#487 Kate Bush “Never For Ever” (1980)

Płyta nosząca niesamowicie intrygujący tytuł „Never For Ever”, która swoją premierę miała w przedostatnim kwartale 1980 roku, jest trzecim studyjnym krążkiem cenionej i szanowanej, wymykającej się wszelkim standardom i niedającej się zaszufladkować, brytyjskiej wokalistki i autorki tekstów Kate Bush. Prace nad albumem rozpoczęły się prawie od razu po zakończeniu trasy koncertowej Tour of Life, będącej (jak na razie) jedynym tournee odbytym przez artystkę. Płyta „Never For Ever”, choć dotarła na sam szczyt brytyjskiej listy bestsellerów (stając się jednocześnie pierwszym krążkiem nagranym przez solistkę, który ulokował się na tym zaszczytnym, pierwszym miejscu), jest dzisiaj przez wielu pomijana. Wiele osób pytanych o ich ulubione dzieła Bush bez wahania wymienia „Hounds of Love”, „The Dreaming” i „Aerial”. A tymczasem nie byłoby tych płyt, gdyby nie „Never For Ever” właśnie.

Zwykłam określać trzeci album Kate płytą-drzwiami. Może i dziwnie nazywać niekonwencjonalną muzykę wokalistki takim zwykłym rzeczownikiem, przedmiotem, z którym spotykamy się na co dzień, ale chyba właśnie za pomocą drzwi najłatwiej wszystko zrozumieć. „Never For Ever” jest bowiem krążkiem, na którym coś się kończy, a coś zaczyna. Kate zamyka drzwi i nie ogląda się na to, co już było. Zostawia „The Kick Inside” i „Lionheart” za sobą. Debiutancka płyta to album, do którego nie często wracam. Wspierany przez wielki przebój „Wuthering Heighs” krążek skrywa dość przeciętne utwory. Na uwagę zasługuje jednak piękna ballada „The Man With the Child In His Eyes”, zagrana przy akompaniamencie fortepianu. Przy niej pozostałe piosenki brzmią nieco dziecinnie i infantylnie. Nie pomaga im również ciekawy wokal Kate – na „The Kick Inside” jeszcze nieposkromiony, przez co nieco piskliwy i męczący. Lepiej słucha się teatralnego, momentami przerysowanego „Lionheart”.

Chociaż „Never For Ever” zamknęło Bush drzwi do powrotu do brzmień pierwszych krążków, stało się swoistym preludium do jednego z jej najważniejszych albumów – „The Dreaming”. Kate pogłębiła swoją wolność artystyczną. Zajęła się produkcją nagrań, odkryła uroki eksperymentowania z muzyką. Zaczęła korzystać z syntezatorów, które nadały utworom lekkości i przestrzeni. Zmienił się trochę nastrój jej kompozycji. „Never For Ever” jest płytą dość pogodną, ale wciąż posiadającą ten mroczny i filmowy pierwiastek.

Krążek otwiera jedna z najbardziej znanych kompozycji Kate, „Babooshka”, w której można doszukać się inspiracji muzyką ludową. Nowocześniejszą piosenką jest kolejna propozycja – „Delius (Song of Summer)”. To lekki utwór, w którym na pierwszy plan wysuwa się syntetyczna melodia. Zagrane m.in. na fortepianie „Blow Away (For Bill)” to pozbawione zbędnego patosu nagranie dedykowane członkowi ekipy zajmującej się światłami podczas koncertów Kate, który zginął podczas przygotowań kilka dni przed pierwszym występem Bush. Koncertową petardą wydaje się być rozpędzone, ekspresyjne „Violin” z wyraźnymi gitarowymi wstawkami. Na tle pozostałych piosenek swoją walczykowatą melodią wyróżnia się „Army Dreamers”. Dwie przygotowane przez Kate ballady, „Egypt” oraz „The Infant Kiss”, to przyjemne, choć niestety pozbawione emocji utwory, które nie zbliżają się do takich jej spokojnych piosenek jak „The Man With the Child In His Eyes” czy „Oh England My Lionheart” z dwóch pierwszych płyt.

Do grona moich ulubionych piosenek z albumu „Never For Ever” od razu trafiła kompozycja „All We Ever Look For”. Jest to interesujący kawałek wzbogacony różnymi efektami dźwiękowymi (stukot obcasów, otwieranie drzwi), które sprawiają, że nie sposób pomylić tego utworu z jakimkolwiek innym. Do gustu przypadło mi również zadziorne, soft rockowe „The Wedding List”, będące najbardziej teatralną piosenką na płycie. Wspaniałą kompozycją jest też zamykające płytę „Breathing”, utrzymane w nieco podniosłym klimacie i będące odpowiedzią Kate na najróżniejsze protest songi.

Muzyka Kate Bush to nie tylko oryginalne wykonania czy ładne melodie, ale przede wszystkim teksty. Artystka nie śpiewa banałów, ale wciela się w prawdziwą pisarkę i zasypuje nas wciągającymi opowiadaniami. W singlowym przeboju „Babooshka” przedstawia historię żony, która postanowiła sprawdzić, czy ukochany jest jej wierny. W „The Wedding List” wciela się w pannę młodą, której mąż został zamordowany. Kate rozpacza? Tak, ale przede wszystkim planuję zemstę. „The Infant Kiss” traktuje o miłości dojrzałej kobiety do małego chłopca. „Army Dreamers” zaś wydaje się być piosenką antywojenną.

Chociaż „Never For Ever” nie jest moją ulubioną płytą w twórczości Kate Bush, stawiam ją w swoim prywatnym rankingu dość wysoko. Zaskakuje mnie brzmieniem i oryginalnością. A przede wszystkim swoją aktualnością. „Never For Ever” to krążek ponadczasowy. Jeśli miałabym podpowiedzieć osobie, która ma ochotę poznać twórczość Bush, od której płyty powinna zacząć, wskazałabym właśnie na trzecie dzieło Kate. Tak więc – słuchać.

10 Replies to “#487 Kate Bush “Never For Ever” (1980)”

  1. Kate Bush niektórymi wykonaniami przypomina mi Sarah Brightman. Myślę, że mają dość podobną ekspresję, chociaż Kate Bush jest w tym trochę bardziej szalona 😉 Babooshka – czy to nie nazwa sieci pierogarni w Wawie? 🙂

  2. Jejku, ta płyta ma już prawie 35 lat o.O Nic dziwnego, że nie mam o niej pojęcia. Wiem kto to Kate Bush, słyszałem na pewno jakieś jej piosenki, ale nie słucham jej ani nic. Nawet nie pamiętam jaką ma barwę głosu.
    Nie mogę nawet za bardzo nic powiedzieć o jej muzyce, bo jest już prawie 2 w nocy, a mi się nie chce teraz słuchać jej piosenek. xd Ale recenzja świetna i cieszę się, że ci się podobają jej utwory. 🙂
    http://zyciejestmuzykaaa.blogspot.com

  3. Lubię bardzo, ale to chyba standard u Kate (poza może Lionheart, które jest gorsze, bo bardziej wymęczone i mniej lekkie czy zwiewne od Wewnętrznego kopnięcia). Uważam, że to bardzo ważny album w jej twórczości, dzięki niemu Bush otworzyła się na wielkie (wówczas) brzmienie Fairlight, bez tego nie byłoby przecież Hounds of Love ani tym bardziej The Dreaming. I choć NFE ma dosyć niekorzystną pozycję w dyskografii – nie chciałbym na jego miejscu stać przy takich arcydziełach – to jest płytą absolutnie godną uwagi. Mój faworyt? Rzecz jasna, “Breathing”, fantastyczny, rozbudowany utwór, bez wątpienia dołączyłbym go do TOP10 największych i najbardziej legendarnych dzieł artystki.

    Nowa recenzja: “Graphite” Closterkeller @ http://Fizzz-Reviews.blogspot.com

  4. Nie jestem fanką Kate Bush, jej muzyka jest mi obojętna, ale muszę przyznać, że “Babooshka” robi swoje! 😀
    U mnie nowa notka, zapraszam i pozdrawiam. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *