#130, 131, 132 Madonna “American Life” (2003) & 30 Seconds to Mars “This Is War” (2009) & Enrique Iglesias “Insomnia” (2007)

I’d like to express my extreme point of view I’m not Christian and I’m not a Jew I’m just living out the American dream (PL: Chciałabym wyrazić swój skrajny punkt widzenia Nie jestem chrześcijanką i nie jestem żydówką Ja po prostu przeżywam amerykański sen). Tak rapuje Madonna w piosence tytułowej, która otwiera krążek “American Life”. Nie ma co ukrywać. Po nieco nudnym albumie “Music” zrobiła najlepsze, co mogła zrobić. Nagrała świetny, nie komercyjny album, którym tylko umocniła swoją pozycję w show biznesie. Sprawiła, że nie można przejść obok niego obojętnie. Pierwszy raz spotykam się z płytą, która zbierała skrajnie różne recenzje w zależności od miejsca zamieszkania. Jak można się spodziewać – w USA artystka została niemalże pogrzebana. My jednak mieszkamy ‘nieco’ dalej. Mi płyta z muzycznego punktu widzenia bardzo się podoba. Madonna odważnie sięgnęła po elektronikę. W niektórych utworach wspomaga się jednak gitarą (jak w akustycznym “X-static Process”) a czasem i całą orkiestrą (“Easy Ride”). Nie przestaje w tym wszystkim być sobą, czyli po prostu królową. Podoba mi się to, że Madonna śpiewa na “American Life” czysto. Ma głos jaki ma, ale na tej płycie wypada świetnie. Moje ulubione utwory? Należy do nich przede wszystkim numer tytułowy, czyli “American Life”. Piosenka szybko wpada w ucho. I co najważniejsze – po kilku przesłuchaniach nie nudzi się. Uwielbiam również “Mother and Father”. Niektórych może zniechęcać początek, gdzie Madonna śpiewa takim śmiesznym głosem, ale ja to kocham.  Piosenka należy do tych szybszych, ale tak naprawdę jest smutna. Wszystko leży w warstwie tekstowej. Madonna śpiewa m.in. My mother died when I was five (PL: Moja mama zmarła, gdy miałam 5 lat). Więc nie dajcie się zwieść tanecznej muzyce. Lubię też “Love Profusion”. Oprócz szybkich utworów znajdziemy tu kilka ballad. W “Nothing Falls” uwielbiam chórek, który pojawia się pod koniec. Piosenka kojarzy mi się z “Like a Prayer”, ale jest od niej gorsza. “X-Static Process” jest spokojną, akustyczną piosenką. Jedyne, co mi się nie bardzo w tej piosence podoba, to to, że głos Madonny został podwojony, potrojony itp. Sprawia to, że tę piosenkę śpiewa kilka Madonn. “Easy Ride” z kolei to (jak wspomniałam wcześniej) piosenka nagrana przy udziale orkiestry. Jedyny utwór, który mnie nie zachwycił to “Hollywood”. Nieco elektryczna piosenka jest jakaś taka bez wyrazu. Płyta jest jednak znacznie lepsza od poprzedniej (“Music”, 2000). Warto poznać.

Kilka osób już dawno prosiło mnie o recenzję ostatniej płyty zespołu 30 Seconds to Mars pt. “This Is War”. No więc się doczekaliście. Jest to pierwsza płyta zespołu, którą poznałam. Czy ostatnia? Chyba nie. Kiedyś sięgnę po pozostałe, z nadzieją, że było lepiej. Sporo dobrego czytałam o tej płycie. Wokalista zespołu – Jared Leto – ma świetny głos. Bardzo głęboki, męskie, po prostu cudowny. W sam raz do takich rockowych utworów. Mnie niestety płyta zawiodła. Brak tu piosenek, do których chciałabym wracać i wracać, które cięgle bym męczyła. Nie wiem, jaka była ich muzyka wcześniej, ale ta wydaje mi się nieco komercyjna, pod publikę. Wiadomo – nie każdą, ale fani ostrzejszych brzmień się na pewno zainteresują. Największe zainteresowanie wywołała u mnie piosenka otwierająca krążek – “Escape”. Trwa nieco ponad 2 minuty. Przez większą część utworu gra sama muzyka. Jared śpiewa tylko fragmencik. Za co lubię tę piosenkę? Za nastrój. Jest taka tajemnicza. Największą słabością albumu jest długość niektórych utworów. Nie lubię, gdy piosenki są zbyt długie. ‘A “Walk Away” Christiny, które trwa ok. 6 minut jakoś słucha’ – pomyślicie pewnie. Można nagrywać długie piosenki. Jednak gdy mają być one tak nudne jak te na “This Is War”, to lepiej sobie darować. Takie piosenki podobają mi się do drugiej, góra trzeciej minuty. Później tylko modlę się, by się już skończyły. Jednak żeby nie było tak do końca negatywnie. Są tu i piosenki, które (nawet w połowie) brzmią dobrze. Należy do nich zdecydowanie “Night of the Hunter”. Kawał dobrej, rockowej muzyki. Szansę mogę dać również spokojniejszemu od poprzednika “Hurricane”. Z pozostałych piosenek najbardziej wyróżnia się “Vox Populi”. Szczególnie ze względu na występujący w utworze chór. Zawsze obawiam się numerów, którym towarzyszy właśnie chórek, ale ten da się ‘przełknąć’. Mimo, iż płyty przesłuchałam z 4 razy to na pewno, nic prawie nie pamiętam. Piosenki zlewają mi się w jedno, mieszają. Zdecydowanie po 30 Seconds to Mars spodziewałam się czegoś lepszego.

4 lata musieli czekać fani Enrique Iglesiasa na nowy krążek swojego idola. Nie znam jego wcześniejszych albumów, opieram się wciąż na singlach. Przesłuchałam już kiedyś “Euprohię” i płyta, którą teraz oceniam przy niej to arcydzieło. Jednak oceną jego ostatniego ‘dzieła’ zajmę się kiedy indziej. Na płytę “Insomniac” składają się piosenki stonowane, spokojne. Jednak nie wszystkie takie są. Enrique pomyślał również o tych, którzy przy balladach ziewają. Nagrał bowiem kawałek z Lil’ Waynem pt. “Push”. Kiedyś nie lubiłam tego utworu. Teraz wręcz przeciwnie. Lubię sobie go słuchać. Inną, nazwijmy to ‘taneczną’ piosenką jest “Can You Hear Me”. Wątpię, by zyskała taką popularność, gdyby nie to, że została oficjalnym hymnem Euro 2008. Ostatnio mi się nieco już znudziła, ale za każdym razem przywołuje miłe, wakacyjne wspomnienia. A co z resztą? Trochę obawiałam się, że spokojne piosenki mnie znudzą i sprawią, że słuchanie tej płyty będzie katorgą. Jednak moje obawy się nie potwierdziły. “Insomniac” jest jedną z tych nielicznych płyt, na których taka ilość ballad wypada dobrze. Kilka z nich jest naprawdę uroczych. W “Miss You” pojawia się coś z muzyki latynoskiej, w “Do You Know (the Ping Pong Song)” słychać odbijane piłeczki do ping ponga. Jednak tylko na początku i pod koniec. Trochę szkoda, że tak mało, bo to całkiem fajny pomysł. Byłoby bardziej oryginalnie. Najsmutniejszą piosenką wydaje mi się “Little Girl”. Muzyka jest po prostu piękna. No i plus za tekst, który nie opowiada o miłości. Utwór opowiada o dziewczynie skłóconej z całym światem. Enrique śpiewa m.in. But she cries in the night Just to try to hold on No one can hear her She’s all alone (PL: Ale ona płacze w nocy, próbując się jakoś trzymać, nikt nie może jej usłyszeć ona jest zupełnie sama). Słabsze momenty? Nieco nudne “Wish I Was Your Lover” i “Somebody’s Me”. Nie spodziewałam się, że jego płyta może mi się spodobać. A jednak…

#129 Mariah Carey “Memoirs of Imperfect Angel” (2009)

Macie problem z zaśnięciem? Wiercicie się i wiercicie a upragniony sen nie przychodzi? Nie trujcie się tabletkami. Mariah Carey rozwiąże wasz problem. Biegnijcie więc do sklepu po jej płytę “Memoirs of Imperfect Angel”. Kiedyś ceniłam ją jako artystkę. Ma nieprzeciętny głos. Umie śpiewać, Ale co z tego, skoro na tej płycie tego nie słychać a w niektórych piosenkach przepuszczony został przez auto tone. Carey na scenie jest od 20 lat. Jej styl się nie zmienia. To od początku pop i r&b, nieco soulu. Gdybym to ja była na jej miejscu, miałabym za sobą nawet epizod z symfonicznym metalem. Nie potrafiłabym być przez te wszystkie lata taka sama. Mariah stała się strasznie przewidywalna. Poprzednie dwie płyty (“E=MC²” i “The Emancipation of Mimi”) były bardziej taneczne. Tutaj Mariah serwuje nam zabójczą dawkę spokojnych utworów. Dosłownie zabójczą. Mnie rozłożyła po pierwszym zapoznaniu się z ty krążkiem. Nuda, nuda, nuda. Aż dziwne, bo producentami płyty byli The-Dream (pracował m.in. z Ciarą przy “Fantasy Ride”) i Tricky Stewart (“Bionic” Christiny Aguilery, “Teenage Dream” Katy Perry). Oni potrafią zrobić coś z niczego, nadać piosenkom fajne brzmienie. Chcieli aż za bardzo wcisnąć Marię w najnowsze trendy, jednocześnie chcąc sprawiać wrażenie, że ich współczesna muzyka nie obchodzi. Mimo wszystko momentami pojawiają się elektroniczne wstawki a w niektórych utworach głos Marii jest przerobiony przez komputer. Do gustu przypadły mi dwie piosenki: nagrane w stylu r&b “H.A.T.E.U.” oraz cover “I Want to Know What Love Is”. Covery wychodzą jej bardzo dobrze. Nawet dwie jej piosenki z poprzednich albumów, które lubię (czyli “Against All Odds (Take a Look at Me Now)” oraz “Without You”) to również przeróbki. Czyżby inni artyści potrafili stworzyć lepsze piosenki od niej, z ciekawszymi tekstami? Oczywiście, że tak. Teksty piosenek z tej płyty tylko utwierdziły mnie w słabej ocenie. Są jakieś takie nudne, nijakie, mało ciekawe. Przerabiałam to już tysiące razy. Chciałabym napisać coś o pozostałych piosenkach, ale zupełnie nie ma co. Są do siebie bardzo podobne. Oj, nie postarałaś się Mariah.

#128 Monika Brodka “Granda” (2010)

Monikę Brodkę pamiętam jeszcze z Idola. Była taką niepozorną nastolatką. Program jednak wygrała i niedługo potem ukazały się jej dwie płyty pełne popowych piosenek. Czasem bardziej przebojowych, czasem mniej. Mnie na pewno one nie zainteresowały. A tu proszę, jaka niespodzianka. Monika wydała album, który jest zupełnie niepodobny do tego, co w polskiej muzyce było. Monika z zwyczajnej, popowej wokalistki stała się prawdziwą artystką. Niszową, warto dodać. Jej piosenek nie usłyszycie już w radiu. Na “Grandzie” nadal sporo popu. Podszytego elektroniką i folkiem. Może inaczej – pop wyższych lotów. Nie dla każdego. Sama musiałam się przekonać do tych piosenek. Bez wątpienia ich najmocniejszą stroną są teksty. W dużej mierze pisane przez samą Brodkę. Sami musicie przyznać, że teksty Paulli czy innych polskich gwiazd są często żenujące i wtórne. Monika poszła o krok dalej. Teksty są naprawdę ciekawe. Wokalistka używa sporo słów, o których, z języka polskiego wiem, że nazywają się ‘archaizmy’ (wyrazy, które wyszły z obiegu). Przykładem może być tytułowa “Granda” i zwrot “porachuję kości”. A jeśli chodzi o piosenki pod kątem muzyki. Najbardziej podoba mi się piosenka tytułowa. Momentami brzmi jak remix, ale może to sprawka sporej ilości elektroniki, użytej w utworze. Uwielbiam wręcz zaśpiewane po francusku “Excipit”. Może ten język nie robi na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia, ale Monika brzmi naprawdę uroczo i ciekawie. Całkiem niezła jest spokojna “Syberia” i zakręcone “W pięciu smakach”. Nie podoba mi się natomiast “K.o.” oraz przynudzające “Kropki, kreski”. Nie rozumiem decyzji o umieszczeniu tu granego przez tatę Moniki utworu “Hejnał”. No ładnie gra, ale ta piosenka tu nie pasuje.

 

#123, 124 Madonna “Like a Prayer” (1989) & Ewa Farna “Cicho” (2009)

Czy jest ktoś, kto nie zna “Like a Prayer”? Chodzi mi tu o samą piosenkę. Chyba nie ma takiej osoby. To ponadczasowy utwór. Zachęcona tym singlem postanowiłam zapoznać się z innymi piosenkami na płycie “Like a Prayer”. Pierwsze płyty Madonny (“Madonna”, “Like a Vrigin”) były pełne popowych, tanecznych melodii. Na tej Madonna serwuje nam nadal chwytliwe, ale bardziej ambitne melodie. Zaczyna się od tytułowego “Like a Prayer”. Przyznam, że to jedna z moich ulubionych piosenek od Madonny. Uwielbiam szczególnie początek, gdzie wokalistka śpiewa Life is a mystery, everyone must stand alone I hear you call my name And it feels like home (PL: Życie jest tajemnicą, każdy musi pozostać sam Słyszę, że wymawiasz moje imię I czuję się wtedy, jak w domu). Świetnie w piosence wypadły również chórki. Dalej mamy kolejny singiel – “Express Yourself” albo jak kto woli ‘demo Born This Way’. Piosenka jest świetna, ale z niej również najbardziej podoba mi się początek. Tam, gdzie Madonna mówi: Come on girls Do you believe in love? (PL: Dalej, dziewczyny! Wierzycie w miłość?). To są właściwie najbardziej znane single z tej płyty. Na szczęście nie są to jedyne piosenki, o których da się naskrobać kilka zdań. Na płycie znalazł się duet z Prince’m. Hmmm, ‘książę’ i królowa? Mogło być ciekawie. A tym czasem zaliczam ich piosenkę “Love Song” do najgorszych. Nie tyle w tym winy Madonny co Prince’a. Na albumie znalazło się miejsce dla spokojniejszych utworów – “Promise to Try” i “Oh Father”. “Promise to Try” jest naprawdę dobre. Teraz dopiero sobie uświadomiłam, że wielokrotnie słyszałam podobne piosenki. Nawet jedna od Beyonce mi ją przypomina. Chyba któraś z “I am…Sasha Fierce”. “Oh Father”, mimo obiecującego tytułu,wypada na tle pozostałych piosenek blado, bardzo blado. Sama piosenka nie jest zła, ‘skopała’ ją Madonna. Najoryginalniejszym utworem jest “Act of Contrition”, znajdujący się na końcu płyty. Przez dłuższy czas to po prostu sama muzyka. Jeśli chcecie zobaczyć, skąd wiele gwiazd i gwiazdek czerpie inspiracje, sięgnijcie po któryś z jej starszych albumów. Chociażby po “Like a Prayer”.

C

Prosiliście, prosiliście, aż w końcu uległam i sięgnęłam po drugi polskojęzyczny krążek Ewy pt. “Cicho”. Dotychczas znałam tylko single, które zrobiły na mnie nie bardzo pozytywne wrażenie. Jednak byłam ciekawa, czy sama płyta utrzymuje niezły poziom. Najnowszy krążek Ewy (“Ewakuacja”) podoba mi się. Lubię do niego wracać. Szkoda, że podobnego zdanie nie będę mieć o “Cicho”. Płyta z pewnością cicha nie jest. Sporo tu gitar, pojawia się i perkusja. Zresztą Ewa nie jest jakąś popową gwiazdką, która nagrywa taneczne hity. Jeśli miałabym wskazać gwiazdę, do której Ewa jest podobna (nie z wyglądu oczywiście), wybrałabym Avril Lavigne. Z pewnością nie tą z “Goodbye Lullaby” czy “The Best Damn Thing”, ale “Let Go” jak najbardziej pasuje. Ale niestety, te porównanie wypada na niekorzyść Ewy. Wokalistka ma duży potencjał, kawał głosu, energię, ale to nie wystarczy. Równie ważne są ciekawe melodie, interesujące teksty. A tu mi tego zabrakło. Z większości tekstów miałam niezły ubaw. Jak chociażby z “Już dorośnij”, gdzie pojawiają się słowa Tak po prostu nie mów nic, nie mów mamie lub w “Ogień we mnie” Dlaczego wstawać mam, co dnia. Może był jakiś ukryty sens? Jeśli tak, to nie zauważyłam. Najbardziej podoba mi się piosenka tytułowa – “Cicho”. Fajna muzyka, Ewa śpiewa czysto, da się ogółem posłuchać. Polubiłam też “La la laj”. Sama się sobie dziwię. Kiedyś traktowałam ją jak kołysankę. A teraz zauważyłam, że to całkiem dobry utwór. Polecam również balladę “W niespełnieniu”. Piękna melodia, Ewa zaśpiewała spokojnie, bez udziwnień. Nie potrzebne było umieszczenie na płycie coveru piosenki “Dmuchawce, latawce, wiatr”. Nie przepadam za oryginałem, więc trudno, bym pozytywnie spojrzała na wersję Ewy czy kogokolwiek. Ogółem płyta do przesłuchania raz, czy dwa, w dłuższych odstępach czasu. Gdybym ja najpierw trafiła na nią, bałabym się sięgnąć po “Ewakuację”. Jak podsumować jednym zdaniem? Płyta dla młodzieży. Gimnazjalnej młodzieży.

#121, 122 P!nk “I’m Not Dead” (2006) & Alesha Dixon “The Alesha Show” (2008)

Po nieudanym ‘nalocie’ na muzykę pop punk P!nk wróciła do formy. Tytuł płyty nie jest przypadkowy. “I’m Not Dead” (Nie umarłam), zdaje się nas przekonywać. Nie, P!nk na pewno nie ‘umarła’, po prostu odrodziła się na nowo. I muszę przyznać, że nigdy nie była tak dobra, świeża, pomysłowa. Podoba mi się to, że płyta “I’m Not Dead” nie jest jednostajna, piosenki nie są do siebie podobne. Nie zmienia się jedno – P!nk jest szczera, bezkompromisowa. Nikogo nie udaje. W jej głosie nie czuć ani jednej ‘nutki’ fałszu. Jest sobą, kiedy śpiewa o durnych dziewczynach (“Stupid Girls”) lub pytając prezydenta, czy ten może w ogóle spać spokojnie (“Dear Mr. President”). Rozwinę teraz swoją myśl co do różnorodności krążka. Z jednej strony jest przebojowo. Zaczyna się od mocnego uderzenia – utworu “Stupid Girls”. Może jest to bardziej uderzenie w warstwie tekstowej (policzek dla ‘głupich dziewczyn’) niż muzycznej, ale nie zmienia to faktu, że piosenka jest świetna. Niedługo potem mamy tytułowe “I’m Not Dead”, prawie dyskotekowe “Cuz I Can” oraz wpadające w ucho “Leave Me Alone (I’m Lonely)”. Następnie mamy chwilę wytchnienia, by naładować baterie przed (świetnym!) “Fingers” i nieco tylko ustępującym mu “Centerfold”. A co ze spokojniejszą częścią płyty? Mimo pozorów sporo tu ballad. Zaczyna się od “Who Knew”, do którego na razie nie potrafię się przekonać. Następnie w kolejce czekają “Nobody Knows” i “Dear Mr. President”. Kiedyś uwielbiałam ten drugi utwór. Nadal mam do niego ogromny sentyment, ale przegrywa teraz z “Nobody Knows”. Za jakiś czas wchodzimy bez wątpienia w strefę balladową. Wprowadza nad do niej nieco rockowe “Runaway”. Dalej mamy akustyczne “The One That Got Away”. Szczerze mówiąc, nie podoba mi się. Nieco P!nk rehabilitują dwie kolejne piosenki – “I Got Money Now” i “Conversations With My 13 Year Old Self”. Szczególnie ta druga jest niezwykła. Niby nic, a cieszy ucho. Najciekawszą piosenką jest spokojne, nieco akustyczne “I Have Seen the Rain” zaśpiewane (o ile się dobrze orientuję) przez P!nk i jej ojca. Na początku P!nk mówi o nim. W jej głosie słychać, że ta piosenka jest dla niej ważna. Podsumowując. Poznałam już wszystkie płyty P!nk, ale ta jest zdecydowanie najlepsza.

Alesha Dixon to jedna trzecia brytyjskiego girlsbandu Mis-Teeq. Do nagrania solowej płyty przymierzała się dwa razy. Za pierwszym obserwowaliśmy historię podobną jak u Nicole Scherzinger. Po kilku nieudanych singlach płyta wylądowała w koszu. Alesha wzięła udział w “Tańcu z gwiazdami”. Zaszła daleko. I wtedy dopiero zainteresowano się nią w rodzimej Brytanii. Zaowocowało to płytą “The Alesha Show”. Jaką właściwie muzykę gra Alesha? Przede wszystkim jest to pop i r&b. Na szczęście urozmaica swoje piosenki innymi gatunkami. W singlowym hicie “The Boys Does Nothing” pojawia się swing. W “Let’s Get Excited” szczypta elektrycznych brzmień. W kilku utworach r&b. Cała płyta raczej mi się podoba. Alesha może nie ma głosu jak Beyonce (do której, notabene jest porównywana) ale potrafi stworzyć niezłą, taneczną muzykę. Tego mogłaby Beyonce się od niej poduczyć. Przyznam, że chciałam zawrócić już przy intro – “Welcome To The Alesha Show”. Okropne. Przewidywalne. Ten tekst był po prostu zbędny, nic nie wnosił. Zostawienie samej muzyki byłoby lepszym pomysłem. Tym bardziej, że za chwilę mamy dynamit w postaci “Let’s Get Excited”. Kiedyś uwielbiałam ten utwór. Teraz nieco mniej. Potem Dixon daje nam odpocząć, serwując balladę r&b pt. “Breathe Slow”. Czasami Alesha sięga po popularny (w czasie wydania tej płyty – 2008) retro pop. Warto polecić tu zawierające w sobie ten gatunek chwytliwe utwory w postaci “Cindrella Shoe” oraz “Italians Do It Better”. Na dokładkę mamy nieco tajemnicze, ciekawe “Chasing Ghosts; spokojne, ale z elementami rapu “Hand It Over”; balladę “Do You Know The Way It Feels” autorstwa Diane Warren (“I Belong to Me” Jessica Simpson, “You Haven’t Seen the Last of Me” Cher). Ta ostatnia piosenka nieco odstaje od innych utworów, ale jest naprawdę dobra. Alesha nagrała dobry, jeśli nie bardzo dobry album. W sama raz na wakacje. Świetnie sprawdza się w tanecznych piosenkach, ballady również wychodzą jej nieźle. Niedługo zabieram się za jej nowy krążek. Oby tylko utrzymał poziom tego, bo jak nie, to będę strasznie zawiedziona.

#116, 117, 118 Jennifer Lopez “Brave” (2007) & P!nk “Missundaztood” (2001) & Norah Jones “Not Too Late” (2007)

2007 to udany rok dla fanów Jennifer Lopez. Najpierw otrzymali od wokalistki hiszpańskojęzyczny album pt. “Como Ama Una Mujer” a pod koniec roku mogli wybrać się do sklepów po “Brave”. Mogli, ale tego nie zrobili. Pyta okazała się komercyjną porażką. Jednak słaba sprzedaż nie musi oznaczać słabej muzyki na niej zawartej. Gdyby nie zrezygnowano z promocji po dwóch singlach, płyta mogłaby być niezłym hitem. Po w miarę stonowanym “Como Ama Una Mujer” Jennifer powraca do brzmień, które przyniosły jej największą popularność. Jest więc skocznie, tanecznie, przebojowo. Przynajmniej do połowy. Wraz z “Never Gonna Give Up” wkraczamy w strefę spokojniejszych dźwięków. Jednak zanim do nich przejdę, poświęcę chwilę czasu na skomentowanie tanecznych piosenek. Zaczyna się od “Stay Together”. Bardzo dobry numer. Później nieco możemy odpocząć przy “Forever” (które również jest bardzo kołyszące) by z nową mocą powitać “Hold It Don’t Drop It”. To bez wątpienia mój numer jeden na “Brave”. Singlowe “Do It Well” ma w sobie coś z muzyki dyskotekowej. Bardzo często można było usłyszeć  ten utwór w radiu. “Gotta Be There” jest moim zdaniem tą najgorszą taneczną piosenką. “Never Gonna Give Up” jest już zupełnie inne. Urocza ballada zaczynająca się partią skrzypiec. Mam mieszane uczucia co do pozostałych kawałków z tej części płyty. “Mile In These Shoes” podobało mi się, aż nie doszło do refrenu. Całkiem podobne (ale na szczęście lepsze) jest “The Way It Is”. Jednak najlepszą ze spokojnych piosenek Jennifer umieściła na końcu. “Brave” to bardzo piękny, wzruszający utwór. Jeden z lepszych od Jennifer. Znacznie bardziej wolałabym pomieszanie piosenek tanecznych z tymi mniej, bo niektórzy mogą się zanudzić. Ja jednak wolę ten krążek od “This Is Me…Then” czy debiutanckiego “On The 6”.

Zaledwie rok po ukazaniu się “Can’t Take Me Home” P!nk zaserwowała nowy album o dość ciekawym tytule “Missundaztood”. Pierwsza płyta była nudna. Mało było ‘punktów zaczepienia’. Cała płyta utrzymana była w klimacie pop i r&b. Tu jest na szczęście lepiej. P!nk odeszła (przynajmniej w połowie) od dźwięków r&b. Dzięki temu, że te pojawiają się w mniejszych ilościach, robią większe wrażenie. Tytułowy numer może należy do tych gorszych (głównie przez końcówkę), ale już takie “Family Portrait” jest cudowne. Od zawsze mi się ta piosenka podobała. Jest bardzo szczera, prawdziwa. Bliżej skomentowałam ją przy ocenianiu “Greatest Hits…So Far!” (czytaj). Sporo na “Missundaztood” rockowych brzmień. Na pewno kojarzycie singlowy numer “Just Like a Pill” lub “Numb”. Ale najbardziej podoba mi się chyba “Misery”. Jest to duet z członkiem zespołu Aerosmith – Stevenem Taylerem. Ich głosy bardzo do siebie pasują. Udało mu się nawet nie przyćmić P!nk 😉 Przy nagrywaniu tego krążka P!nk współpracowała dużo z Lindą Perry. Na 14 utworów tylko 6 nie jest jej. Od lat uważam, że Linda pisze i produkuje jedne z najlepszych piosenek. Trzeba jednak z nią współpracować. P!nk na szczęście to zrobiła i razem panie odpowiedzialne są za takie świetne utwory jak “Dear Diary” (odkąd usłyszałam piosenkę Britney pod takim samym tytułem obawiam się kawałków o takim tytule) czy “Gone to California”. Nie spodziewałam się jednak, że Linda i P!nk nagrają duet. Piosenka “Lonely Girl” jest świetna. Szkoda wprawdzie, że tak mało w niej Lindy, ale i tak mi się podoba. Nie przepadam natomiast za dance popowym “Get The Party Started”, tytułowym “Missundaztood” oraz “Don’t Let Me Get Me”. Uważam jednak, że ta płyta lepiej się P!nk udała, niż poprzednia. Dobrym pomysłem było ograniczenie r&b na rzecz szczypty rocka.

Trzy lata po wydaniu “Feels Like Home” Norah powróciła z nowym krążkiem. O ile można było mieć pewne zastrzeżenia co do muzyki na nim zawartej (“Feels Like Home” to jej najsłabszy album) tak z “Not Too Late” powraca jeszcze lepsza. Styl wokalistki się nie zmienił. Nadal nie planuje świecić tyłkiem w teledyskach ani nagrywać tanecznych, plastikowych do bólu przebojów. Jest ponad to. Udowodniła, że aby sprzedać płytę skandal nie jest potrzebny. Podobną historię obserwujemy teraz z udziałem Adele. Ale wróćmy do krążka. Jak już pisałam, styl Nory się nie zmienił. Piosenki utrzymane są w jazzowej stylizacji z dodatkiem soulu, country (nie tak dużo jak na poprzednim krążku) oraz bluesa. Jeśli te gatunki kojarzą wam się z nudną muzyką, koniecznie zapoznajcie się z “Sinkin’ Soon”. Mnie po pierwszym przesłuchaniu wbiło w fotel. Niesamowity numer! Norah śpiewa w nim inaczej niż zazwyczaj. No i brawa dla ludzi odpowiedzialnych za melodię do tej piosenki. Zainteresował mnie utwór “My Dear Country”. Norah pochodzi z USA, a Amerykanie są przewrażliwieni na punkcie krytyki swojego kraju. Jako przykład można podać Madonnę i jej album “American Life”. Norah jednak nie ma się jednak czego bać, bo jej piosenka jest znacznie ‘lżejsza’ niż dzieło Madonny. Jones śpiewa m.in. But the day after is darker, And darker and darker it goes (PL: Ale dzień później jest ciemniej, I ciemniej, i ciemniej się robi). Te dwie piosenki bez dwóch zdań zaliczam do najlepszych. Z pozostałych w pamięci zostało mi m.in. niezłe “Broken”. Uważajcie na ten utwór. Wieczorem posłuchałam, rano nogę złamałam. Lubie również bluesowe “Thinking About You” oraz “The Sun Doesn’t Like You”. Słabe momenty? Takich tu nie znajdziemy. Norah wiedziała co chce osiągnąć i do tego z powiedzeniem ‘dociągnęła’. A teraz przeproszę was. Idę ponownie włączyć sobie ten kojący krążek, bo nigdy nie jest za późno na dobrą muzykę

#114 Nelly Furtado „Folklore” (2003)

Trzy lata po “Whoa, Nelly” otrzymujemy od Nelly Furtado nowy materiał. Kiedy po raz pierwszy słuchałam “Folklore” byłam bardziej na ‘nie’ niż na ‘tak’. Jednak po kilku przesłuchaniach stwierdziłam, że nawet mi się podoba. Przede wszystkim płyta brzmi dojrzalej niż poprzedniczka. Nelly również jest bardziej odważna w łączeniu gatunków. Obok popu mamy tu elementy folku (“Powerless”), hip hopu (“Fresh Off The Boat”) i akustycznych brzmień (“Try”, “Saturdays”). Sprawia to, że płyta nie jest jednostajna, nie nudzi się tak szybko. Sama muzyka zasługuje na oddzielny komentarz. W wielu piosenkach pojawia się banjo, mandolina (“One-Trick Pony”, “Forca”), gitara akustyczna (“Try”), gitara elektryczna (“Childhood Dreams”). Kiedyś nie mogłam wręcz słuchać tej płyty ze względu na głos Nelly, ale na szczęście się przekonałam do niego. Jest oryginalny, ciekawy. Nie wydaje mi się, aby ktoś inny śpiewając piosenki z “Folklore” wypadłby równie dobrze jak właśnie Furtado. Teraz może coś o piosenkach. Zauroczył mnie początek płyty. Uwielbiam “One-Trick Pony”, “Powerless”, “Explode”. “Try” niestety zdążyło mi się znudzić już przynajmniej trzy razy. Za pierwszym przesłuchaniem zwróciłam uwagę tylko na nieco hip hopowe “Fresh Off The Boat”. Teraz również lubię do niej wracać. Potem było tylko lepiej, bo stwierdziłam, że wokal Nelly jest niesamowity i pasuje do tych piosenek. Druga część płyty nieco mniej mi się, niestety, podoba. Piosenki zlewają mi się w jedno. Ciężko mi również przypomnieć sobie, jak leci takie “The Grass Is Green” czy “Picture Perfect”. Może to nawet i lepiej bo nie za bardzo mi się podobały. Jednak nic nie przebiło “Saturday”. Czas trwania utworu idealnie dopasował się do dnia tygodnia, o którym mowa (‘sobota’). Nie uważacie, że każda sobota jest krótsza od takiego np. poniedziałku? Piosenka Nelly trwa nieco ponad 2 minuty. I całe szczęście. Dobija mnie ten głos, który podśpiewuje gdzieś z tyłu. Na szczęście dwie ostatnie piosenki sprawiają, że zapomina się o tych kilku kiepskich. Głównie za sprawą “Island of Wonder”, które kojarzy mi się z muzyką indyjską. “Childhood Dream” też da się słuchać. Chociaż trochę pod koniec nudzi. Uważam jednak, że to najlepsza płyta, którą dostaliśmy od Nelly.