#957 Ashley Tisdale “Symptoms” (2019)

Pamiętacie te czasy, kiedy Disney Channel faktycznie lansował nowe gwiazdy? To w końcu w produkowanych przez studio Disney’a filmach i serialach pierwsze kroki stawiali m.in. Miley Cyrus, Selena Gomez czy Demi Lovato. Moją ulubienicą była jednak Ashley Tisdale, a produkcje, w których się pojawiała (przede wszystkim “Nie ma to jak hotel” i “High School Musical”) mogłam oglądać godzinami. Samo granie szybko przestało jej wystarczać.

Aż dekadę kazała na swój nowy studyjny album czekać Tisdale. Ciężko mi jednak powiedzieć, bym wyczekiwała jej kolejnego wydawnictwa z niecierpliwością. Zarówno “Headstrong”, jak i “Guilty Pleasure”, są płytami, za którymi szalałam chwilę po ich premierach. Dziś do pierwszej nie wracam w ogóle, z drugiej zdarza mi się raz na parę lat posłuchać takich kawałków jak “Masquerade” czy “Crank It Up”. Nie da się jednak ukryć, że wydany w 2009 roku krążek pokazał ciekawsze, bardziej zadziorne oblicze Tisdale. Jeszcze ciepłym albumem wokalistka znów pokornieje.

Już pierwsza piosenka pokazuje, że w Ashley zaszły spore zmiany. Tytułowy kawałek jest nowoczesnym popowym utworem o zostającym w pamięci refrenie i tekście, którym artystka opowiada o lęku przez wejściem w nowy związek. Kolejna kompozycja, “Looking Glass”, jest leniwym, wychillowanym numerem, traktującym o błędnym postrzeganiu drugiego człowieka (you might think you know me but you have no idea). To bardzo przyjemna piosenka, która z tego krótkiego zbioru podoba mi się najbardziej. Nie przekonuje mnie następujące po niej “Love Me & Let Me Go”. Popowo-rhythm’and’bluesowy kawałek o niezłym hooku brzmi jednak jakoś tak… nieświeżo. Podobne wrażenia zostają po wysłuchaniu “Insomnia” (trochę taki “Selena Gomez 2017 style”) i “Voices in My Head”. Do lepszych momentów wydawnictwa należy sensualny, ale z potencjałem na zostanie klubowym bangerem (dobry remix please…) utwór “Vibrations”, wakacyjne “True Romance” oraz słodkie, słoneczne “Feeling So Good”.

Przed premierą “Symptoms” Ashley Tisdale zdradziła, że przez jakiś cza zmagała się z depresją i napadami lęku. Pamiętałam ją jako uśmiechniętą (choć nie zawsze sympatyczną) dziewczynę z produkcji Disney’a, więc informacja ta bardzo mnie zaskoczyła. Wokalistka musiała jednak słyszeć, że muzyka ma działanie terapeutyczne – stąd nowa płyta, której tworzenie było dla Tisdale terapią. I to zakończoną pozytywnie, gdyż same melodie i wokale Ashley nie należą do najsmutniejszych. Wręcz przeciwnie. Sporo tu jasnych barw i nieprzekombinowanych aranżacji. Echa minionych lat przenikają jedynie w tekstach. “Symptoms” na pewno nie będzie płytą roku, ale powrót Tisdale jest dla mnie jak spotkanie z dawno niewidzianym przyjacielem. Może nie do końca się dziś rozumiemy, ale miło spędzić razem trochę czasu.

Warto: Looking Glass

2 Replies to “#957 Ashley Tisdale “Symptoms” (2019)”

  1. Rozumiem nostalgie. Szkoda że album słaby ale zaletą jest lekkość.
    2/5

    best tracks – Symptoms, Vibrations

  2. Panna Tisdale jakoś specjalnym super głosem nie operuje, a melodie – tak jak zresztą cały album, który przesłuchałem wyrywkowo – brzmią kiepściutko. To takie średniej klasy radiowe nagrania, których nawet w tle nie chce się słuchać.

    Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *