#121, 122 P!nk “I’m Not Dead” (2006) & Alesha Dixon “The Alesha Show” (2008)

Po nieudanym ‘nalocie’ na muzykę pop punk P!nk wróciła do formy. Tytuł płyty nie jest przypadkowy. “I’m Not Dead” (Nie umarłam), zdaje się nas przekonywać. Nie, P!nk na pewno nie ‘umarła’, po prostu odrodziła się na nowo. I muszę przyznać, że nigdy nie była tak dobra, świeża, pomysłowa. Podoba mi się to, że płyta “I’m Not Dead” nie jest jednostajna, piosenki nie są do siebie podobne. Nie zmienia się jedno – P!nk jest szczera, bezkompromisowa. Nikogo nie udaje. W jej głosie nie czuć ani jednej ‘nutki’ fałszu. Jest sobą, kiedy śpiewa o durnych dziewczynach (“Stupid Girls”) lub pytając prezydenta, czy ten może w ogóle spać spokojnie (“Dear Mr. President”). Rozwinę teraz swoją myśl co do różnorodności krążka. Z jednej strony jest przebojowo. Zaczyna się od mocnego uderzenia – utworu “Stupid Girls”. Może jest to bardziej uderzenie w warstwie tekstowej (policzek dla ‘głupich dziewczyn’) niż muzycznej, ale nie zmienia to faktu, że piosenka jest świetna. Niedługo potem mamy tytułowe “I’m Not Dead”, prawie dyskotekowe “Cuz I Can” oraz wpadające w ucho “Leave Me Alone (I’m Lonely)”. Następnie mamy chwilę wytchnienia, by naładować baterie przed (świetnym!) “Fingers” i nieco tylko ustępującym mu “Centerfold”. A co ze spokojniejszą częścią płyty? Mimo pozorów sporo tu ballad. Zaczyna się od “Who Knew”, do którego na razie nie potrafię się przekonać. Następnie w kolejce czekają “Nobody Knows” i “Dear Mr. President”. Kiedyś uwielbiałam ten drugi utwór. Nadal mam do niego ogromny sentyment, ale przegrywa teraz z “Nobody Knows”. Za jakiś czas wchodzimy bez wątpienia w strefę balladową. Wprowadza nad do niej nieco rockowe “Runaway”. Dalej mamy akustyczne “The One That Got Away”. Szczerze mówiąc, nie podoba mi się. Nieco P!nk rehabilitują dwie kolejne piosenki – “I Got Money Now” i “Conversations With My 13 Year Old Self”. Szczególnie ta druga jest niezwykła. Niby nic, a cieszy ucho. Najciekawszą piosenką jest spokojne, nieco akustyczne “I Have Seen the Rain” zaśpiewane (o ile się dobrze orientuję) przez P!nk i jej ojca. Na początku P!nk mówi o nim. W jej głosie słychać, że ta piosenka jest dla niej ważna. Podsumowując. Poznałam już wszystkie płyty P!nk, ale ta jest zdecydowanie najlepsza.

Alesha Dixon to jedna trzecia brytyjskiego girlsbandu Mis-Teeq. Do nagrania solowej płyty przymierzała się dwa razy. Za pierwszym obserwowaliśmy historię podobną jak u Nicole Scherzinger. Po kilku nieudanych singlach płyta wylądowała w koszu. Alesha wzięła udział w “Tańcu z gwiazdami”. Zaszła daleko. I wtedy dopiero zainteresowano się nią w rodzimej Brytanii. Zaowocowało to płytą “The Alesha Show”. Jaką właściwie muzykę gra Alesha? Przede wszystkim jest to pop i r&b. Na szczęście urozmaica swoje piosenki innymi gatunkami. W singlowym hicie “The Boys Does Nothing” pojawia się swing. W “Let’s Get Excited” szczypta elektrycznych brzmień. W kilku utworach r&b. Cała płyta raczej mi się podoba. Alesha może nie ma głosu jak Beyonce (do której, notabene jest porównywana) ale potrafi stworzyć niezłą, taneczną muzykę. Tego mogłaby Beyonce się od niej poduczyć. Przyznam, że chciałam zawrócić już przy intro – “Welcome To The Alesha Show”. Okropne. Przewidywalne. Ten tekst był po prostu zbędny, nic nie wnosił. Zostawienie samej muzyki byłoby lepszym pomysłem. Tym bardziej, że za chwilę mamy dynamit w postaci “Let’s Get Excited”. Kiedyś uwielbiałam ten utwór. Teraz nieco mniej. Potem Dixon daje nam odpocząć, serwując balladę r&b pt. “Breathe Slow”. Czasami Alesha sięga po popularny (w czasie wydania tej płyty – 2008) retro pop. Warto polecić tu zawierające w sobie ten gatunek chwytliwe utwory w postaci “Cindrella Shoe” oraz “Italians Do It Better”. Na dokładkę mamy nieco tajemnicze, ciekawe “Chasing Ghosts; spokojne, ale z elementami rapu “Hand It Over”; balladę “Do You Know The Way It Feels” autorstwa Diane Warren (“I Belong to Me” Jessica Simpson, “You Haven’t Seen the Last of Me” Cher). Ta ostatnia piosenka nieco odstaje od innych utworów, ale jest naprawdę dobra. Alesha nagrała dobry, jeśli nie bardzo dobry album. W sama raz na wakacje. Świetnie sprawdza się w tanecznych piosenkach, ballady również wychodzą jej nieźle. Niedługo zabieram się za jej nowy krążek. Oby tylko utrzymał poziom tego, bo jak nie, to będę strasznie zawiedziona.

#119, 120 Selena Gomez & The Scene “When Sun Goes Down” (2011) & Beyoncé “4” (2011)

Uwielbiam Selenę. Naprawdę. Gdy zauważam, że za dużo płyt w ostatnim czasie otrzymuje ode mnie wysokie noty, ona wydaje nowy album. I wszystko wraca do normy. Selena bardzo się rozpędziła. Trzy lata – trzy płyty. A gdzie czas na odpoczynek, na poszukiwanie inspiracji, pomysłów? Ona się o to martwić nie musi. Ma ludzi, którzy wiedzą co robić. Ponownie wsparli ją panowie z Rock Mafia, którzy często współpracowali z innymi gwiazdami Disney Channel. Mnie szczególnie zaciekawiły dwie piosenki – jednak autorstwa Katy Perry, druga by Britney Spears. Nie trzeba być geniuszem by zgadnąć, którą z piosenek Selena dostała od Katy. “That’s More Like It” z powodzeniem mógłby znaleźć się na “Teenage Dream”. Natomiast piosenka od Britney – “Whiplash” – trafiła moim zdaniem w ręce Gomez przypadkiem. Te elektryczne brzmienie nie pasowało do techno na “Femme Fatale” a coś z piosenką trzeba było zrobić. Na szczęście Selena się wybroniła. Początek płyty nie zapowiadał katastrofy, jaka nastąpi nieco później. Spodobało mi się “Love You Like a Love Song”. Przekonałam się nawet do tego “pipipipi”. Nie spodziewałam się, że piosenka o tak bezsensownym tytule jak “Bang Bang Bang” może być dobra. A jednak. Utwór bardzo ciekawy, fajny, chyba nawet najlepszy. Przekonałam się nawet do “Who Says”. Szczególnie tekst przypadł mi do gustu. Selena śpiewa m.in. I’m no beauty queen I’m just beautiful me (PL: Nie jestem królową piękności Jestem po prostu piękną sobą). Piosenek z serii “uwierz w siebie” jest sporo (“Beautiful” Christina Aguilera, “Fuckin’ Perfect” P!nk), ale lepsze takie niż milionowa o straconej miłości. Ostatnia dobrą piosenką jest “We Own the Night”, w której Seleną wspomogła Pixie Lott. A dalej? “Hit the Light” to zwykła elektryczna ‘rąbanka’, “When the Sun Goes Down” jest przeciętne, “Outlaw” i “Middle of Nowhere” nawet się nie zauważa. Na płycie brakuje spokojnych utworów, których nie zabrakło na “A Year Without Rain”. Selena nastawiła się na dobrą zabawę. Ale czy można dobrze bawić się przy tych piosenkach? Mam ku temu wątpliwości.
         

Po kiepskim i nudnym “I Am…Sasha Fierce” z radością przyjęłabym nawet techno w jej wykonaniu. Byle tylko nie serwowała takich kiepskich ballad jak “Satellites” czy “Smash Into You”. Na szczęście Beyonce wzięła się w garść, skompletowała silną obstawę (m.in. pomagał jej Tricky Stewart i Ryan Tedder) i ‘odcięła pępowinę’. Nie tyle odsunęła tatę od przygotowywania krążka, ale też nagrała album zawierający najmniej wpływów r&b z tych dotychczas wydanych. I jest git. Obawiałam się tej płyty, bo ujawniane przez Beyonce piosenki zamiast zachęcać do kupna płyty tylko mnie do tego zniechęcały. “Run The World” przyjęłam z rezerwą, do “1+1” przekonałam się niedawno, choć nadal wkurzają mnie momenty, gdy Beyonce ma taki cienki głosik. Jednak drugi singiel – “Best Thing I Never Had” – to największy błąd tego albumu. Już pominę fakt, że wybieranie na singiel ballady przed wakacjami to samobójstwo. Ta piosenka po prostu jest kiepska. A na dodatek przypomina mi “Just The Way You Are” Bruno Marsa. Na szczęście “4” to nie tylko te trzy utwory. Beyonce wielokrotnie wspominała, że na jej muzykę ma wpływ twórczość Adele. Hmmm, nie wydaje mi się. Podobieństwo do Adele przejawia się tylko w tytule płyty. “4” niczym “21” czy “19” Adele. Ale muszę przyznać, że to jest najlepszy solowy krążek Beyonce. Wytwórnia narzekała, że jest za mało przebojowy, że brakuje na nim utworów pokroju “Crazy In Love” czy “Get Me Bodied”. Obawiają się, czy płyta osiągnie tak dużą popularność jak poprzednia. To smutne, że przekładają sukces komercyjny nad artystyczny. Powróćmy może do zawartości krążka. Najbardziej zauroczyła mnie piosenka pt. “I Care”. Niby ballada, ale bardzo mocna, charakterna. Ze spokojnych utworów lubię też “I Was Here” oraz “I Miss You”. Ale “4” to nie tylko ballady. Są tu również mocne, taneczne punkty. Jak chociażby duet z Andre 3000 pt. “Party”. Zawsze to miła odmiana. Bokiem wychodziły mi jej duety z Jay’em-Z. Uwielbiam “Love On Top” oraz “Countdown”. W tej drugiej bardzo podoba mi się to odliczanie. Nie cierpię natomiast momentu, kiedy Beyonce śpiewa killing me softly and I’m still falling (PL: zabijasz mnie słodko, a ja wciąż spadam). Jednak piosenka sama w sobie jest świetna. Beyonce nagrała najmniej komercyjny krążek w swojej karierze. Piosenki są przemyślane, dopracowane.

#116, 117, 118 Jennifer Lopez “Brave” (2007) & P!nk “Missundaztood” (2001) & Norah Jones “Not Too Late” (2007)

2007 to udany rok dla fanów Jennifer Lopez. Najpierw otrzymali od wokalistki hiszpańskojęzyczny album pt. “Como Ama Una Mujer” a pod koniec roku mogli wybrać się do sklepów po “Brave”. Mogli, ale tego nie zrobili. Pyta okazała się komercyjną porażką. Jednak słaba sprzedaż nie musi oznaczać słabej muzyki na niej zawartej. Gdyby nie zrezygnowano z promocji po dwóch singlach, płyta mogłaby być niezłym hitem. Po w miarę stonowanym “Como Ama Una Mujer” Jennifer powraca do brzmień, które przyniosły jej największą popularność. Jest więc skocznie, tanecznie, przebojowo. Przynajmniej do połowy. Wraz z “Never Gonna Give Up” wkraczamy w strefę spokojniejszych dźwięków. Jednak zanim do nich przejdę, poświęcę chwilę czasu na skomentowanie tanecznych piosenek. Zaczyna się od “Stay Together”. Bardzo dobry numer. Później nieco możemy odpocząć przy “Forever” (które również jest bardzo kołyszące) by z nową mocą powitać “Hold It Don’t Drop It”. To bez wątpienia mój numer jeden na “Brave”. Singlowe “Do It Well” ma w sobie coś z muzyki dyskotekowej. Bardzo często można było usłyszeć  ten utwór w radiu. “Gotta Be There” jest moim zdaniem tą najgorszą taneczną piosenką. “Never Gonna Give Up” jest już zupełnie inne. Urocza ballada zaczynająca się partią skrzypiec. Mam mieszane uczucia co do pozostałych kawałków z tej części płyty. “Mile In These Shoes” podobało mi się, aż nie doszło do refrenu. Całkiem podobne (ale na szczęście lepsze) jest “The Way It Is”. Jednak najlepszą ze spokojnych piosenek Jennifer umieściła na końcu. “Brave” to bardzo piękny, wzruszający utwór. Jeden z lepszych od Jennifer. Znacznie bardziej wolałabym pomieszanie piosenek tanecznych z tymi mniej, bo niektórzy mogą się zanudzić. Ja jednak wolę ten krążek od “This Is Me…Then” czy debiutanckiego “On The 6”.

Zaledwie rok po ukazaniu się “Can’t Take Me Home” P!nk zaserwowała nowy album o dość ciekawym tytule “Missundaztood”. Pierwsza płyta była nudna. Mało było ‘punktów zaczepienia’. Cała płyta utrzymana była w klimacie pop i r&b. Tu jest na szczęście lepiej. P!nk odeszła (przynajmniej w połowie) od dźwięków r&b. Dzięki temu, że te pojawiają się w mniejszych ilościach, robią większe wrażenie. Tytułowy numer może należy do tych gorszych (głównie przez końcówkę), ale już takie “Family Portrait” jest cudowne. Od zawsze mi się ta piosenka podobała. Jest bardzo szczera, prawdziwa. Bliżej skomentowałam ją przy ocenianiu “Greatest Hits…So Far!” (czytaj). Sporo na “Missundaztood” rockowych brzmień. Na pewno kojarzycie singlowy numer “Just Like a Pill” lub “Numb”. Ale najbardziej podoba mi się chyba “Misery”. Jest to duet z członkiem zespołu Aerosmith – Stevenem Taylerem. Ich głosy bardzo do siebie pasują. Udało mu się nawet nie przyćmić P!nk 😉 Przy nagrywaniu tego krążka P!nk współpracowała dużo z Lindą Perry. Na 14 utworów tylko 6 nie jest jej. Od lat uważam, że Linda pisze i produkuje jedne z najlepszych piosenek. Trzeba jednak z nią współpracować. P!nk na szczęście to zrobiła i razem panie odpowiedzialne są za takie świetne utwory jak “Dear Diary” (odkąd usłyszałam piosenkę Britney pod takim samym tytułem obawiam się kawałków o takim tytule) czy “Gone to California”. Nie spodziewałam się jednak, że Linda i P!nk nagrają duet. Piosenka “Lonely Girl” jest świetna. Szkoda wprawdzie, że tak mało w niej Lindy, ale i tak mi się podoba. Nie przepadam natomiast za dance popowym “Get The Party Started”, tytułowym “Missundaztood” oraz “Don’t Let Me Get Me”. Uważam jednak, że ta płyta lepiej się P!nk udała, niż poprzednia. Dobrym pomysłem było ograniczenie r&b na rzecz szczypty rocka.

Trzy lata po wydaniu “Feels Like Home” Norah powróciła z nowym krążkiem. O ile można było mieć pewne zastrzeżenia co do muzyki na nim zawartej (“Feels Like Home” to jej najsłabszy album) tak z “Not Too Late” powraca jeszcze lepsza. Styl wokalistki się nie zmienił. Nadal nie planuje świecić tyłkiem w teledyskach ani nagrywać tanecznych, plastikowych do bólu przebojów. Jest ponad to. Udowodniła, że aby sprzedać płytę skandal nie jest potrzebny. Podobną historię obserwujemy teraz z udziałem Adele. Ale wróćmy do krążka. Jak już pisałam, styl Nory się nie zmienił. Piosenki utrzymane są w jazzowej stylizacji z dodatkiem soulu, country (nie tak dużo jak na poprzednim krążku) oraz bluesa. Jeśli te gatunki kojarzą wam się z nudną muzyką, koniecznie zapoznajcie się z “Sinkin’ Soon”. Mnie po pierwszym przesłuchaniu wbiło w fotel. Niesamowity numer! Norah śpiewa w nim inaczej niż zazwyczaj. No i brawa dla ludzi odpowiedzialnych za melodię do tej piosenki. Zainteresował mnie utwór “My Dear Country”. Norah pochodzi z USA, a Amerykanie są przewrażliwieni na punkcie krytyki swojego kraju. Jako przykład można podać Madonnę i jej album “American Life”. Norah jednak nie ma się jednak czego bać, bo jej piosenka jest znacznie ‘lżejsza’ niż dzieło Madonny. Jones śpiewa m.in. But the day after is darker, And darker and darker it goes (PL: Ale dzień później jest ciemniej, I ciemniej, i ciemniej się robi). Te dwie piosenki bez dwóch zdań zaliczam do najlepszych. Z pozostałych w pamięci zostało mi m.in. niezłe “Broken”. Uważajcie na ten utwór. Wieczorem posłuchałam, rano nogę złamałam. Lubie również bluesowe “Thinking About You” oraz “The Sun Doesn’t Like You”. Słabe momenty? Takich tu nie znajdziemy. Norah wiedziała co chce osiągnąć i do tego z powiedzeniem ‘dociągnęła’. A teraz przeproszę was. Idę ponownie włączyć sobie ten kojący krążek, bo nigdy nie jest za późno na dobrą muzykę

#115 LaFee “Jetzt erst Recht” (2007)

Po debiucie (“LaFee”) otrzymaliśmy od niemieckiej piosenkarki drugi krążek pt. “Jetzt erst Recht”. Jej pierwsza płyta bardzo mi się podobała. Często wracam do takich utworów jak “Mitternacht” czy “Lass mich frei”. Czy na drugim krążku również znajdę jakieś piosenki, do których będę często wracać? Obawiałam się, że nie. Często jest tak, że nowy album nie dorównuje debiutowi (patrz: Pussycat Dolls “PCD” i “Doll Domination” lub Gwen Stefani “L.A.M.B.” i “The Sweet Escape”). Na szczęście się nie zawiodłam. LaFee pozostała wierna swojemu stylowi. Nadal gra rockową muzykę, podobna do tej na debiucie. Jeśli nie jeszcze ostrzejszą. Zaczyna się od całkiem niezłej piosenki tytułowej, czyli “Jetzt erst Recht”. Kiedyś bardziej mi się podobała, teraz entuzjazm nieco opadł. Dalej znajdziemy kilka szybszych piosenek (z “Beweg dein Arsch” na czele) oraz porcję ballad. Może na początek słówko o moich faworytach. Przede wszystkim spokojne, a jednak pełne mocy “Du bist schön”. Szczególnie refren zapadł mi w pamięć i jak na złość nie chce wyjść ;). Podoba mi się taneczne (sorry, nie wiem jakiego słowa użyć, by pasowało do wykonywanej przez nią muzyki) “Beweg dein Arsch”. Jest to jednocześnie najbardziej zadziorny kawałek LaFee, jaki znam. Artystka śpiewa m.in. Beweg dein Arsch Babe. Komm, komm her zu mir (PL: Rusz swój tyłek kochanie. Chodź chodź tu do mnie). Lubię również balladę “Wer bin ich” oraz posiadające fajny refren “Küss mich”. Nieco niżej oceniane (ale nadal często słuchane przeze mnie) są takie utwory jak “Heiß” czy “Stör ich”. A co z resztą? Po kilkakrotnym przesłuchaniu nie mogę zapamiętać “Heul doch”. Jakaś taka nieciekawa. Nie podoba mi się za nic “Der Regen fällt”. Spodziewałam się fajnej balladki, zwrotki są całkiem fajne, za to refren wszystko psuje. Zawodzi też “Zusammen”. Również refren odpowiada za porażkę. Wydaje mi się, że “Jezt erst Recht” jest dojrzalszą płytą niż “LaFee” oraz bardziej przemyślaną. LaFee utrzymała poziom.

#114 Nelly Furtado „Folklore” (2003)

Trzy lata po “Whoa, Nelly” otrzymujemy od Nelly Furtado nowy materiał. Kiedy po raz pierwszy słuchałam “Folklore” byłam bardziej na ‘nie’ niż na ‘tak’. Jednak po kilku przesłuchaniach stwierdziłam, że nawet mi się podoba. Przede wszystkim płyta brzmi dojrzalej niż poprzedniczka. Nelly również jest bardziej odważna w łączeniu gatunków. Obok popu mamy tu elementy folku (“Powerless”), hip hopu (“Fresh Off The Boat”) i akustycznych brzmień (“Try”, “Saturdays”). Sprawia to, że płyta nie jest jednostajna, nie nudzi się tak szybko. Sama muzyka zasługuje na oddzielny komentarz. W wielu piosenkach pojawia się banjo, mandolina (“One-Trick Pony”, “Forca”), gitara akustyczna (“Try”), gitara elektryczna (“Childhood Dreams”). Kiedyś nie mogłam wręcz słuchać tej płyty ze względu na głos Nelly, ale na szczęście się przekonałam do niego. Jest oryginalny, ciekawy. Nie wydaje mi się, aby ktoś inny śpiewając piosenki z “Folklore” wypadłby równie dobrze jak właśnie Furtado. Teraz może coś o piosenkach. Zauroczył mnie początek płyty. Uwielbiam “One-Trick Pony”, “Powerless”, “Explode”. “Try” niestety zdążyło mi się znudzić już przynajmniej trzy razy. Za pierwszym przesłuchaniem zwróciłam uwagę tylko na nieco hip hopowe “Fresh Off The Boat”. Teraz również lubię do niej wracać. Potem było tylko lepiej, bo stwierdziłam, że wokal Nelly jest niesamowity i pasuje do tych piosenek. Druga część płyty nieco mniej mi się, niestety, podoba. Piosenki zlewają mi się w jedno. Ciężko mi również przypomnieć sobie, jak leci takie “The Grass Is Green” czy “Picture Perfect”. Może to nawet i lepiej bo nie za bardzo mi się podobały. Jednak nic nie przebiło “Saturday”. Czas trwania utworu idealnie dopasował się do dnia tygodnia, o którym mowa (‘sobota’). Nie uważacie, że każda sobota jest krótsza od takiego np. poniedziałku? Piosenka Nelly trwa nieco ponad 2 minuty. I całe szczęście. Dobija mnie ten głos, który podśpiewuje gdzieś z tyłu. Na szczęście dwie ostatnie piosenki sprawiają, że zapomina się o tych kilku kiepskich. Głównie za sprawą “Island of Wonder”, które kojarzy mi się z muzyką indyjską. “Childhood Dream” też da się słuchać. Chociaż trochę pod koniec nudzi. Uważam jednak, że to najlepsza płyta, którą dostaliśmy od Nelly.

#112, 113 Mariah Carey “Mariah Carey” (1990) & Katy Perry “MTV Unplugged” (2009)

Swój debiutancki album wydany w 1990 roku Mariah zatytułowała po prostu “Mariah Carey”. Obok “Music Box” i “Daydream” jest to jej najlepiej sprzedający się krążek. Na płycie zawartych zostało 11 utworów z gatunku pop, r&b (“There’s Got To Be a Way”, “Someday”) i soul (“Vision of Love”). Od pierwszy sekund słyszymy, że mamy do czynienia z niezwykłą wokalistką. Jej głos jest obłędny. Na początku płyty znajduje się chyba moja ulubiona piosenka od Mariah i jedna z ulubionych w ogóle. Mowa tu o “Vision of Love”. Czy trzeba ją komentować? Wystarczy posłuchać. Wtedy zrozumiecie. “I Don’t Wanna Cry” również jest niezłe, choć nie tak genialne. Podoba mi się też “Vanishing”. Prosta, ale efektowna piosenka. Na samym końcu płyty wokalistka umieściła “Live Takes Time”. Jest nieco łzawa, ale powoli się do niej przekonuję. Oprócz ballad Mariah nagrała kilka szybszych kawałków. Chociażby “There’s Got To Be a Way” czy “Someday”. One jednak nie zdobyły mojej sympatii. Znacznie lepsze jest “Alone in Love” czy “You Need Me”. Ta druga zaczyna się niespodziewanie – solówką na gitarze. Przywodzi mi na myśl rockowy utwór. Na szczęście Mariah podtrzymuje do końca tego ‘rockowego ducha’ piosenki. “Prisoner” od innych piosenek wyróżniają hip hopowe wstawki. Mariah debiutowała w czasach, gdy Internet nie był tak powszechny jak dziś. Potraficie uwierzyć, że 21 lat temu, nie było jeszcze YouTube? Nie łatwo było się wybić. Jedyną przepustką do kariery był wokal. Teraz jest, niestety, inaczej. Słuchając tej płyty przeniosłam się jakby w czasie. Teraz każda piosenka podszyta jest elektroniką. Mnie już to trochę męczyło. Tym bardziej doceniam ten album. Znam już kilka jej płyt, ale “Mariah Carey” jest chyba tą najlepszą.

 

Swoje płyty z serii “MTV Unplugged” ma wielu artystów. Należą do nich m.in. Alicia Keys, zespół Coldplay, Mary J. Blige. Czemu na nagranie takiego krążka zdecydowała się Katy Perry? Koncert Katy nie jest długi. Składa się na niego tylko 7 piosenek. I nawet lepiej, bo pod koniec się nudzi i dłuży. Katy zaśpiewała 5 piosenek z płyty “One Of The Boys” i jedną, która miała się znaleźć na płycie (“Brick By Brick”) oraz wykonała jeden cover (“Hackensack”). Z nową aranżacją piosenek kłopotu raczej nie miała. Gdyby poczekała z wydaniem takiej płyty do czasów “Teenage Dream”, efekt byłby ciekawszy. Dlaczego tak uważam? Na jej pierwszej płycie (nie licząc oczywiście “Katy Hudson”) nie było elektroniki. Praktycznie dostaliśmy identyczne piosenki. Utwory z drugiego krążka byłyby diametralnie inne. Najbardziej różni się od oryginału “I Kissed a Girl”. Na płycie jest mniej rockowy. Całkiem mi się podoba. W pewnym momencie (ok. 2:09) Katy nieco zawyła, miała taki cienki głosik. Kolejne “UR So Gay” niemal nie różni się od oryginału. Zaciekawiła mnie dopiero końcówka – część instrumentalna. “Lost” również brzmi podobnie jak wersja studyjna. Całkiem podoba mi się “Thinking of You”. Katy całkiem nieźle się wybroniła. Brakuje mi jednak tej nutki dramatyzmu w jej głosie. Piosenka jest naprawdę wzruszająca i poruszająca, ale Katy wykonała ją jak każdą inną. Po prostu poprawnie. Ciekawa byłam, jak Katy wypadnie w utworze “Hackensack” zespołu Fountains of Wayne. Bardziej jednak podoba mi się oryginalna wersja. A co z “Brick By Brick”? O ile dobrze pamiętam, to najlepiej zaśpiewany numer na “MTV Unplugged” Katy. Perry ma oryginalną barwę głosu. Nie śpiewa można na żywo tak dobrze jak Christina Aguilera czy Lady GaGa, ale ma fajny kontakt z publicznością. Nie podobały mi się momenty (których było na szczęście niewiele), kiedy śpiewała coś na kształt “yeah…”. Nie spodziewałam się również, że sama sięgnie po gitarę i zagra przy śpiewaniu “Thinking of You” czy “Lost”.

#111 Sugababes „Sweet 7″ (2010)

 

Pamiętacie jeszcze Sugababes i ich hity takie jak “Push the Button” czy “Too Lost in You? Ja tak i wciąż nie mogę uwierzyć, że niegdyś jeden z moich najulubieńszych zespołów nagrywa takie coś. Co jest przyczyną porażki? Wydaje mi się, że odejście z zespołu Keishy Buchanan. I tak oto w zespole nie ma ani jednej dziewczyny-założycielki. Mówiło się, że to Heidi i Amelle wyrzuciły wręcz Keishę ze swoich szeregów. Jak było naprawdę wiedzą tylko one. Ja bym się jednak nie zdziwiła, jakby Keisha sama podjęła decyzję o odejściu. Czyżby wiedziała, że zespół zmierza w złą stronę? Nie pomogli im najpopularniejsi obecnie producenci. Wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że starali się zrobić z nich nowe wersje Rihanny. Cóż, jedną już mamy. Wystarczy. Zrobili z dziewczyn produkty. Sama okładka już mnie odpycha. Tytuł płyty (“Sweet 7”) również nie jest trafny. Rozumiem, że to ich 7 płyta, ale za to najgorsza. Można podzielić ją na dwie części. Na jednej połowie (większej xD) mamy taneczne, dance-popowe utwory. Na drugiej, tej mniejszej, kilka spokojniejszych pioseneczek. Zaczyna się jednak obiecująco, bo “Get Sexy” to akurat kawałek niezłego electro (z ultradźwiękowym początkiem). Dalej jest niestety gorzej. Pozytywną ocenę mogłabym wystawić jedynie całkiem fajnej piosence “About a Girl”. Inne zlewają się w jedno. Są niemal identyczne. Jakoś jeszcze wyróżnia się “Miss Everything”, w której pojawia się Sean Kingston. Ale to piosenka bardziej dla fanów/fanek piosenkarza. Ja się do nich raczej nie zaliczam. Nieco lepiej sprawa ma się w drugiej części płyty. Nie liczcie jednak na nie wiadomo jakie ballady. Te są tylko poprawne. “Crash & Burn” bardzo szybko się nudzi. Jeśli miałabym wybierać, stawiam na “Little Miss Perfect”. Jednak dla jednej dobrej piosenki nie opłaca się kupować całej płyty.