#218 Tokio Hotel “Schrei” (2005)

 


Od czasu do czasu nasi zachodni sąsiedzi (Niemcy dla ścisłości, jeśli ktoś z geografii ma ledwo dwóję) „wypuszczają” na europejskie rynki muzyczne swoich wykonawców. Jednak niewielkiej grupie udaje się zrobić karierę przez duże „k”. W 2004 roku pojawił się zespół Tokio Hotel złożony z grupy nastolatków. Pewnie jeszcze co niektórzy pamiętają czasy, gdy wszyscy wyśmiewali dziewczęcy głos wokalisty – Billa. Zespół szybko podpisał kontrakt i mógł zająć się nagrywaniem pierwszej płyty – „Schrei”. Nie bójmy się użyć tego słowa – Tokio Hotel to produkt. ‘Zbuntowane’ nastolatki chciały mieć swój zespół i kogoś, kogo będą podziwiać i naśladować – proszę bardzo, dajmy im chłopaków z Tokio Hotel. Podrasowali ich wygląd i muzykę, by chłopcy byli postrzegani jako profesjonaliści. Wiele osób dało się nabrać. Ja jednak ich debiutancki krążek recenzuję z całkiem neutralnej pozycji, skupiając się tylko na tym, co słyszę.

Czytaj dalej #218 Tokio Hotel “Schrei” (2005)

#217 Sugababes “One Touch” (2000)


Dawno, dawno temu, zanim jeszcze ukazała się kiepska płyta “Sweet 7”, a nuconego przez wszystkich kawałka “Push the Button” nie było nawet w planach, trzy nastolatki z Wielkiej Brytanii postanowiły założyć zespół. Tak szczerze – kto z nas nie chciał być kiedyś wokalistką/wokalistą? Nic z tych marzeń nie wyszło. Keisha, Mutya oraz Siobhan były jednak zdeterminowane i pewne sukcesu. Ich debiutancki krążek „One Touch” ukazał się w 2000 roku. Wszystkie trzy miały wtedy po 16 lat. Dowiedziałam się o tym niedawno, ale do kwestii ich wieku jeszcze wrócę. Dziewczyny były więc w podobnym wieku co ich koleżanki z Destiny’s Child. Można nawet powiedzieć, że Sugababes są brytyjską odpowiedzią na trio (wcześniej kwartet) z Ameryki. Jednak jak już nie raz udowodnili nam Anglicy, muzyka tworzona przez ich wykonawców jest nie rzadko na wyższym poziomie niż ta zza oceanu. Czy Sugababes potwierdzą, czy obalą tę hipotezę?

Czytaj dalej #217 Sugababes “One Touch” (2000)

#216 Travie McCoy “Lazarus” (2010)

 

Wiele już razy byliśmy świadkami, kiedy z jakiegoś zespołu odchodził jego członek by spróbować szczęścia pod własnym nazwiskiem. Podobną historię obserwowaliśmy już nie raz. Przykładem, że solo można sporo osiągnąć jest Gwen Stefani (No Doubt) i Cheryl Cole (Girls Aloud). Nic już natomiast nie słyszymy o ex-członkiniach Pussycat Dolls. Jedynie Nicole się przebiła, ale i tak ma problem z wydaniem w USA swojej płyty. Wiele wskazuje na to, że Travie McCoy ustał obok Cheryl i Gwen. Jego zespół Gym Class Heroes jest średnio znany. Solowo natomiast Travie radzi sobie znacznie lepiej. Potwierdzeniem tego ma szansę być album „Lazarus” oraz sukces singli: „Billionaire” i „We’ll Be Albright”. Wydany z pomocą producentów (którzy nagrywali z Lady GaGą, Beyonce czy 30 Seconds to Mars) krążek może zwrócić uwagę wielu słuchaczy na McCoy’a. Czy na długo? A przede wszystkim – czy w ogóle warto?

Czytaj dalej #216 Travie McCoy “Lazarus” (2010)

#214 T.I. “No Mercy” (2010)


Dosięgnięcia po ten krążek zachęciła mnie piosenka „Castle Walls” z gościnnym udziałem mojej ukochanej Christiny Aguilery. Zanim jednak przejdę do konkretów warto nadmienić co nieco o samym T.I’u. „No Mercy” to już jego siódma płyta,więc za muzykę rapera zabrałam się z trochę za późno. Ale co mi szkodzi? Nie wiem, jak brzmiały jego poprzednie krążki. Przed końcem prac nad tą płytą T.I.trafił (znowu) do więzienia. Nie wnikam za co, grunt, że album w końcu wydał.Za bardzo jednak w promocji nie uczestniczył. „No Mercy” po polsku oznacza „bez przebaczenia”. Okładka, która nawiasem mówiąc bardzo mi się podoba, przedstawia rapera w dość refleksyjnym i spokojnym wydaniu. Aż chce się powiedzieć, że zrozumiał swoje błędy i obiecuje poprawę. W studiu T.I.’a wsparli tacy producenci jak Dr. Luke, Danja, Swizz Beatz. Zaplecze więc bardzo obiecujące.Nic więc dziwnego, że moja ciekawość domagała się szybkiego zapoznania się z tym krążkiem.

Czytaj dalej #214 T.I. “No Mercy” (2010)