#1060 Kate Bush “Aerial” (2005)

Dwanaście lat. Na tyle zostawiła swoich fanów Kate Bush. I nie było to zniknięcie w znakomitym stylu. Brytyjska artystka rozpłynęła się w powietrzu po premierze “The Red Shoes” – płyty, która mimo upływu lat (już ponad dwudziestu pięciu!) wciąż budzi skrajne emocje, dzierżąc tytuł najsłabszego dzieła w dyskografii Bush. Po ponad dekadzie wokalistka postanowiła udzielić nam odpowiedzi na pytanie, gdzie się zaszyła i co robiła przez te lata.

Czytaj dalej #1060 Kate Bush “Aerial” (2005)

#1045, 1046 The National “Sad Songs for Dirty Lovers” (2003) & “Alligator” (2005)

Na przełomie lat 90. i nowego tysiąclecia The National byli grupką kumpli, którzy w tygodniu pracowali, a weekendami swoją muzyką umilali czas bywalcom jednego z nowojorskich pubów. Dziś są zespołem, którego wydrukowana dużą czcionką na plakatach nazwa kusi publiczność największych festiwali. Musiało ukazać się jednak kilka płyt, by The National zaczęli cieszyć się mianem jednej z najważniejszych formacji ostatnich lat.

Czytaj dalej #1045, 1046 The National “Sad Songs for Dirty Lovers” (2003) & “Alligator” (2005)

#581 Mariah Carey “The Emancipation of Mimi” (2005)

Czas tak strasznie szybko leci. Po co o tym przypomina, możecie pomyśleć. Ano po to, bo dziwnie czuję się wiedząc, że od premiery albumu “The Emacipation of Mimi” minęło już dziesięć lat, krążek “Daydream” świętował dwudzieste urodziny, a płyta “Mariah Carey” zdmuchnęła właśnie dwadzieścia pięć świeczek na torcie. Trwający obecnie 2015 rok to dla amerykańskiej wokalistki Mariah Carey dwanaście miesięcy pełnych świętowania. Wspomniane dwa wydawnictwa z lat 90. mają już przyklejoną łatkę “kultowe”. Pytanie, czy podobną opinią kiedyś cieszyć się będzie “The Emancipation of Mimi”. Czy płyta opiera się upływającemu czasowi? Czy może już dziś brzmi oldskulowo?

Czytaj dalej #581 Mariah Carey “The Emancipation of Mimi” (2005)

#524 Diana Krall “Christmas Songs” (2005)

Kanadyjska wokalistka jazzowa, Diana Krall, już na samym początku swojej kariery dała się poznać jako osoba lubiąca spoglądać wstecz i chętnie sięgająca po utwory, które są z nami już od paru ładnych dekad. Uczyniła z tego niejako swój znak rozpoznawczy, bo przez te wszystkie lata doczekaliśmy się od niej tylu autorskich kompozycji, że spokojnie policzyć by je można było na palcach obu dłoni. Stare piosenki mają w sobie magię. Duszę, której brakuje wielu dzisiejszym kompozycjom. Jeszcze więcej uroku roztaczają w okół siebie utwory inspirowane najpiękniejszym okresem roku – świętami Bożego Narodzenia. Diana Krall, jako wielka fanka piosenek retro, nie mogła zignorować blasku starych świątecznych nagrań.

Czytaj dalej #524 Diana Krall “Christmas Songs” (2005)

#468, 469 Amerie “All I Have” (2002) & “Touch” (2005)

W Polsce muzyka r&b nigdy nie była szczególnie popularna. Nic z resztą dziwnego. Jest ona domeną czarnoskórych artystów. Nie mają oni co prawda monopolu na jej tworzenie, ale przez swoją osobowość, postawę czy najogólniej mówiąc geny, stali się prawdziwymi mistrzami tego gatunku. Mają ten flow po prostu we krwi. W polskich stacjach radiowych dobrego r&b jak na lekarstwo. A jak już, to prezentowane jest w nowoczesnym wydaniu. Od jednej z przedstawicielek tego gatunku, Beyonce, męczą nas ciągle “Halo”, ignorując np. “Naughty Girl” czy jej dokonania z girlsbandem Destiny’s Child.

O Amerie słyszałam dotychczas jedynie od osób, które na co dzień słuchają r&b. Ten gatunek i mi jest bliski, dlatego postanowiłam sprawdzić, co wokalistka ta ma nam do zaprezentowania. Zaczęłam od jej debiutanckiej płyty “All I Have”. Kiedy zobaczyłam, że wydana ona została w 2002 roku, bardzo się ucieszyłam. Wyznaję bowiem niepisaną zasadę, że jeśli r&b, to tylko te z przełomu wieków. Intrygował mnie tytuł debiutu Amerie, który na polski przetłumaczyć można jako wszystko, co mam. Jednak, po zapoznaniu się z zawartym na nim materiałem, zaczęłam mieć nadzieję, że jednak wokalistka będzie mieć coś więcej do zaoferowania słuchaczowi na kolejnych płytach i, wbrew nazwie albumu, pokazała nam tylko próbkę swojego talentu czy osobowości. “All I Have” jest krążkiem przyjemnym i lekkim, ale mało ambitnym czy oryginalnym.

Amerie zabiera nas w podróż po dwunastu kompozycjach. I to podróż nie samolotem, ale raczej pociągiem. Bez mocnego wstępu i zakończenia oraz dość jednostajną. Zaczyna się od żywszego, średnio zaśpiewanego “Why Don’t We Fall in Love” i “Talkin’ to Me”, w tle którego pogrywa gitara akustyczna. Bardzo podoba mi się swobodne “Nothing Like Loving You” oraz “Can’t Let Go”. Ciekawie zaczyna się “Need You Tonight”. Wyrazista muzyka to atut tego kawałka. Szkoda, że na jej tle wokal Amerie wypada dość blado. Do żywszych kawałków zaliczyć można również takie piosenki jak “Got to Be There”, wyśpiewane wyższym głosem i charakteryzujące się szarpanym rytmem “I Just Die”, “Float” oraz “Hatin’ On You”. Fani pościelówek sięgnąć powinni po “Show Me”, “All I Have” czy “Outro”.

Nie będę okrutna dla Amerie. W końcu “All I Have” to tylko jej debiut. Mało wciągający czy inspirujący, ale w gruncie rzeczy znośny i nieirytujący.

Czasem wystarczy jedna piosenka, by z muzycznego undergroundu wejść na sam szczyt. Taki los spotkał Amerie – amerykańską wokalistką r&b. Na miesiąc przed premierą swojej drugiej studyjnej płyty “Touch” wypuściła przebojowy, lekko funkowy singiel “1 Thing” i już miała świat u swych stóp. Zyskała rozgłos nie tylko w USA, ale i Europie czy Australii. Płyta promowana takim bangerem nie powinna zawodzić. Nic więc dziwnego, że przed sięgnięciem po “Touch” zadawałam sobie pytanie, czy nie sprawdzi się tu przysłowie mówiące, że jedna jaskółka wiosny nie czyni.

W studiu Amerie ponownie wspierana była przez Richa Harrisona. Pomagał jej również duet producencki Dre & Vidal, którzy tworzył m.in. dla Mary J. Blige czy Jill Scott. Wspólnymi siłami stworzyli oni piosenki ciekawsze i odważniejsze w porównaniu do tych z “All I Have”. Wciąż osadzone w kołyszących rhythm’and’bluesowych rytmach, ale czerpiące też całymi garściami z funkowych czy hip hopowych klimatów. Metamorfozę przeszła również Amerie. Z nieco nieśmiałej, czy nawet wycofanej wokalistki, w pewną siebie kobietę.

Krążek otwiera wspomniana wcześniej piosenka “1 Thing”. Później artystka serwuje nam m.in. charakteryzujące się saksofonowymi wstawkami “All I Need”; zadziorne, seksowne “Touch”; posiadające świetną melodię (ta perkusja!) “Like It Used to Be”; żywiołowe “Talkin’ About” (irytują mnie jedynie momenty, kiedy Amerie ‘śpiewa’ coś na kształt yeah whoa) czy mające elektryczny wręcz początek “Come With Me”. Warto sięgnąć po ładny duet z Carlem Thomasem “Can We Go”, balladowe “Just Like Me” czy kojarzące mi się z pierwszymi dokonaniami girlsbandu Destiny’s Child “Falling”. Na zakończenie polecam zapoznać się z remixem singla “1 Thing”, w którym Amerie towarzyszy Eve. Szczególnie  dobrze w tej piosence wypadła raperka, choć jej partia jest niestety krótka.

W ciągu tych trzech lat, jakie minęły od wydania “All I Have” do ukazania się “Touch”, muzyka Amerie nabrała przebojowości i dynamizmu. Wciąż może r&b w wykonaniu artystki nie prezentuje mistrzowskiego poziomu, ale cieszy, że z płyty na płytę wokalistka podnosi sobie poprzeczkę. Odwołując się do tego, co napisałam na początku: “1 Thing” odpowiednio zareklamował drugą płytę Amerie. Po jej przesłuchaniu już wiem, że nie tylko zawiera równie chwytliwe melodie, ale i lepsze piosenki od singla.

#378, 379, 380 Goldfrapp “Supernature” (2005) & “Seventh Tree” (2007) & “Head First” (2010)


Data 9. września jest w moim kalendarzu zaznaczona, pogrubiona, podkreślona od połowy czerwca. To wtedy odbędzie się premiera szóstego studyjnego krążka duetu Goldfrapp “Tales of Us”. Pierwszy singiel “Drew” potwierdził, że Alison i Will powracają w dobrym stylu. Polecam trailer płyty, w którym wykorzystano fragmenty niektórych nowych piosenek. Magia. W oczekiwaniu na “Tales of Us” postanowiłam uzupełnić recenzowe braki i ocenić trzy ostatnie studyjne albumy Goldfrapp. Nie są to długie recenzje, ale – mam nadzieje – treściwe i konkretne. No i szczere.

Czytaj dalej #378, 379, 380 Goldfrapp “Supernature” (2005) & “Seventh Tree” (2007) & “Head First” (2010)

#218 Tokio Hotel “Schrei” (2005)

 


Od czasu do czasu nasi zachodni sąsiedzi (Niemcy dla ścisłości, jeśli ktoś z geografii ma ledwo dwóję) „wypuszczają” na europejskie rynki muzyczne swoich wykonawców. Jednak niewielkiej grupie udaje się zrobić karierę przez duże „k”. W 2004 roku pojawił się zespół Tokio Hotel złożony z grupy nastolatków. Pewnie jeszcze co niektórzy pamiętają czasy, gdy wszyscy wyśmiewali dziewczęcy głos wokalisty – Billa. Zespół szybko podpisał kontrakt i mógł zająć się nagrywaniem pierwszej płyty – „Schrei”. Nie bójmy się użyć tego słowa – Tokio Hotel to produkt. ‘Zbuntowane’ nastolatki chciały mieć swój zespół i kogoś, kogo będą podziwiać i naśladować – proszę bardzo, dajmy im chłopaków z Tokio Hotel. Podrasowali ich wygląd i muzykę, by chłopcy byli postrzegani jako profesjonaliści. Wiele osób dało się nabrać. Ja jednak ich debiutancki krążek recenzuję z całkiem neutralnej pozycji, skupiając się tylko na tym, co słyszę.

Czytaj dalej #218 Tokio Hotel “Schrei” (2005)