#76 Avril Lavigne “Goodbye Lullaby” (2011)

Nigdy nie należałam do grona fanów Avril Lavigne. A nawet jeśli na chwilę wstąpiłam, to “Goodbye Lullaby” sprowadził mnie natychmiast na ziemię. Na pierwszy rzut oka widać, że Avril zdecydowanie odcięła się od młodzieżowej, pop punkowej stylistyki, którą zjednała sobie ludzi. Okładka płyty jest cudowna. Od razu widzimy, że porzuciła imprezową muzykę prezentowaną 4 lata temu na “The Best Damn Thing”. Czyżby się wyszumiała? Stylistyka krążka jest delikatna, balladowa. Piosenki w dużej mierze opowiadają o miłości, bo wszyscy pamiętamy jej rozwód z mężem. Nic nie mam przeciwko balladom. Te w wykonaniu Mariah Carey, Duffy czy Christiny Aguilery chwytają za serce. I właśnie temu, że na “Goodbye Lullaby” dominują spokojne utwory, przypisuję słabe wrażenie, jakie Avril na mnie zrobiła. Tylko “Everybodys Hurts” zaliczyłabym do tych znośnych, łagodnych numerów. “I Love You”, “Not Enough” czy “4 Real” są moim zdaniem okropne. Nie przebijają jednak “Goodbye”. Spodziewałam się czegoś fajnego po tym utworze, ale się zawiodłam. Bardzo nie podoba mi się głos Avril w niektórych momentach tej piosenki. Nawet nie chce mi się wspominać, że na początku o mały włos a wzięłabym “Goodbye” za kontynuację “Black Star”. A jak już jesteśmy przy tej piosence, która otwiera album – lepiej wypadłaby, gdyby umieścić instrumentalną wersję, bez wokalu Avril. Sama melodia jest cudowna. Mogłabym dać szanse akustycznej piosence “Darlin”, ale refren zatarł dobre wrażenie. Na całym “Goodbye Lullaby” pozytywne wrażenie oprócz wspomnianego wcześniej “Everybody hurts” robi na mnie “Smile” i “Alice”. Ten pierwszy jest obok “What The Hell” najbardziej żywym utworem. Przypomina mi czasu “The Best Damn Thing”. Natomiast “Alice” podobała mi się od zawsze. Niezwykle tajemniczy numer. Szansę można byłoby dać każdej piosence zawartej na tym krążku. Razi mnie jednak to, że w większości są to piosenki bez wyrazu. Zero emocji. Nie znam perfect angielskiego i podczas słuchania nie zawsze rozumiałam o czym Lavigne śpiewa. Nie wiedziałam, czy spokojna piosenka ma sprawić, że się uśmiechnę, czy wprowadzić mnie od refleksyjnego nastroju aż po łzy. Denerwowało mnie też to, że po przesłuchaniu jednej piosenki nie pamiętałam poprzedniej. Cóż, mogło być lepiej. 4 lata to sporo, by zgromadzić ciekawy materiał.

#74, 75 Duffy “Endlessly” (2010) & Avril Lavigne “Under My Skin” (2004)

Jej debiutancki krążek jest albumem genialnym. To od “Rockferry” Duffy pochodzi adres mojego bloga. Nie wyobrażam sobie jednak, by zmienić go (adres bloga) po przesłuchaniu “Endlessly”. Już sama okładka daje nam do zrozumienia, że to ‘inna’ Duffy. Na poprzedniej była smutna, zamyślona, czarno-biała. Tu – radosna, kolorowa. Jestem jej fanką od usłyszenia “Warwick Avenue” i z niecierpliwością czekałam na nowy krążek. Mniej tu niestety piosenek, które w 100% pasowałyby do Duffy. Materiał na “Rockferry” idealnie odkrywał atuty jej głosu, bądź co bądź bardzo charakterystycznego. Na “Endlessly” w niektórych piosenkach brzmi jak dziecko. Jeśli chodzi o gatunki, Duffy skierowała swoją karierę na popowe brzmienia, połączone całkiem zgrabnie z r&b i soulem. Za stronę muzyczną odpowiadali panowie z hip hopowego zespołu The Roots. Na 10 piosenek, 5 z nich to potencjalne, taneczne utwory. Niektóre wyszły naprawdę fajnie (“Well Well Well”, “Lovestruck”, “Keeping’ My Baby”), inne jak np. “My Boy” czy “Girl” zaliczyłabym do najgorszych. Miałam nadzieję, że może w spokojnych piosenkach usłyszę nawiązanie do “Rockferry”. Podobny, świetny klimat poczułam tylko w dwóch numerach: “Endlessly” i “Too Hurt To Dance”. No i w niektórych momentach “Hard For The Heart”. Podoba mi się jednak to, że Duffy miała spory wpływ na album. Nie było to tak, że kazali jej nagrać takie coś. Jest współautorką wszystkich utworów na “Endlessly”. Spodobał mi się np. tekst do “Don’t Forsake Me”,który opowiada o utraconej miłości. Duffy śpiewa m.in.You’re just another soul that I’m making disappear (PL: Jesteś tylko kolejną duszą, której pozwalam zniknąć). Jednak nawet najlepszy tekst da się zniszczyć kiepską muzyką. Spodziewałam się po Duffy czegoś lepszego. Nie ma tu perełek na miarę “Syrup & Honey” czy “Warwick Avenue”.

“Under My Skin” to płyta wydana między nie bardzo zapadającym w pamięć “Let Go” a przekreślającym rockową naturę Avril “The Best Damn Thing”. Moim zdaniem – jej najlepsza płyta. Nie jest za buntowniczo, chłopięco. Avril nieco dojrzała. Nawet na niektórych zdjęciach w książeczce ma na sobie spódniczkę. (tak nawiasem mówiąc – bardzo ładną ;)). Mimo wszystko jej nieco ostrzej, mroczniej niż na debiucie. Podoba mi się młodzieńczy pop rock zawarty tutaj. Coś o piosenkach? Moim numerem jeden jest przejmujące “Nobody’s Home”. Warto przytoczyć refren: She wants to go home, and nobody’s home. Its Where she lies, broken inside. With no place to go, no place to go to dry her eyes. Broken inside. (PL: Ona chce do domu, nikogo nie ma w domu. Właśnie tam leży, złamana w środku. Nie mając gdzie pójść, nie ma dokąd pójść, by wytrzeć łzy. Złamana w środku.). Hmmm, prawdziwe, szczere. Każdy z nas miał chyba moment, w którym czuł się opuszczony i nie rozumiany przez nikogo. Podobają mi się również “Take Me Away”, “Together” i nieco radośniejsze “Fall To Pieces”. Fanów spokojnych, balladowych klimatów zaciekawi “Slipped Away”. Jest to utwór, który Avril napisała dla zmarłego dziadka. Tekst może i jest trochę banalny np. I miss you, miss you so bad I don’t forget you, oh it’s so sad (PL: Tęsknie za Tobą, tak bardzo za Tobą tęsknie. Nie zapomnę o Tobię, to takie smutne.), ale liczą się prawdziwe emocje, które przekazuje nam wokalistka. Widać, że jej z tą stratą ciężko. Ciężko wskazać utwór, który nie przypadł mi do gustu. Nie zachwyciła mnie piosenka “He Wasn’t”. Jedyne co mi się w niej podoba to dwa wersy jakby wyjęte z mojego życia: What happened to my Saturday? Mondays coming the day I hate (PL: Co stało się z moją sobotą? Nadchodzi poniedziałek, dzień, którego nienawidzę). Taak, wszyscy kochamy weekendy. Jedyne co mi przeszkadza, to przewijający się w wielu utworach tekst “ah ah ah ah…” lub pokrewne ‘sylaby’. Ogółem jednak jestem mile zaskoczona. Bardzo dobry album.

#71, 72, 73 Jennifer Lopez “On the 6” (1999) & Paramore “Riot!” (2007) & Shakira “Laundry Service” (2001)

“On The 6” jest debiutanckim albumem początkującej (wówczas) aktorki Jennifer Lopez. Tytuł płyty nawiązuje do jej młodości. Tytułowa 6 to numer linii metra, którą J.Lo podróżowała z Bronxu do Manhattanu. Spodziewałabym się nawiązań do muzyki hip hop, ale jej namiastkę znajdziemy tylko w “Feelin’ So Good”. Zdecydowanie nie jest to mój ulubiony numer na tej płycie. Wkurza mnie przewijający się ten sam taneczny bit. Cały album można podzielić na dwie części. Z jednej strony Jennifer porywa nas do tańca za pomocą takich hitów jak singlowy “If You Had My Love”, zawierający w sobie wpływy r&b; równie fajnym “Open Off My Love” czy dyskotekowym “Una Noche Mas”. Z drugiej strony częstuje nas balladami. Moją ulubioną jest “Should’ ve Never”. Delikatny wokal Jennifer i dźwięki gitary stwarzają wspaniały klimat. Nawet nie przeszkadza mi w niej to, że trwa ponad 6 minut. Inne ballady z tego krążka nie zrobiły na mnie takiego wrażenia, jak wcześniej wspomniana. “Promise Me You’ll Try” najzwyklej na świecie znika w tłumie innych utworów, “Talk About Us” ma dobry refren, cover piosenki Diany Ross pt. “Theme from Mahogany (Do You Know Where You’re Going To) brzmi nie najgorzej, “Could This Be Love”jest subtelnym utworem. Jennifer wielokrotnie podkreśla swoje latynoskie korzenie, mimo iż niewiele piosenek na “On The 6” śpiewanych jest po hiszpańsku. Jednak wyczuwa się tego ‘latynoskiego ducha’. Ciekawym pomysłem jest umieszczenie na płycie dwóch rożnych wersji duetu J.Lo z Marcem Anthonym pt. “No Me Ames”. Swoją drogą, ciekawe czy Jennifer już wtedy przeczuwała, że zostanie żoną Marca. Wróćmy jednak do piosenki. Bardziej przypadła mi do gustu balladowa wersja. Tropikalny remix utworu, choć hawajskie dźwięki są super ;), nie zdał testu. Wokale J.lo i Anthony’ego po prostu nie pasują do tanecznej wersji. Uważam jednak, że jako całość “On The 6” prezentuje się dobrze.

Jak już pisałam w recenzji “Brand New Eyes”nie mogę uwierzyć, że o tym zespole stało się głośno dopiero na moment przed wydaniem trzeciego krążka. Ten – “Riot!” – bardziej mi się podoba. Jest to niezbyt komercyjna płyta, pełna rockowego, pop punkowego grania. Nie bez przyczyny album nosi tytuł “Riot!” (PL: bunt). Hayley buntuje się przeciw słodkim, popowym pioseneczkom. Nie wyobrażam jej sobie w tanecznych numerach. Takowych tu nie znajdziemy ale nie znaczy to, że mamy do czynienia z jakąś smętną płytą. Sporo tu piosenek o niezwykłej mocy. “Misery Business”, “Crushcrushcrush” czy “Fences” od zawsze mi się podobały. Do spokojniejszych, ale wciąż okraszonych gitarowym graniem, numerów można zaliczyć “When It Rains” oraz “We Are Broken”. Mi do gustu bardziej przypadł…no właśnie, oba są warte uwagi. “When It Rains” ma niesamowity początek. “We Are Broken” zaczarował mnie zwrotkami. Z piosenek zawartych na “Riot!” nie przekujuje mnie “That’s What You Get” oraz “For a Pessimist I’m Pretty Optimistic”. Warto wspomnieć jeszcze o “Born For This”, gdzie występuje naprawdę dobry hmm, chórek? Tak, tak to nazwę. I jeszcze słówko na koniec. Piosenki nie zapadają szybko w pamięć, trzeba przesłuchać album kilka razy by zacząć kojarzyć, ale słuchanie go to przyjemność.


“Laundry Service” był pierwszym anglojęzycznym albumem Shakiry. Kiedyś z pewnością nie zrobiłby na mnie takiego wrażenia. Jednak w zeszłym roku, dzięki “Waka waka” przekonałam się do Shakiry. I dobrze zrobiłam. Z tej płyty kojarzyłam tylko single. Jednak zakup “Laundry Service” był dobrą decyzją.  Shakira nie zawodzi. Udowadnia, że ma naprawdę dobry głos, chociaż przyznam, że w kompozycjach takich jak “Rules” czy “Ready For The Good Times” zdarza jej się wydać z siebie dość koszmarne dźwięki. Od Shakiry dostajemy sporą dawkę energetycznych utworów, przy których nogi same rwą się do tańca. Nie są to jednak płytkie numery. Memy tu “Objection (Tango)”, który zawiera w sobie wpływy muzyki latino, nieco dyskotekowe “Ready For The Good Times” czy w końcu hit “Whenever Whenever”. Ten ostatni utwór przekonał mnie do siebie w hiszpańskojęzycznej wersji, którą również znajdziemy na krążku (“Suerte”). Jednak najlepiej Shakirze wychodzą piosenki łączące w sobie pop rock (“The One”), soft rock (“Underneath Your Clothes”) oraz rock en español (“Te Dejo Madrit”, “Que Me Quades Tú”). To właśnie odróżnia Shakirę od wielu innych latynoskich artystów. Na pewno nie można postawić jej obok Ricky’ego Martina czy Jennifer Lopez. Shakira ma pazur. Najwieksze wrażenie na “Laundry Service” zrobiła na mnie wspomniana wcześniej soft rockowa, nieco nietypowa ballada “Underneath Your Clothes”. Uwielbiam moment, gdy Shakira śpiewa You’re a song Written by the hands of god (PL: Jesteś piosenką pisaną rękami Boga). Strasznie podoba mi się “Eyes Like Yours”. Szalona, szybka kompozycja z ciekawym chórkiem. Co tu jeszcze dodać? Powoli zapoznaję się z dyskografią Shakiry. Wiele osób mi mówiło, że ten album jest znacznie gorszy od poprzedników. Na mnie zrobił dobre wrażenie i z pewnością często do niego wrócę.

#69, 70 Miley Cyrus “Breakout” (2008) & Kelly Clarkson “Breakaway” (2004)

Przyznaję się bez bicia – oglądałam Hannah Montana. I doceniam ten album bardziej. na ekranie Miley jest słodka, bardzo dziewczęca. Na “Breakout” pokazuje pazur. Cieszę się, że zdecydowała się na nagranie płyty, do której nie musiałaby wkładać blond peruki. Miley jest nastolatką. I to na tym albumie słychać. Nie sili się na nie wiadomo jakie mądrości w piosenkach. Śpiewa o tym, co jest dla niej ważne. Utwór “7 Things” opowiada o byłym chłopaku. Tytułowe “7 rzeczy” odnosi się do tego, czego ona w nim nienawidzi. W coverze piosenki Cindy Lauper “Girl Just Wanna Have Fun” w zabawny sposób śpiewa o wracaniu do domu nad ranem itp. W “Wake Up America” nawołuje do troszczenia się o naszą planetę. W niektórych numerach Cyrus jest wesoła, rockowa (“Fly On The Wall”, “Breakout”, “See You Again”) w innych odsłania przed słuchaczami swoja wrażliwszą naturę. Strasznie podoba mi się ballada “Bottom Of The Ocean” opowiadająca o nieszczęśliwej miłości. Mimo upływu lat moim numerem jeden z tego albumu jest “Fly On The Wall”. Łatwo wpada w ucho, ma świetną melodię i zabawnym tekstem, w którym Miley zadaje pytanie: Don’t you wish that you could be a fly on the wall A creepy little sneaky little fly on the wall (PL: Czyż nie chciałbyś być muchą na ścianie Przerażająco małą,podstępnie małą muchą na ścianie). “Breakout” nie jest wybitnym krążkiem. Pozwala jednak odetchnąć od Hanny Montany i spojrzeć na Miley z nieco innej strony. Tym bardziej, że jest to jej najbardziej rockowy album.

 

“Breakaway” to drugi album zwyciężczyni “Idola” (wersja USA) – Kelly Clarkson. Zanim nie przesłuchałam, kojarzyłam single. Oczywiście te wydane w Polsce, ale to szczegół. Od zawsze podobały mi się dwie jej piosenki. Należy do nich ballada “Because of You” opowiadająca o problemach rodzinnych, braku zaufania do drugiej osoby. Kelly śpiewa I was so young You should have known better than to lean on me You never thought of anyone else You just saw your pain (PL: Byłam taka młoda, Powinieneś mieć więcej rozumu niż opierać się na mnie. Nigdy nie myślałeś o nikim innym, Widziałeś tylko swój ból.). Drugim numerem jest rockowe “Behind These Hazel Eyes”. W niektórych momentach wokal Kelly brzmi naprawdę niesamowicie. Po przesłuchaniu płyty pokochałam utwór “Addicted”. Kelly śpiewa w nim, jak bardzo jest zakochana. Porównuje chłopaka do narkotyku, pijawki wysysającej z niej życie. Podoba mi się to, że temat utworu przywodzi na myśl radosny utwór (jak było np. w “Lovin’ Me 4 Me” Christiny Aguilery) a w rzeczywistości jest inaczej. Kiedy słuchałam “Addicted” czułam jak przechodzą mnie dreszcze 😉 Plus za Clarkson. Co z resztą? Przemknęła gdzieś z boku. Nie mówię, że pozostałe piosenki są złe. Osobno słucha się ich przyjemnie, ale razem nieco nudzą. Kelly postawiła na popową i pop-rockową stylistykę. Czasem jest balladowo (“Where Is Your Heart”) czasem bardziej tanecznie (“Walk Away”, “Gone”).

 

#66, 67, 68 Keri Hilson “No Boys Allowed” (2010) & Alicia Keys “As I Am” (2007) & Kylie Minogue “Fever” (2001)

Od przesłuchania debiutanckiej płyty “In a Perfect World…” uważam, że Keri Hilson jest jedną z najzdolniejszych wokalistek z pogranicza r&b i popu.Widziałabym ją w jednym rzędzie z Beyonce czy nawet Rihanną. Niestety ciągle pląta się gdzieś z tyłu. A ma świetne warunki: niezłe teksty, fajne melodie,dobry głos i topowych producentów. Więc w czym problem? Przy recenzji pierwszej płyty pisałam, że do pełni szczęścia brakowało mi Keri z charakterem jej osobowości. Na “No Boys Allowed” nie jest z tym lepiej. Czy pomoże zmiana image’u na bardziej seksowny? Zaczęłam od krytyki samej Keri, więc przejdę lepiej do albumu. Tytuł wzbudził spore kontrowersje. Zakaz dla chłopców? Hilson już się z tego wytłumaczyła: Wiele moich muzycznych dialogów pochodzi z kobiecego punktu widzenia. Mówię o tym, na co my kobiety zasługujemy będąc w związku. Zasługujemy, aby traktować nas jak kobiety którymi jesteśmy.Zasługujemy na mężczyzn i w pewnym momencie musimy przestać bawić się z chłopcami (…). Jednak wokalistka nie miała nic przeciwko duetom z innymi muzykami. Z J.Cole wykonuje bardzo fajny numer “Buyou”. Z Rickiem Rossem ‘wymiata’ w “The Way You Love Me”- nieco agresywnym, prowokującym. Nie zabrakło również powszechnie znanych hiphopowych artystów: Kanye West (Pretty Girl Rock), Nelly (Lose Control / Let MeDown) a nawet Chris Brown (One Night Stand). Wiele utworów bardzo łatwo wchodzi do głowy i nie chce niej wyjść. Kilku mimo wielokrotnym słuchaniom nie pamiętam. Na tle innych ciekawie wypada “Toy Soldier” z rewelacyjnym oryginalnym początkiem -nieco instrumentalnym. Podoba mi się też spokojna piosenka “All The Boys”. Teksty na płycie opowiadają nie tylko o miłości, ale również o silnych kobietach, które są świadome swojej wartości i nie dadzą sobie wejść na głowę.

Ktoś kiedyś mówił, że “As I Am” to najgorsza płyta w dorobku Alicii Keys. Musiałam sprawdzić to osobiście. Nie zgadzam się z tymi opiniami. Nie jest to album na miarę świetnego “Songs in a minor” ale z powodzeniem może konkurować drugim albumem Alicii “The diary of Alicia Keys”. Nie jest to komercyjny album, chociaż singlowy”No One” (w którym Aliciia operuje głosem jak mało kiedy) był dość często puszczany w radiu. U Keys zawsze podobało mi się to, że potrafi połączyć ‘oldskulowe’ brzmienie z nowoczesnymi melodiami. Krąży pomiędzy dobrym r&b,soulem, hip hopowymi bitami. Fortepian występuje obok gitary basowej, saksofon obok syntezatora. A do tego wszystkiego niezwykle świetny głos artystki. Czasem mocny (“Go Ahead”, “No One”), czasem delikatny (“Prelude To a Kiss”, “Like You’ll Never See Me Again”). Ale zawsze pełen emocji oraz uczuć. Alicia pięknie śpiewa o miłości w takich utworach jak “Like You Never See Me Again” czy w jednym z moich faworytów na tej płycie “The Thing About Love”. W tej drugiej śpiewanie tylko Love, love will come find you (PL: Miłość, miłość przyjdzie do Ciebie, odnajdzie Cię.) ale i Love, it will forsake you (PL: Miłość,opuści Cię). Alicia nagrała również hmmm, hymn? Na cześć silnych kobiet. Chodzi tu o otwór “Superwoman” w którym śpiewam .in. Even when I’m a messI still put on a vest With an S on my chest Oh yes I’m a Superwoman (PL:Nawet jeśli mam problem Wkładam koszulkę Z literą S na piersi Oh, tak Jestem Superkobietą). Warto dodać, że tekst do tej piosenki współtworzyła Linda Perry,autorka głośnego “Beautiuful”.

Oceniłam już “Aphrodite” oraz “X”. Miałam sobie zrobić przerwę od Kylie Minogue, ale w ręce wpadł mi jej album “Fever”. Jaka jest Kylie każdy wie. Daleko jej muzyce do rockowych brzmień lub jazzowych melodii. Wypracowała jednak swój własny styl. Zaledwie rok po wydaniu popularnego “Light Years” otrzymaliśmy od niej “Fever”. Kuć żelazo puki gorące 😉 Singiel “Can’t Get You Out of My Head”, który do najlepszych utworów na ty krążku nie należy, swego czasu cieszył się ogromną popularnością. Fragment piosenki zanucić umie każdy: La, la, la, la, la, la, la. Na płycie znajdziemy inspiracje muzyką z lat 80. XX wieku. Melodie disco mogą wydawać się obciachowe, ale Kylie zrobiła z nich swój znak rozpoznawczy. Umiejętnie łączy je jednak z muzyką klubową (“Fragile”, “Burning Up”, “Dancefloor”). Krótko mówiąc płyta jest bardzo elektroniczna, taneczna. Momentami słychać inspiracje muzyką house (“Love Affair”). Zazwyczaj takie albumy jak ten zlewają mi się w jedno a nawet szybko o nich zapominam. W tym przypadku jednak pamiętam większość utworów. Warto wspomnieć o głosie Kylie. Jest bardzo dziewczęcy, momentami słodki. Nie traktuje tego jako minus. Wręcz przeciwnie. To tu pasuje jak nigdzie indziej. “Fever” nie jest ambitnym albumem. Jednak w kategorii “muzyka imprezowa” z czystym sumieniem umieszczę go wysoko.

#63, 64, 65 Cheryl Cole “Messy Little Raindrops” (2010) & Bruno Mars “Doo Wops & Hooligans” (2010) & Britney Spears “Oops!… I Did it Again” (2000)

Tytuł płyty jest uroczy. Okładka zachęcająca, oryginalna. Wnętrze? Jak już uparliście się, by zapoznać się z Cheryl Cole, włączcie sobie “3 Words”. Poprzedni album na tle tego wypada imponująco. Słuchając “Messy Little Raindrops” miałam wrażenie, że został nagrany dla zysku. Idealnie dopasowuje się do tego, co obecnie w muzyce jest modne. Taneczna muzyka, tanie bity, elektryczne ‘dodatki’. Ale czemu słuchacze mają cierpieć, bo ktoś postanowił sobie zarobić? Cheryl nie wyszła poza schemat. Nie dodała nic od siebie. Przy jej muzyce zamiast tańczyć zechciało mi się spać. Brakuje mi odrobiny szaleństwa. Tego czegoś, co wyróżniłoby Cheryl spośród innych wokalistek. Nie potrzebny był pośpiech przy nagrywaniu. Fani na pewno by się nie obrazili, gdyby płyta wyszła z rok później. Do tego czasu z pewnością Cheryl nagrałaby o niebo lepszy materiał. Tutaj piosenki są bardzo płytkie,nudne, zlewają się w jedno. Nie pomogli sławni goście – Travis McCoy (“Yeah Yeah”), Dizzee Rascal (“Everyone”), Will.I.Am (“Let’s Get Down”). Znalazły się tu dwa spokojniejsze utwory.Singlowe “The Flood”, które za dużej popularności nie zdobyło, oraz “Raindrops”, które całkiem mi się podoba. Głównie dlatego, że podczas słuchania tej piosenki nie miałam wyrzutów sumienia, że nie tańczę a może powinnam ;P Drugi singiel z tej płyty – “Promise This” – na tle pozostałych numerów wypada dobrze. Nawet przeboleję te “Alouette uetteuette Alouette uette uette“.

Bruno Mars jest obecnie jednym z najpopularniejszych wokalistów. A zadebiutował dopiero w zeszłym roku.Od razu zjednał sobie rzesze fanów. Głównie fanek. Ale ja nadal pozostaje oporna. Ani on przystojny, ani szczególnie utalentowany. Tyle się dobrego o nim powiedziało, że postanowiłam przesłuchać “Doo Wops & Hooligans”. Zły nie jest, słuchałam gorszych. Ale znów do wybitnych nie należy. Mocno średni. Jeśli chodzi o gatunki. Bruno Mars serwuje nam pop połączony z r&b,soulem i reggae. Podoba mi się to, że można przy tej płycie odpocząć, odprężyć się, wyluzować. Ja odpłynęłam chyba za bardzo, bo nijak nie pamiętam ośmiu (z dziesięciu) utworów. W pamięci pozostało mi okropne “Just The Way You Are” i nieco mniej popowe “Grenade”. Czyli single. Sięgnę jednak do notatek robionych podczas słuchania tej płyty. “Runaway Baby”pełne jest gitar, funkowego brzmienia. W piosence “The Lazy Song”Bruno Mars bezbłędnie odnalazł się w roli lenia 😉 Wokalista już dziś nazywany jest następca Michael’a Jacksona. Który to już z kolei? Fanką jego nie byłam. Marsowi jeszcze sporo brakuje. Jeśli chodzi o teksty piosenek. Niektóre wypadają przyzwoicie (“Marry You”), inne śmieszą. Jak choćby singlowe “Grenade”: I’d catcha grenade for ya. Throw my hand on the blade for ya. I’d jump in front of atrain for ya (PL: Złapałbym dla ciebie granat Dałbym sobie dla ciebie uciąć rękę Skoczyłbym pod pociąg dla ciebie). Kurczę, zdesperowany. Płyta już dzisiaj jest hitem. Dobrze się tego słucha, ale całość wypada nużąco.

 

Ups, Britney. Zrobiłaś to ponownie. Znów nagrałaś album, po który ustawią się nastolatki. Ale czy trzeba tak na nich żerować? Oni też mają uszy i prawo do otrzymywania dobrej muzyki. A tym czasem piosenkarka ma talent do nagrywania płyt, po których przesłuchaniu bolą mnie uszy. Britney przez rok nie zrobiła żadnych postępów. To, co wybaczyłam jej w przypadku debiutu, tu potraktuję surowiej. Mamy tutaj przykład słodkiego (ałć, zęby bolą) popu, teen popu oraz kiepskiego dance’u (“What U See (Is What U Get)”, “Can’t Make You Love Me”, “Don’t Go Knockin’ on My Door”). Sporo tu przesłodzonych ballad (“When Your Eyes Say It”, “Dear Diary”, “Where Are You Now”). Zawsze interesowały mnie czyjeś sekrety, pamiętniki. Ten od Alicii Keys łyknęłam z przyjemnością.”Dear Diary” Britney rozpoczyna się, tak, wy już wiecie. Tak jak zaczyna się pamiętnik potencjalnej 10-11 latki: Dear diary Today I saw a boyAnd I wondered if he noticed me He took my breath away (PL: Drogi Pamiętniku Dzisiaj spotkałam chłopaka i zastanawiałam się , czy mnie zauważył.On zabrał mi oddech.). Podoba mi się jeden, jak to nazwać, efekt zastosowany w “Heart”, “What U See (Is What U Get)”, “Oops!… I Did It Again”. Chodzi mi tu o…rozmowy. Czasem telefoniczne, czasem pomiędzy nią a koleżankami na imprezie. Najbardziej jednak zastanawia mnie, co robi tu cover piosenki The Rolling Stones “(I Can’t Get No) Satisfaction”. Czemu właściwie Britney zainteresowała się tym utworem? Prędzej widziałabym ją w czymś od Madonny. Zabierać się za rock and rollowy utwór? Ryzykownie. Jakoś się jednak wybroniła. Da się tego słuchać. Za najlepszą piosenkę uznaję tytułowy utwór “Oops!… I Did It Again”. Głównie z sentymentu. Był to bowiem pierwsza kompozycja Britney, którą poznałam.