#859 Bob Dylan “Highway 61 Revisited” (1965)

Zdążyło minąć pięć miesięcy a Bob Dylan postanowił wystawić swoich wielbicieli na jeszcze większą próbę, jakby sprawdzając, kto z nich wyruszy wraz z nim w dalszą podróż, a kto pozostanie i poszuka sobie nowego idola. O ile na poprzedzającym “Highway 61 Revisited” albumie “Bringing It All Back Home” artysta przemyca w kilku kompozycjach swoje folkowe korzenie, tak na szóstym studyjnym dziele mocniej zaprzyjaźnia się z pełnym zespołem, stając się ojcem chrzestnym folk rocka.

Tytuł płyty nie jest przypadkowy. Wspominana w nim droga (biegnąca przez Nowy Orlean, Memphis, Iowa i Minnesotę) pojawiała się nie tylko w tekstach wielu bluesowych nagrań, ale i życiach ważnych postaci tego muzycznego gatunku. Nie inaczej było ponoć dla Dylana, który – jak zdradził jeden z jego wczesnych współpracowników – często nią podróżował, kojarząc ją z wolnością, niezależnością i możliwością wyrwania się z małej miejscowości do większego świata.

“Highway 61 Revisited” rozpoczyna utwór, który należy do czołówki najbardziej rozpoznawalnych numerów w karierze wokalisty. Do folk rockowego “Like a Rolling Stone” przylgnęła już łatka z napisem “klasyk”. Pod względem melodii otrzymujemy całkiem radosny kawałek. Także samo wykonanie Dylana nie należy do najsmutniejszych. Muzyk sprawia wrażenie strasznie pobudzonego. W innym zaś kierunku zmierza warstwa liryczna, będąca opowieścią o zamożnej kobiecie, która stoczyła się na dno. Większą ilością bohaterów (wyrwanych z historii; pojawia się tu m.in. Kuba Rozpruwacz i Beethoven) charakteryzuje się utrzymane w szybkim tempie “Tombstone Blues”. Do żywszych kompozycji należą bluesowe, knajpiane “From a Buick 6” i “Highway 61 Revisited”.

Lepiej wypada jednak powolniejsza strona wydawnictwa. Do gustu szczególnie przypadło mi ciężkie (to pianino!), ironiczne “Ballad of a Thin Man”, traktujące o niby inteligentnym człowieku, który niewiele wie o życiu. Lubię także spokojne, ukryte za intrygującym tytułem “It Takes a Lot to Laugh, It Takes a Train to Cry”, w którym dochodzi do spotkania akustycznego i elektrycznego Boba. Swoje bardziej folkowe oblicze muzyk pokazuje w zamykającym krążek gigancie (jedenastominutowym) “Desolation Row”, prezentując nam przesiąknięte pesymizmem opowiastki z udziałem całej plejady fikcyjnych i historycznych postaci (Kopciuszek obok Robin Hooda, Albert Einsten przy Bette Davis). Warto również sięgnąć po będące zapiskiem meksykańskiej podróży Amerykanina odprężająco-dołujące nagranie “Just Like Tom Thumb’s Blues”.

Płyta “Highway 61 Revisited” – podobnie jak tytułowa szosa – obrosła już tonami legend. Ciężko zliczyć wyróżnienia, które wciąż Bob Dylan zbiera za swoje szóste studyjne dzieło. To album, który szybko trafił do kanonu najważniejszych amerykańskich wydawnictw w historii. Teksty oraz połączenie folku z wyraźniejszymi, rockowymi brzmieniami mocno zatrzęsły muzycznym środowiskiem, które jeszcze wiele lat później czerpało co mogło z dokonań Dylana z czasów “Highway 61 Revisited”. Słyszałam już w swoim życiu wiele lepszych albumów, ale ten na pewno zapamiętam na długo. Obcowanie z nim było ciekawą lekcją muzycznej historii. I chociażby dlatego warto zarezerwować sobie na niego czas.

Warto: Ballad of a Thin Man & It Takes a Lot to Laugh, It Takes a Train to Cry

2 odpowiedzi do “#859 Bob Dylan “Highway 61 Revisited” (1965)”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *