pracy ukazała się debiutancka płyta Duffy “Rockferry”. Wielokrotnie artystka przedstawiana była (i jest) jako nowa Amy Winehouse. W małym stopniu coś w tym jest: obie mają oryginalne głosy i nazywane są najzdolniejszymi angielskimi piosenkarkami. Na tym koniec podobieństw. Nie są podobne w kwestii wyglądu ani muzycznie.Amy wybiera r’n’b pomieszane z jazzem a Duffy spokojną muzykę niczym z lat 60. I właśnie taki jest album “Rockferry”. Piosenką otwierającą płytę jest tytułowe “Rockferry”. Pierwsze wrażenie? Cudowna piosenka. Spokojna a zarazem przebojowa. Z numerem 2. mamy “Warwick Avenue”. Nie mogę w to uwierzyć, ale podoba mi się bardziej od “Rockferry”. Szczególnie do gustu przypadły mi obie zwrotki. Piosenka nagrana jest w melodramatycznym popowym stylu z elementami soulu. Dalej mamy pogodny utwór “Serious”. Szczególnie pod koniec brzmi świetnie. Takie połączenie popu z soulem. Z numerem 4. jest “Stepping Stone”. Pierwsza ballada na płycie. Naprawdę boska piosenka w stylu soul & blues. “In plus” jest to, że “Stepping Stone” znalazło się za trzema dość przebojowymi piosenkami. Niezły kontrast. Z numerem 5. mamy “Syrup & Honey”. W 100% soulowy numer. Na początku może się nie podobać, ale zyskuje przy bliższym poznaniu. Kolejną piosenką jest “Hanging on too long”. Spokojny a zarazem pogodny utwór. Nagrany jest w stylu pop z elementami lounge. Dalej mamy singlowe “Mercy”. Jest to porywający do tańca, uzależniający numer. Świetny mix soulu i swingu. Zaraz po kilku ostatnich taktach ‘Mercy” zaczyna się “Distant Dreamer”. Długa (trwająca 5 minut) ballada. Niby dobrze zaśpiewana, ale trochę nużąca. Przedostatnim utworem jest “I’m Scared”. Podobaja mi się przede wszystkim zwrotki. Cudowne. Na zakończenie pogodna piosenka: “Delayed Devotion”. Troszkę momentami podobne do “Mercy, ale nie jest to za bardzo słyszalne.

W dzisiejszych czasach Duffy dużo ryzykowała nagrywając niekomercyjną płytę. Zamiast piosenek nadających się na dyskotekę wydała mieszankę popu i soulu. I odniosła sukces. “Rockferry” rozeszło się w ponad 8,000,000 egzemplarzy i było jedną z najlepiej sprzedających się płyt w 2008 roku. Sukces jest proporcjonalny do jakości utworów. Na płycie nie ma słabych momentów. Piosenki, które polecam najbardziej to m.in. “Warwick Avenue”, “Rockferry” i “Syrup & Honey”. Reszta jest równie genialna. Bez dwóch zdań – Duffy nagrała jedną z najlepszych płyt XXI wieku!

#2 Alicia Keys “The Element of Freedom” (2009)

Najnowsza – czwarta – studyjna płyta Alicii Keys to “The Element of Freedom”. Jestem ciekawa, co wokalistka przygotowała po dwóch latach od wydania “As I Am”. Płytą otwiera intro a zaraz za nim jest “Love is blind”. Wow. Świetna piosenka! Zupełnie inna niż te na np. “The diary of Alicia Keys”. Słucham jej jeszcze raz. Chcę jak najdłużej zachować pozytywne wrażenie o płycie. Ok. Po trzech przesłuchaniach jestem gotowa na stawienie czoła pozostałym utworom. Kolejna piosenką na płycie jest “Doesn’t Mean Anything” co kojarzy mi się z jej poprzednimi singlami. Czyli jest dobrym numerem 😉 Następnie mamy “Try Sleeping With The Broken Heart”. Jest to ballada r’n’b połączona z dance’owymi bitami. Mimo, iż tytuł piosenki wskazuje na coś smutnego, w głosie Alicii słychać pewną radość. Kolejną piosenką jest “Wait Til You See My Smile”. Momentami robi pozytywne wrażenie – z taka barwą głosy Keys się jeszcze nie spotkałam, ale ogólnie piosenka jest taka sobie. Dalej jest “That’s How Strong My Love Is”. Kolejna ballada opowiadająca o miłości. Robi się to trochę nudne, a nie doszłam jeszcze do środka płyty. Włączam kolejną piosenkę – “Un-thinkable (I’m Ready)” – jakby trochę mnie posłuchali. Piosenka jest troszkę szybsza niż poprzednie dwie. W następnej piosence “Love Is My Disease”  słyszę inspiracje piosenką, którą kiedyś słyszałam w radiu. Niestety, tytułu nie pamiętam. Ale utwór Alicii brzmi bardzo dobrze. Kolejny numer to “Like the Sea”. Przypomina mi niektóre piosenki Ciary, a momentami jest podobny do poprzednich numerów na tej płycie. Od kiedy zobaczyłam “The Element of Freedom” najbardziej byłam ciekawa piosenki “Put It in a Love Song”, w której gościnnie pojawiła się Beyonce. Spodziewałam się czegoś fajnego. I nie zawiodłam się. Piosenka jest świetna! A teraz piosenka-przeciwieństwo featuringu z Knowles – “This Bed”. Song jest okropny! Nie wiem, czym się kierowała nagrywając ten numer. Dalej znajduje się “Distance and Time”, które szczerze mówiąc mi przeleciało. Nie zauważyłam tej piosenki. Jest trochę bezbarwna. Przedostatnim utworem na płycie jest “How It Feels to Fly”. Tak jak kilka poprzednich piosenek jest spokojnym numerem. Mimo to nie przypadł mi do gustu. Ostatnią – czternastą – piosenką jest “Empire State of Mind (Part II) Broken Down”. Na pewno słyszeliście pierwszą część tej piosenki – śpiewanej razem z Jay-em Z. Alicia postanowiła iść za ciosem i nagrała druga część – tym razem solo. I był to strzał w dziesiątkę! Jest to świetne połączenie trzech gatunków – popu, r’n’b i soulu.

Podsumowanie: Nowa płyta Alicii jest bardzo przyzwoita. Na pochwałę zasługuje fakt, że wokalistka jest autorką wszystkich piosenek na tej płycie. Znajdują się tu takie perełki jak “Love is blind” czy “Put it in love song”. Podoba mi się to, że mogliśmy przekonać się o spokojniejszej naturze Keys i poznać inną barwę jej głosu. Jednak na świetnej płycie (która dostała by 6*) piosenki powinny być nie tylko genialnie zaśpiewane, ale i na długo zostawać w naszej pamięci. Tutaj połowa mi wyleciała. Do tego sądzę, że niektóre z utworów powinny być trochę krótsze, bo szybko się nudzą. Poza tym wiele z nich jest do siebie podobna, co sprawia, że czasem ma się wrażenie, że leci ciągle ta sama piosenka.