#216 Travie McCoy “Lazarus” (2010)

 

Wiele już razy byliśmy świadkami, kiedy z jakiegoś zespołu odchodził jego członek by spróbować szczęścia pod własnym nazwiskiem. Podobną historię obserwowaliśmy już nie raz. Przykładem, że solo można sporo osiągnąć jest Gwen Stefani (No Doubt) i Cheryl Cole (Girls Aloud). Nic już natomiast nie słyszymy o ex-członkiniach Pussycat Dolls. Jedynie Nicole się przebiła, ale i tak ma problem z wydaniem w USA swojej płyty. Wiele wskazuje na to, że Travie McCoy ustał obok Cheryl i Gwen. Jego zespół Gym Class Heroes jest średnio znany. Solowo natomiast Travie radzi sobie znacznie lepiej. Potwierdzeniem tego ma szansę być album „Lazarus” oraz sukces singli: „Billionaire” i „We’ll Be Albright”. Wydany z pomocą producentów (którzy nagrywali z Lady GaGą, Beyonce czy 30 Seconds to Mars) krążek może zwrócić uwagę wielu słuchaczy na McCoy’a. Czy na długo? A przede wszystkim – czy w ogóle warto?

Czytaj dalej #216 Travie McCoy “Lazarus” (2010)

#213 Florence + The Machine “Ceremonials” (2011)



Brytyjski zespół składający się z kobiety o zjawiskowym głosie (Florence Welch) oraz kilku całkiem rozgarniętych mężczyzn był jednym z największych objawień 2009 roku. Ich pierwszy album, którym otworzyli sobie drzwi do światowej kariery, nosi tytuł „Lungs”. Dałam się porwać magii muzyki prezentowanej przez Florence + The Machine. Jednak im dłużej słuchałam „Lungs”, tym bardziej była tą płytą znużona. Dziś oceniam ją znacznie gorzej. Do „Ceremonials” podeszłam z rezerwą. Obawiałam się, czy się to nie powtórzy. Najpierw oczarowanie, potem gorzka prawda. Stylistycznie nie wykonali żadnego kroku na przód. Ich muzyka to nadal indie pop z elementami rocka oraz soulu. Powtórka z rozrywki? Być może, grunt, że „Ceremonials” jest dużo lepsze niż debiut.

Czytaj dalej #213 Florence + The Machine “Ceremonials” (2011)

#201 Linkin Park “Minutes to Midnight” (2007)

Dobra passa zespołu z Ameryki trwa. Po “Meteorze” z 2003 roku, która przyniosła takie hity jak “Numb” czy “Somewhere I Belong”, Linkin Park wydali nowy krążek. Już po pierwszym przesłuchaniu można dostrzec, że brzmienie zespołu trochę się zmieniło. Nie ma tu już tak dużo gitar, i mocnych brzmień, do których swoich fanów przyzwyczaiła kapela. Więcej natomiast syntezatorów i spokojnych melodii. Niektórych może to odpychać. Z drugiej jednak strony nie należy mieć do nich pretensji, że po tylu latach mieli ochotę zrobić coś innego.

Czytaj dalej #201 Linkin Park “Minutes to Midnight” (2007)

#198 Pink “Try This” (2003)

Po dwóch krążkach w stylu r&b i pop P!nk postanowiła pokazać, że ma pazurki. Zostawiła łagodne klimaty r&b i nagrała płytę łączącą w sobie elementy rocka. Jak się szybko okazało – fani tego nie kupili. Nie spodobała im się nowa Pink. Podczas nagrywania krążka artystka współpracowała m.in. z Timem Armstrongiem, który specjalizuje się w punkowej muzyce. Pojawia się też Linda Perry, przy której pomocy Pink nagrała świetny album “Missundaztood”. Kropkę nad i postawił William Orbit, który już chyba na zawsze będzie kojarzony z płytą Madonny pt. “Ray of Light”. Jak widać, nazwiska wielkie. Coś jednak nie wyszło.

Czytaj dalej #198 Pink “Try This” (2003)

#187 Sellyy “Lethargie” (2011)

Dlaczego właśnie sięgnęłam po płytę tej młodej austriackiej wokalistki? Polecali mi ją znajomi recenzenci z innych blogów. Ok, źle być nie może. Zainteresowała mnie swoim wyglądem. Z okładki płyty patrzy na nas trupio blada dziewczyna, z charakterystycznym makijażem i fryzurą. Ucieszyłam się. Odkąd muzyka Evanescence przestała brzmieć tajemniczo, z radością witam każdą wokalistkę, która mogłaby być nową Amy Lee. Sellyy nie porównywałabym jednak do Amy. To tak jakby powiedzieć, że Cola i Pepsi są identyczne. Gdzie Sellyy do Amy?! Przed nią jeszcze dłuuuga droga. Ja tu gadu gagu o wyglądzie wokalistki, a przecież jej muzyka czeka. Specjalnie chciałam nieco odwlec tę chwilę, kiedy napiszę o jej piosenkach. Muzyka Sellyy jest niestety zaprzeczeniem tego, co widzimy na okładce albumu. Gdyby ktoś mi wcześniej pokazał jej zdjęcia i zapytał, jaką muzykę gra ta dziewczyna, w ciemno odpowiedziałabym: rock, gothic rock. A tymczasem…Sellyy świetnie dogadałaby się z Lady GaGą i Kerli. Właśnie z nimi skojarzyła mi się jej muzyka. Sporo elektroniki, trochę popu i śladowe elementy rocka. Zaczyna się od “Alles schläft”. Byłam mile zaskoczona – podoba mi się. Nawet bardzo. Zobrazowana nieco kiczowatym teledyskiem piosenka szybko podbiła moje serce. Utwór powinien spodobać się wszystkim fanom “Zmierzchu”. Czytając tekst miałam wrażenie, że Selly wciela się w wampira: Wenn alles schläft, kann ich erwachen Im Dunkeln vergehen im Feuer entfachen Wenn alles schläft, kann ich erblühen Ich atme mich frei will die Ewigkeit fühlen (PL: Kiedy wszyscy śpią, ja budzę się W ciemności, biorę iskrę w ognia Kiedy wszyscy śpią, mogę się rozwijać I oddychać chcę tak wiecznie). Dalej mamy “Alles was bleibt”. Niestety, numer znacznie gorszy od poprzednika. Irytuje mnie powtarzane zbyt często zdanie alles was bleibt (PL; wszystko, co zostało). Kolejne utwory – z “Letze Krieger” i “Weiß du es nicht” na czele – są nijakie. Nie mam ochoty ponownie ich słuchać. Na uwagę zasługuje piosenka “Ich wein nicht”. Jest to duet Sellyy z Luzią Nistler. Nigdy wcześniej nie słyszałam o tej wokalistce, ale trzeba przyznać, że głos ma. No i brawa za odwagę – próbę połączenia elektroniki i opery (głos Nistler). Mix niezbyt udany. Chcieli dobrze, wyszło jak zwykle – przedobrzone i ciężkostrawne. Niech nie zwiedzie was tytuł innego numeru  – “Easy Come”. Jest to (jak pozostałe zresztą) utwór śpiewany po niemiecku. W pamięci został mi z niego tylko refren. “Deine schwarze Augen” są jedną z najsłabszych pozycji na płycie. Sellyy brzmi momentami jak Lady GaGa. Obok wspomnianego wiele linijek temu utworu “Alles schläft” podoba mi się jeszcze jedna piosenka: “Zaubermaschine”. A konkretniej uwielbiam jej różnorodność. Raz mamy rapowane wstawki, mocny refren, spokojniejszy moment w środku. Jak na debiut źle nie jest. Mogła dać z siebie zrobić produkt, a tak to w jej piosenkach jest odrobina jej. Ciekawe czym (albo – czy w ogóle) zaskoczy nas następnym razem.

#178, 179 Ashley Tisdale “Headstrong” (2007) & “Guilty Pleasure” (2009)

 

Postanowiłam zrobić porównanie obu płyt Ashley Tisdale i jeszcze raz przesłuchałam jej debiutancki album pt. “Headstrong”. Został on wydany po sukcesie “High School Musical”, w którym to Ashley wcieliła się w rolę wrednej i podstępnej Sharpay Evans. Wiadomo, płyta nie jest sountrackiem do filmu, ale Tisdale mogła pożyczyć od granej przez siebie postaci nieco pewności siebie i zadziorności. A przede wszystkim przekonania, że jest się kimś niezwykłym. Ashley chciała niestety udowodnić, że może być nową Britney Spears.

Czytaj dalej #178, 179 Ashley Tisdale “Headstrong” (2007) & “Guilty Pleasure” (2009)

#174 LaFee “Ring frei” (2009)

Po dwóch dobrych studyjnych (a przede wszystkim niemieckojęzycznych) płytach i albumie z angielskimi wersjami starych piosenek (“Shut up”, niewypał), LaFee przygotowała nowy krążek zatytułowany “Ring Frei”. Spodziewałam się po nim wielkiego BUM. Nic takiego niestety nie nastąpiło. W przeciwieństwie do poprzednich płyt ta jest strasznie nudna i przewidywalna. Mam wrażenie, że melodie się powtarzają. LaFee również brakuje poweru. Momentami miałam wrażenie, że nagrywała “Ring frei” by zadowolić wytwórnię. Zero pasji.

Czytaj dalej #174 LaFee “Ring frei” (2009)

#169 Nirvana “Nevermind” (1991)


Dokładnie 20 lat temu ukazała się płyta Nirvany pt. “Nevermind”. Teraz album jest już niemal kultowy. Omawiany szczegółowo począwszy od okładki (jedna z najciekawszych, jakie widziałam) po konkretne utwory. Podkreślany jest ogromny wpływ tej płyty na dalsze losy muzyki. A szczególnie na rozwinięcie gatunku grunge. Wydaje mi się jednak, że to wszystko na wyrost. Dawno, dawno temu muzyka nieźle kulała. Wprawdzie nie tak mocno jak teraz, gdy tej “złamanej nogi” nie da się w żaden gips wsadzić, ale lekko nie było. W radiu królowały piosenki Kylie Minogue i inne dyskotekowe ‘dzieła’. A tu nagle pojawia się zespół prezentujący zupełnie coś nowego. Sprzeciwiający się całemu światu. Nie wydaje mi się, aby popularność Nirvany dotrwała do dzisiejszych czasów. Czy gdyby Kurt Cobain nie popełnił samobójstwa w 1994 roku, zainteresowanie zespołem nadal byłoby tak duże? Zaczęło się od “Smels Like Teen Spirit”. Jak popularna jest ta piosenka świadczy chociażby fakt, że nie interesując się taką muzyką kilka lat temu, ten utwór akurat kojarzyłam i od zawsze lubiłam. Uwielbiam ten kontrast. Z jednej strony mamy spokojne zwrotki, z drugiej zaś wybuchowe refreny. Lubię najbardziej fragment, gdy Kurt śpiewa I`m worse at what I do best And for this gift I feel blessed. Our little group has always been And always will until the end (PL:  jestem gorszy w tym, co robię najlepiej i czuję się pobłogosławiony mając ten dar nasza niewielka grupa istniała od zawsze i pozostanie aż do końca). Wprawdzie bardziej przemawia do mnie agresywny refren, ale lubię ten fragment pod względem warstwy tekstowej. Po takim ‘przywitaniu’ spodziewa się, że “Nevermind” będzie jedną z najlepszych płyt jakich miałam okazję przesłuchać. Niestety, nic nie przyćmiło, ani nawet zbytnio nie zbliżyło się do “Smels Like Teen Spirit”. Mimo wielokrotnego przesłuchania (5, 6 razy) płytę kojarzę do połowy. Z “In Bloom” podoba mi się solówka na gitarze. Kolejne, “Come As You Are”, też jest całkiem ok. Nic więcej nie umiem o nim napisać. “Breed” jest mocnym, rockowym numerem. W “Lithium” bardzo podobają mi się zwrotki. Refren jest ciekawy, choć do mnie nie przemawiają te wielokrotnie powtarzane słowa “yeah”. Bardzo podoba mi się ten fragment: I’m so happy Cause today I found my friends They’re in my head I’m so ugly But that’s ok, ’cause so are you We’ve broke our mirrors Sunday morning Is everyday for all I care And I’m not scared Light my candles In a daze ’cause I’ve found god (PL: Jestem ogromnie szczęśliwy, gdyż dziś odnalazłem swych przyjaciół… Są w mojej głowie Jestem obrzydliwy, ale spoko Ty jesteś nie lepsza. Zbiliśmy nasze lustra.. Niedzielny poranek- jest codziennością tego, na czym mi zależy I nie boję się… W tym oszołomieniu zapalam swe świece, gdyż odnalazłem Boga). “Polly” jest chyba najspokojniejszym numerem na “Nevermind”. Głos Kurta brzmi całkiem delikatnie (w porównaniu do innych piosenek na płycie), fajnie współgra z muzyką. Najmniej podoba mi się utwór pt. “Territorial Pissings”. Jest bardzo zagmatwany, nieco przekombinowany. Opierający się głównie na, wybaczcie za to określenie, darciu mordy. W takim “Smels Like Teen Spirit” było to ok, tu mi się nie podoba. Najbardziej do gustu przypadł mi początek tego numeru. Śpiew we wstępie wykonany przez Chrisa Noveselica. Wykonał fragment utworu “Get Together” grupy The Youngbloodz: Come on people now, smile on your brother Everybody get together, try to love one another right now (PL: No, dalej ludzie, uśmiechnijcie się do swych braci i zjednoczcie się, postarajcie się kochać nawzajem w tej chwili). Więcej piosenek niestety nie pamiętam. Jednym uchem wleciały, drugim wyleciały. Mimo wszystko warto posłuchać. Nie będę nawet do tego zachęcać fanów mocnych brzmień, bo pewnie “Nevermind” już od dawna stoi w ich muzycznej biblioteczce. Jednak inni nie mają się czego obawiać. Uszy wam nie spuchną.

#167 Adam Lambert “For Your Entertainment” (2009)

Adam Lambert zasłynął dzięki udziałowi w nie wiadomo już której amerykańskiej wersji Idola. Raz na jakiś czas zwycięzca tego programu zdobywa międzynarodową sławę. Tak skończyła m.in. Kelly Clarkson czy Carrie Underwood. Adam programu jednak nie wygrał. Zajął drugie miejsce co i tak nie przeszkodziło mu w nagraniu płyty. A o tym. co zdobył pierwsze miejsce szybko ucichło. Adam miał jednak szansę na główną nagrodę, ale wcześniej przyznał się, że jest gejem. A takich amerykańska publiczność nie lubi. Tez to musiała być dla nich niespodzianka 😉 Nie było tego wcześniej widać? Ok, ok, skupmy się na jego debiutanckim krążku. Jestem pozytywnie zaskoczona wyborem drogi, którą poszedł Adam. Obawiałam się popowych piosenek z elementami rock’a i dance’u, tak by łatwiej się ludziom przyswoiło. Jest jednak…ostro. Znacznie więcej tu rock’a niż tanecznych brzmień. Połączył go wprawdzie z elektroniką, ale w ogóle to nie razi. Album otwiera kawałek “Music Again”. Bardzo chwytliwy numer. Nie podoba mi się jedynie moment, gdy Adam wysokim głosikiem śpiewa Look into my eyes baby eyes (PL: Popatrz mi się w oczy, w oczka). Zaraz potem bawimy się do “For Your Entertainment” by odpocząć przy soft rockowej balladzie “Whataya Want From Me” napisaną przez Pink. Cenię tę wokalistkę, ale znacznie bardziej podoba mi się wersja Adama. Swego czasu to była jedna z moich ulubionych piosenek. Lambert brzmi po prostu magicznie. Kolejny utwór – “Strut” – tez  ok. Nie przekonuje mnie tylko refren. Następny numer tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że Adam ma świetny głos. Nagrał bowiem cover utworu zespołu Muse – “Soaked”. Troche bałam się, czy tego czasem nie popsuje. Piosenka jest w stylu Muse ale i Adam świetnie się w niej odnalazł. Brak mi słów. Po prostu trzeba tego posłuchać. Musze przyznać, że w Adama uwierzyło wiele gwiazd. Oprócz wspomnianej wcześniej Pink, autorkami utworów są m.in. Linda Perry (“A Loaded Smile”) i Lady GaGa (“Fever”). Obie piosenki nie zrobiły na mnie zbyt pozytywnego wrażenia. Piosenka autorstwa Lindy jest zupełnie bez polotu. Ta od GaGi natomiast sprawdziłaby się i na “The Fame”. Perełką jest natomiast utwór napisany przez Ryan’a Teddera, wokalistę OneRepublic. Piosenka “Sleepwalker” jest bardzo dobra. Na płycie Adama Lamberta znajdują się mocne utwory, inne są mniej udane. Ma chłopak jednak ogromny potencjał i wierzę, że nie da nam o sobie zapomnieć

#166 Amy MacDonald “This Is the Life” (2007)

Nie ma o niej informacji na portalach plotkarskich. Jej teledyski puszczają w telewizji rzadziej niż te Amy Winehouse (przed śmiercią). Sama wokalistka nie lansuje się, biegając z premiery filmu klasy B. na imprezę z okazji wprowadzenia na rynek nowego preparatu na odchudzanie. Skupia się na muzyce. To ona jest autorką wszystkich piosenek na debiutanckiej płycie “This Is The Life”. W wielu zagrała nawet na gitarze. Podoba mi się, że miała tak duży wkład we własny album. Amy ma charakterystyczny głos. Może nie tak jak Duffy czy Adele, ale nie sposób pomylić ją z inną wokalistką. Jej wokal jak na jej młody wiek (w chwili nagrywania płyty miała 19 lat) jest bardzo dojrzały. Amy poznałam dzięki piosence “This Is The Life”. Na początku nie byłam nią zachwycona, ale szybko wkręciłam się na dobre. Teraz to jedna z moich ulubionych piosenek. Amy śpiewa o życiu tych, dla których świat kończy się na obejrzeniu nowego filmu czy posłuchaniu nowej piosenki swojego idola. Artystka nuci między innymi And you’re singing the songs Thinking this is the life (PL: A ty śpiewasz te piosenki Myśląc, że to właśnie jest życie). Największym atutem utworów MacDonald są ich teksty. Pod względem muzyki album może wydawać się jednostajny. Nieco popu, rocka, folku i country przewija się w każdym numerze. Musiałam posłuchać tej płyty przynajmniej 4 razy by zapamiętać coś więcej niż “This Is The Life” i “Poison Prince”. Dlatego właśnie zwróciłam uwagę na teksty piosenek. W “Let’s Start a Band” pyta m.in. And how do I know if you’re feeling the same as me? (PL: Jak mam wiedzieć czy twoje uczucie jest takie same jak moje?). Lubię ten utwór. Na początku jest spokojnie. Dopiero pod koniec głos Amy nabiera mocy. Najbardziej chyba podoba mi się cytat z piosenki “L.A.” brzmiący I’m always told to be the dreamer kind wake up one morning and your dreams are life (PL: Zawsze mówią mi, żebym była marzycielką by pewnego dnia sny stały się rzeczywistością). W “Youth of Today”, najspokojniejszej piosence na płycie, MacDonald śpiewa o tym, by zrozumieć młodzież, co w końcu nie jest takie proste: And we are the youth of today Change our hair in every way(PL: Jesteśmy dzisiejszą młodzieżą Zmieniamy fryzurę na każdy sposób). Numer jest naprawdę dobry. Jeden z moich ulubionych na tym krążku. Przyznam, że zaskoczył mnie. Do takiego tekstu (i tematu) aż chciałoby się nagrać coś rockowego, nieco zbuntowanego. Ona zrobiła inaczej i…chyba właśnie tym wygrała. Płyta Amy bardzo mi się podoba. Trzeba spędzić przy niej trochę czasu, ale warto.