RECENZJA: Princess Nokia “Girls” (2025) (#1670)

“Girls” jest kolejnym (już piątym długogrającym) rozdziałem w dyskografii Princess Nokii – artystki obecnej na scenie od kilku lat, a mimo to wciąż krążącej poza głównym nurtem. Choć jej muzyka nie jest przesadnie eksperymentalna, Destiny Nicole Frasqueri konsekwentnie wymyka się prostym kategoriom i komercyjnym oczekiwaniom. Sama opisywała “Girls” jako projekt mroczny, kobiecy, przesiąknięty modą, symboliką i poetyckim napięciem. Miała być to płyta skupiona na kobietach, ich sile, oczekiwaniom na nich ciążących. Pytanie, czy za mocnymi hasłami kryje się dobry produkt.

Czytaj dalej RECENZJA: Princess Nokia “Girls” (2025) (#1670)

RECENZJA: Jessie J “Don’t Tease Me With A Good Time” (2025) (#1664)

Jeszcze niedawno wydawało się, że brytyjska wokalistka Jessie J na dobre zniknęła z głównego popowego nurtu. Problemy zdrowotne, cisza wydawnicza i fakt, że jej ostatnim longplay’em była świąteczna płyta, budowały wrażenie kariery zawieszonej i raczej ciężkiej do reanimowania. Powrót Jessie J z nowym albumem jest jednym z najmniej przeze mnie spodziewanych. Nic nie zapowiadało nowego rozdziału – tymczasem otrzymujemy projekt “Don’t Tease Me With a Good Time”, którym wokalistka nie walczy o miejsca na listach przebojów, ale którym chce nam pokazać, że ma jeszcze wiele do zaprezentowania.

Czytaj dalej RECENZJA: Jessie J “Don’t Tease Me With A Good Time” (2025) (#1664)

RECENZJA: The Pretty Reckless “Taylor Momsen’s Pretty Reckless Christmas” (2025) (#1660)

Można zadać sobie pytanie, co ze świętami Bożego Narodzenia ma wspólnego liderka rockowej kapeli The Pretty Reckless, ale gdy zagłębimy się w karierę Taylor Momsen dostrzeżemy, iż dobre ćwierć wieku wcielała się ona w postać Cindy Lou Who w legendarnym filmie “Grinch: Świąt nie będzie“. Dziś wokalistka postanowiła przypomnieć sobie czasy, gdy klimat świąt faktycznie ją fascynował, i przy pomocy zespołu zarejestrowała epkę, która może być niezłym antidotum na popowe christmasowe przeboje.

Czytaj dalej RECENZJA: The Pretty Reckless “Taylor Momsen’s Pretty Reckless Christmas” (2025) (#1660)

RECENZJA: FKA twigs “Eusexua Afterglow” (2025) (#1654)

Kiedy w styczniu 2025 roku płyta “Eusexua” ujrzała światło dzienne, nie spodziewałam się, że projekt FKA twigs dopiero się rozkręca. Początkowo brytyjska wokalistka planowała wydanie jego reedycji (tak zwanej “Deluxua”) z dodatkowymi utworami, lecz z czasem jej wizja ewoluowała, co tylko udowadnia, jak nieprzewidywalna jest artystka. Zamiast typowego deluxe, “Eusexua Afterglow” przekształciło się w zupełnie nowy, autonomiczny album – czwarty w jej dyskografii. W ten sposób płyta stała się nie tylko dopełnieniem poprzedniczki, ale jej pełnoprawnym następcą.

Czytaj dalej RECENZJA: FKA twigs “Eusexua Afterglow” (2025) (#1654)

RECENZJA: Alexandra Savior “Beneath the Lilypad” (2025) (#1653)

Kariera amerykańskiej wokalistki Alexandry Savior od samego początku naznaczona była obecnością wielu znanych osób z branży muzycznej. Już w 2012 roku jeden z nagranych przez nią coverów wpadł w ucho Courtney Love, a jej debiutancki album powstał przy pomocy Alexa Turnera (tak, tego z Arctic Monkeys) i Jamesa Forda. Za kolejnym wstawił się sam Danger Mouse. Mimo tego na próżno szukać nazwiska Savior w gronie największych gwiazd współczesnego alternatywnego popu.

Czytaj dalej RECENZJA: Alexandra Savior “Beneath the Lilypad” (2025) (#1653)

RECENZJA: Stella Donnelly “Love and Fortune” (2025) (#1652)

Australijska wokalistka i songwriterka Stella Donnelly zaliczyła przed kilkoma laty niezły start. Jej indie popowa płyta “Beware of the Dogs” zebrała niezłe recenzje i wprowadziła artystkę na niezależne listy przebojów. Odpowiedniemu przyjęciu i promocji drugiej, “Flood”, przeszkodziła światowa pandemia. Dziś Donnelly prezentuje krążek numer trzy z perspektywy wykonawcy, który ponownie chce zainteresować sobą słuchaczy.

Czytaj dalej RECENZJA: Stella Donnelly “Love and Fortune” (2025) (#1652)

RECENZJA: Celeste “Woman of Faces” (2025) (#1651)

Po czterech latach od premiery “Not Your Muse” Celeste, wokalistka o brytyjsko-jamajskich korzeniach, wraca z albumem “Woman of Faces”. Jej poprzednia płyta, choć pełna obietnic i pochwał krytyków, nie wyniosła artystki na ten poziom gwiazdorskiej rozpoznawalności, którego wielu – być może także ona sama – się spodziewało. Miała być bowiem postacią, którą Brytyjczycy postawiliby w jednym rzędzie z Adele i Amy Winehouse. Tak się nie stało i być może te chłodniejsze przyjęcie sprawiło, że Celeste długo zwlekała z wydaniem drugiego albumu. W końcu jest i samą siebie określa mianem kobiety o wielu twarzach.

Czytaj dalej RECENZJA: Celeste “Woman of Faces” (2025) (#1651)

RECENZJA: Rosalía “LUX” (2025) (#1649)

Rosalía, hiszpańska wokalistka jest gwiazdą pop, która z każdą kolejną płytą coraz mocniej chce uciec od tej łatki. Jej kariera, choć niedługa, jest już pasmem artystycznych metamorfoz. Zamiast odcinać kupony od minionych sukcesów, ona za każdym razem zaczyna od zera, otwierając nowy rozdział pełen ryzyka i świeżych pomysłów. “LUX”, najnowszy krążek Hiszpanki, jest tego idealnym przykładem. Po eksperymentalnym “Motomami” Rosalía ucieka od elektronicznych brzmień w stronę klasyki. Wokalistka ponownie wymyśliła siebie na nowo.

Czytaj dalej RECENZJA: Rosalía “LUX” (2025) (#1649)

RECENZJA: Demi Lovato “It’s Not That Deep” (2025) (#1648)

Demi Lovato po raz kolejny zmienia kierunek. I to znów gwałtownie. Jeszcze niedawno z pasją grzebała swoje popowe ja, odcinając się od chwytliwych refrenów i radiowych hooków (płyta “Holy Fvck” z 2022 roku), skręcając w stronę krzyku, gitar i punk rocka. Teraz jednak wraca do miejsca, z którego uciekła – na listy przebojów i wypolerowanych produkcji. “It’s Not That Deep” brzmi więc jak kolejny rozdział w dyskografii artystki, która wciąż zdaje się szukać siebie. Lovato jest więc niczym chorągiewka na popkulturowym wietrze. Czy w tej niekonsekwencji jest metoda?

Czytaj dalej RECENZJA: Demi Lovato “It’s Not That Deep” (2025) (#1648)

RECENZJA: Florence + The Machine “Everybody Scream” (2025) (#1647)

Kiedy w 2022 roku Florence + the Machine wydali “Dance Fever”, ponownie, po latach chłodniejszych uczuć, zakochałam się w ich muzyce. Ten album tchnął w zespół nową energię, przypominając mi, dlaczego przed laty dałam się porwać pełnemu dramatyzmu i intensywności światu rudowłosej Welch. Nic więc dziwnego, że na ich tegoroczny krążek, “Everybody Scream”, czekałam niecierpliwie. Tym bardziej że Florence zapowiadała inspiracje magią, czarami i ludowymi strachami, co brzmiało jak skok do mrocznego uniwersum. Chciałam znów poczuć ten dreszcz, euforię, która towarzyszy niemalże każdemu refrenowi serwowanemu przez brytyjską kapelę.

Czytaj dalej RECENZJA: Florence + The Machine “Everybody Scream” (2025) (#1647)