Po wydanym w 2024 roku albumie “Crash” miałam nadzieję na coś więcej niż tylko kolejny solidny rozdział w karierze Kehlani. Tamten krążek zostawił mnie z poczuciem niedosytu. Tak, jakby artystka stała w progu czegoś naprawdę istotnego, ale jeszcze nie zrobiła tego decydującego kroku. Pisałam wtedy o potencjale na intrygujący ciąg dalszy i o tym, że choć Amerykanka odnajduje się w realiach współczesnego rynku, wciąż brakuje jej wyraźnego śladu w historii rhythm’and’bluesa, na miarę tego, jaki zostawiły po sobie chociażby Brandy, Aaliyah czy Destiny’s Child. Czy nowa, imienna płyta to zmieni?
Kategoria: Recenzja
RECENZJA: Honey Dijon “The Nightlife” (2026) (#1688)
![]()
Honey Dijon, a właściwie Honey Redmond, od lat funkcjonuje w klubowym świecie jako DJ-ka i producentka, która kontrolowała parkiety na długo przed tym, jak zaczęła wydawać autorskie albumy. Bowiem dopiero w 2017 roku zdecydowała się na pełnoprawny debiut płytowy. “The Nightlife”, jej trzeci longplay, jest kolejnym projektem zbudowanym nie tylko na jej wizji klubowej euforii, ale i współpracy – sporo tu znanych nazwisk, które wtrąciły swoje trzy grosze i podziałały na mnie jak magnes. Trudno było przejść obok tego wydawnictwa obojętnie, zwłaszcza gdy uwagę przyciąga już sama okładka, obiecująca intensywność i szaleństwo godne sobotniej nocy.
Czytaj dalej RECENZJA: Honey Dijon “The Nightlife” (2026) (#1688)
RECENZJA: Jessie Ware “Superbloom” (2026) (#1687)

Jessie Ware wciąż jedzie na fali, na którą sama wskoczyła kilka lat temu. Gdy w 2020 roku wydała “What’s Your Pleasure?”, nie tyle zmieniła kierunek, co w końcu trafiła dokładnie tam, gdzie powinna – do świata pulsującego disco i klubowej zmysłowości. Od tego momentu zaczęła funkcjonować jak współczesna diva parkietu zakochana w brzmieniach przeszłości, którym oddaje hołd. “Superbloom” ukazuje się więc w momencie, gdy Ware nie musi już niczego udowadniać. Ona raczej rozwija swoje własne imperium. Sama zapowiadała, że fascynacja glamour, disco i teatralną przebieranką wciąż jest dla niej kluczowa, ale tym razem chciała zejść poziom głębiej.
Czytaj dalej RECENZJA: Jessie Ware “Superbloom” (2026) (#1687)
RECENZJA: Hemlocke Springs “The Apple Tree Under the Sea” (2026) (#1686)

Na Hemlocke Springs trafiłam w 2023 roku przy okazji jej epki “Going…Going…GONE!”. Już wtedy trudno było przejść obok tej muzyki obojętnie. Brzmiała jak kolorowy kolaż dźwięków. Trochę przypadkowych, trochę celowo porozrzucanych, tak jakby testowała granice popu i sprawdzała, ile jeszcze można z niego wcisnąć. Było w tym coś chaotycznego, ale jednocześnie intrygującego. Dlatego kiedy zapowiedziała pełnoprawny album, pojawiła się ciekawość – czy ten eklektyczny styl udźwignie dłuższą formę, czy rozpadnie się pod własnym ciężarem. Sięgając po “The Apple Tree Under the Sea” staram się znaleźć odpowiedź na to pytanie.
Czytaj dalej RECENZJA: Hemlocke Springs “The Apple Tree Under the Sea” (2026) (#1686)
RECENZJA: Arlo Parks “Ambiguous Desire” (2026) (#1685)
Po znakomicie przyjętym debiucie “Collapsed in Sunbeams”, który uczynił z Arlo Parks jedną z najbardziej wrażliwych autorek swojego pokolenia, przyszło “My Soft Machine” – krążek powstający już w cieniu zmęczenia i presji. Sama wokalistka przyznawała, iż w tamtym okresie była bliska utraty tej świeżości i emocjonalnej szczerości, które zadecydowały o jej wcześniejszym sukcesie. Tegoroczny projekt “Ambiguous Desire” jest próbą złapania chwil, które umknęły Arlo z racji rozpoczętej w młodym wieku kariery. Chciała poczuć, jak to jest być wciągniętą w wir nocnego życia. Poszukiwała spontaniczności i klubowej energii. Wypalenie odczuwalne na poprzedniej płycie chciała zamienić tym razem w euforię. Z jakim skutkiem?
Czytaj dalej RECENZJA: Arlo Parks “Ambiguous Desire” (2026) (#1685)
RECENZJA: Loreen “Wildfire” (2026) (#1684)

Loreen nie należy do wokalistek, które zasypują słuchaczy nową muzyką. Przeciwnie. Jej dyskografia rośnie powoli, a między kolejnymi płytami pojawiają się długie okresy ciszy. Od czasu eksperymentalnego “Ride” z 2017 roku minęło niemal dziewięć lat. W tym czasie Loreen właściwie zniknęła z wydawniczego rytmu, by powrócić w spektakularny sposób – w 2023 roku ponownie wygrała Eurowizję, zapisując się w historii konkursu jako jedna z jego najbardziej uznanych triumfatorek. “Wildfire” pojawia się więc w szczególnym momencie. To nie tylko powrót po długiej przerwie, lecz także pierwszy krążek nagrany po ponownym zdobyciu europejskiej sceny.
RECENZJA: Ralph Kamiński “Góra” (2026) (#1683)
Najnowsza płyta Ralpha Kamińskiego, “Góra”, zdaje się domykać to, co polski artysta rozpoczął dekadę temu na albumie “Morze”. Zmienił krajobraz, ale muzycznie zatoczył koło. Powrócił do podobnych środków wyrazu, choć już z bagażem doświadczeń i większą świadomością artystyczną. Po popowym, przebojowym i chętnie nawiązującym do lat 80. i 90. “Balu u Rafała” wokalista brzmi, jakby jego impreza się skończyła, a jej miejsce zajęło kameralne spotkanie pełne emocji i wrażliwości.
RECENZJA: Raye “This Music May Contain Hope” (2026) (#1682)

Kariera brytyjskiej wokalistki Raye po zerwaniu z dużą wytwórnią stała się historią o twórczej niezależności, a każdy kolejny krok zdaje się potwierdzać jedno – ona robi dokładnie to, na co ma ochotę, nie oglądając się na trendy. Dlatego premiera “This Music May Contain Hope” ma w sobie coś wyjątkowego. To jedna z tych rzadkich sytuacji, kiedy na nową płytę czeka się z ogromną ekscytacją, mimo że część materiału zdążyła już wybrzmieć wcześniej w zupełnie innym, koncertowym kontekście. Dla mnie to chyba pierwszy album w życiu, z którego tak wiele piosenek miałam okazję usłyszeć na żywo jeszcze przed premierą. I tak mi się spodobały, że jak głupia czekałam na ich studyjną wersję.
Czytaj dalej RECENZJA: Raye “This Music May Contain Hope” (2026) (#1682)
RECENZJA: James Blake “Trying Times” (2026) (#1681)
Muzyka Jamesa Blake’a towarzyszy mi od ponad dekady. Jednocześnie po okresie intensywnej fascynacji krążkiem “Assume Form” – zahaczającej nawet o lekką obsesję – niewiele z późniejszych wydawnictw Brytyjczyka naprawdę mnie zatrzymało na dłużej. Słuchałam, doceniałam, ale rzadko która płyta potrafiła znów tak mocno wniknąć w codzienność. Premiera “Trying Times” przeszłaby obok mnie niemal niezauważona gdyby nie singiel “Death of Love” biorący mnie z zaskoczenia odważnym samplem z twórczości Leonarda Cohena. Dla mnie, osoby od lat przywiązanej do jego muzyki, był to przypadek trudny do zignorowania. Ciekawa byłam, co jeszcze skrywa to wydawnictwo.
Czytaj dalej RECENZJA: James Blake “Trying Times” (2026) (#1681)
RECENZJA: Leigh-Anne “My Ego Told Me To” (2026) (#1680)

Leigh-Anne Pinnock przez lata była częścią jednego z najpopularniejszych girlsbandów XXI wieku, Little Mix. Po zawieszeniu działalności grupy kolejne wokalistki zaczęły jednak sprawdzać się solo, a Leigh-Anne jest już trzecią z nich z pełnoprawnym debiutem. Oczekiwania są spore, zwłaszcza że Jade wysoko zawiesiła poprzeczkę albumem “That’s Showbiz Baby!”, na którym połączyła popową przebojowość z odważnymi eksperymentami. Na tym tle “My Ego Told Me To” staje się nie tylko nowym rozdziałem w karierze Leigh-Anne, ale też próbą zdefiniowania jej własnej artystycznej tożsamości i udowodnieniem, że też ma coś ciekawego do zaprezentowania.
Czytaj dalej RECENZJA: Leigh-Anne “My Ego Told Me To” (2026) (#1680)