#934 Beirut “Gallipoli” (2019)

Jedna chwila potrafi sporo zmienić. Zach Condon, założyciel Beirut – najbardziej wędrownego zespołu świata, przekonał się o tym na własnej skórze, gdy szukał inspiracji w niewielkim, włoskim miasteczku Gallipoli. Natknął się na muzyczną paradę wędrującą uliczkami antycznego miasta. Ten widok tak na niego wpłynął, że w krótkim czasie napisał piosenkę, której nadał tytuł “Gallipoli”. Szybko powstały kolejne, a dziś nasze uszy cieszy piąty studyjny album jego formacji. Ponownie pakujemy plecaki i ruszamy w drogę u boku Beirut.

Chociaż głównym bodźcem do powstania płyty był czas spędzony we Włoszech, materiał rejestrowany był w Nowym Jorku i Berlinie, z którego Condon uczynił swój nowy dom. Nowoczesny charakter tych miejsc nie wpłynął na brzmienie wydawnictwa, które jest zbiorem typowych dla Beirut muzycznych zagrywek. Nadal wędrujemy po Bałkanach, chłoniemy klimat tych miejsc. Jednocześnie zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy w XXI wieku. Na “Gallipoli” lepiej niż poprzednim krążku (“No No No” z 2015) grupa odnalazła balans między folkiem a nowocześniejszym brzmieniem, otrzymując eklektyczny i bardzo czarujący zestaw piosenek.

Jakby na potwierdzenie tych słów wita nas “When I Die” – niezbyt emocjonalnie wykonany utwór, w którym dęciaki i gitary przecinają się z delikatną elektroniką. Lepiej brzmi tytułowe nagranie (budowane przez m.in. trąbki, perkusję i organy), które trafić powinno w gusta fanów starego Beirut. Dla mnie jest piękną, pożółkłą pocztówką ze śródziemnomorskiego miasteczka. Klimatyczną piosenką jest także następujący po niej popis gry ukulele postaci “Varieties of Exile”. Całość jest długa (przeszło pięć minut), ale wpuszcza nieco światła. Nawet jeśli wokale Zacha jak zwykle pozostają melancholijne i smutne. Może to przy okazji takiej kompozycji lekko uwierać, ale już jak ulał pasuje do zaskakującego “I Giardini” – utworu, w którym pianino napotyka afrykańskie bębny i syntezatory. Intryguje także “Gauze für Zach”, w którym wykorzystano efekt wielogłosów, a dalsza, dość długa część zahacza o delikatnie ambientowe klimaty. Do innych nowocześnie indie folkowych kawałków należą również momentami podnioślejsze “Family Curse” oraz znakomite “We Never Lived Here”, w którym pierwsze skrzypce grają dęciaki. Fanów klasycznego Beirut zadowolą z pewnością kompozycje “Landslide” i “Light in the Atoll”. Całość dopełniają mniej (“Corfu”) lub bardziej (“On Mainau Island”, “Fin”) eksperymentalne instrumentalne nagrania.

Muzyka zespołu Beirut ma pewną niesamowitą, ale nieco niebezpieczną właściwość – sprawia, że chcę spakować się w mały plecak i wsiąść do samolotu byle jakiego. Polecieć gdzieś daleko, uciec od problemów i rutyny. Krótko mówiąc – rzucić wszystko i wyjechać. Na przykład na Bałkany, które inspirują Zacha Condona od kilkunastu lat. Przejmować się tylko tym, w jakim kierunku udać się dalej. Na razie jednak brak mi odwagi, więc uciekam, zanurzając się w wykreowany przez grupę świat. Spędzam w nim długie godziny, bo album “Gallipoli” naprawdę wciąga, zachwycając mnie swoim ciepłem, dostojnością, ale zarazem swojskością. Wprawdzie moje serce wciąż bije mocniej dla “Gulag Orkestar”, ale nowy krążek zmazuje słabsze wrażenie, jakie zrobiła płyta “No No No”.

Warto: Gallipoli & We Never Lived Here & Landslide

3 Replies to “#934 Beirut “Gallipoli” (2019)”

  1. Muszę wreszcie przesłuchać, bo słyszałam wiele pochlebnych opinii o tym krążku. A piosenki, które wstawiłaś, tylko je potwierdzają.
    Zapraszam na nowy wpis i pozdrawiam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *