Wspomnienia z dekady (cz. I)

Płyta, która miała być popowym powrotem roku, a którą zrozumiemy pewnie dopiero za kilkadziesiąt lat. Album, który okazał się być ostatnim aktem życiowego przedstawienia. Krążek, który wpłynął na cały muzyczny biznes. Te i inne wydawnictwa narobiły szumu w dobiegającej końca dekadzie. Zapraszam na pierwszą część mojej listy.

W 2008 roku za sprawą albumu “The Fame” Lady Gaga w oczach wielu słuchaczy jawiła się jako zbawczyni popu. Umocnieniem jej pozycji miała być płyta “Born This Way”. Wydawnictwo proponowało jednak mniej beztroskich, elektro-popowo-tanecznych brzmień. Radiowe hity się wprawdzie pojawiały (“Marry the Night”, “The Edge of Glory”, “Hair”), ale reszta numerów nie odznaczała się podobnie lekkim klimatem co starsze numery Amerykanki. Były za to romanse z techno, americaną, synthpopem czy nawet soft rockiem. Całemu projektowi towarzyszyła osobliwa otoczka – Gaga zakładała wówczas najbardziej odjechane kreacje i kręciła teledyski, w których aż roiło się od kontrowersyjnych motywów (“Judas”!). Szaleństwo równoważyła swoją charytatywną działalnością, a jej utwór “Born This Way” już okrzyknięty został hymnem społeczności LGBT.

Miał być wielki come back, wspaniała trasa koncertowa i kolejne hity. Pozostała płyta, którą dziś wiele osób uznaje za jedną z najbardziej niedocenionych. Christina Aguilera i jej futurystyczne oblicze zamknięte w utworach z albumu “Bionic” nie spotkało się z ciepłym przyjęciem prasy, która zarzucała artystce naśladowanie Lady Gagi. Jest to jednak muzyka kompletnie inna od tej, jaką swego czasu prezentowała Germanotta. Mniej radiowa i popowa. Kluczowym elementem okazali się być współpracownicy, jakich dobrała sobie Christina. W “Woohoo” rapuje dla niej Nicki Minaj, której kariera w 2010 roku dopiero raczkowała. Parę piosenek pomogła zaś napisać Sia, która dopiero później zaczęła być rozchwytywaną przez inne pop gwiazdy songwriterką. “Bionic” wyprzedzał swoje czasy, powiedziała w jednym z wywiadów Aguilera. Ciężko się z nią nie zgodzić.

7 stycznia 2017 roku zaprezentował światu niepokojący klip do utworu “Lazarus”. Trzy dni później już nie żył, a przesłanie jego ostatniego teledysku stało się aż nadto wyraźne. Brytyjski wokalista David Bowie, który rozpoczął muzyczną karierę u schyłku lat 60., pożegnał się ze słuchaczami niesamowitym, pełnym złowrogich znaków albumem “Blackstar”. Pełna apokaliptycznych wizji i eksperymentalnych rockowych melodii płyta jest pięknym pożegnaniem jednego z największych muzycznych wizjonerów. Bowie tylko potwierdził, że był artystą totalnym, który do swoich ostatnich chwil myślał o muzyce. Ze swojej śmierci zrobił spektakl, choć umarł po cichu, z dala od kamer, fleszy i wścibskich paparazzi. Płyta Brytyjczyka oswaja temat śmierci, pomaga się z nią pogodzić i ją zrozumieć. Choć nigdy nie jest to łatwe.

Piątek 13 grudnia 2013 roku miał być zwykłym dniem. I takim byłby, gdyby nie niespodzianka od Beyoncé. Wokalistka postanowiła zrezygnować z robienia szumu wokół swojej nowej muzyki, udzielania wywiadów, wydawania singli. Po prostu wydała swój album nagle, bez wcześniejszego zapowiadania go. Imienny krążek Knowles z miejsca stał się hitem. Nie tylko ze względu na naprawdę dobre, interesujące produkcje skupiające obok wokalistki wielu różnych twórców. “Beyoncé” porządnie namieszało przez swoją nagłą premierę. Zaczęto nawet mówić o syndromie Beyoncé, kiedy wielu wykonawców dostrzegło, że większe wrażenie robi płyta-niespodzianka niż płyta, do której przyzwyczaja się słuchaczy tygodniami. Piątkowa premiera albumu miała także ogromny wpływ na późniejsze branżowe kroki. Dopiero po 2013 roku podjęto decyzję, by premiery wydawnictw odbywały się w ten dzień tygodnia. U mnie “Beyoncé” zapamiętane zostało także ze względu na wymiatające cytaty I woke up like this i bow down bitches z feministycznego “Flawless”.

W 2011 roku Lana Del Rey pojawiła się znikąd, strasząc napompowanymi ustami i budząc współczucie opowieściami o biednym dzieciństwie. Szybko okazało się, że to nie do końca prawda, ale machina ruszyła. I szybko ludzie przestali gadać o jej przeszłości, bo zaczęła się liczyć jej muzyka. Album “Born to Die” wydany na początku 2012 roku zapowiadany był pięknym singlem “Video Games”. Doszły do niego kolejne przeboje (na czele z “Summertime Sadness”, potwornie zmasakrowanym przez Cedrica Gervaisa), a rzesza dziewczyn chciała być jak Lana. Zakochaliśmy się w stylistyce lat 50. i 60. Jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się wokalistki, które chciały sprawdzić, czy potrafią okiełznać tę retro otoczkę. Lana Del Rey jest jednak tylko jedna.

2 Replies to “Wspomnienia z dekady (cz. I)”

  1. Miałam okazję przesłuchać tylko dwa albumy z Twojego wpisu. Słuchając “Blackstar” po raz pierwszy nie dostrzegałam tych aluzji związanych ze śmiercią. Aż ciężko uwierzyć, że w przyszłym roku miną cztery lata, jak Bowie odszedł. A co do “Born To Die”… trochę wstyd przyznać, że broniłam się kiedyś przed nią rękami i nogami. Dziś najchętniej do niej wracam ze wszystkich krążków Lany, nawet do “Video Games”, który uważałam za największy smęt wszech czasów. 😉
    Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *