#298, 299 Taylor Swift “Red” (2012) & Ke$ha “Warrior” (2012)

Obecnie nie ma chyba popularniejszej wokalistki w USA od Taylor Swift. Każda kolejna jej płyta z miejsca staje się hitem i sprzedaje się jak świeże bułeczki. Nie inaczej było oczywiście z “Red”. W niespełna dwa miesiące album zakupiło 3 miliony słuchaczy. Pytanie – czy przesłuchali wcześniej utwory z “Red”, czy też zakupili w ciemno, mając pewność, że im się spodoba, bo w końcu to TA Swift? Ja bym chyba czwartej studyjnej płyty Taylor za dramo nie wzięła. Miejsca na półce coraz mniej, a po co ma się kurzyć?

Czytaj dalej #298, 299 Taylor Swift “Red” (2012) & Ke$ha “Warrior” (2012)

#23, 24 Taylor Swift “Speak Now” (2010) & Emily Osment “Fight or Flight” (2010)

Fanką Taylor Swift nie byłam, nie jestem i nie będę. No chyba, że mnie swoją muzyką zaskoczy. Co raczej się nie zdarzy, bo choćby najmniejsza zmiana image’u, jakiś skandalik i liczba fanów leci…w dół. Jednak na dzień dzisiejszy podoba mi się, że nie jest zepsutą przez sławę gwiazdką i coś tam w głowie ma. Jeszcze bardziej pozytywnie wypada, gdy postawi się ją obok niektórych koleżanek z branży. Po muzycznej klapie “Fearless” (moja recenzja) nie oczekiwałam wiele po “Speak Now”. Jednak nową płytę Swift mogę zaliczyć do udanych. Muzyka nie różni się od tej prezentowanej poprzednio. Nadal są to popowe utwiory z wpływami country (“Mean”, “Dear John”). Gdzieniegdzie słychać mocniejsze uderzenia (“Spearks Fly”, “Better Than Revenge”). Pojawiają się też ballady (“Never Grow Up”, “Enchanted”). Największe wrażenie zrobił na mnie utwór “Haunted”. Jest bardzo tajemniczy, niespokojny. Niesamowity. Taki haunted właśnie. Podsumowując. Rewolucji nie ma. “Speak Now” wydaje się być dojrzalszy niż poprzednie dwa albumy Taylor. Niestety, piosenki są do siebie podobne, oparte na tym samym schemacie. Trochę nudno.

Jeszcze jakieś dwa lata temu przyjaciółka Miley Cyrus z filmowego podwórka zarzekała się, że nagra rockowy album. Obietnica bez pokrycia. Trochę szkoda, bo przydałaby się nastolatka, która zapełni lukę po Avril Lavigne. Tak, wiem. Jest jeszcze Hayley Williams i Taylor Momsen, ale ja chcę więcej. Co do Emily – wiele do życzenia pozostawia jej głos. Jeśli chodzi o piosenki. Utrzymane są w popowej stylistyce z domieszką electro. Wychodzi nam mdła, popowa papka. Połowy utworów nie pamiętam. A te, które najbardziej zapadły mi w pamięć to m.in. kiepska ballada “Marisol” i odrobinę rockowy “Let’s Be Friends”. Ten drugi pełni dodatkowo rolę ‘dynamitu’. Kiedy płyta siada, piosenki zlewają się w jedno, otrzymujemy dawkę energii w postaci właśnie “Let’s Be Friends”. Spodziewałam się czegoś lepszego po Emily. Tym bardziej, że nie wyglądała mi na jakąś plastikową blond gwiazdeczkę. Może kiedyś będzie lepiej.

 

#5 Taylor Swift “Fearless” (2008)


Dzień po wręczeniu nagród Grammy weszłam do Internetu zobaczyć, do kogo powędrowały statuetki. Triumfowała Beyonce a tuż za nią Taylor Swift. Dostała aż cztery nagrody. W tym za album roku – płytę, którą teraz recenzuję. Nikt chyba nie jest w stanie zliczyć, ile Taylor dostała za nią wszystkich nagród. Po jej przesłuchaniu zapytałam sama siebie – o co tyle szumu? Taylor idealnie wpasowała się w klimat Disney’a (mimo, iż dla nich nie pracuje). Spotkałam się z wieloma komentarzami, że panna Swift gra rocka. Daleko jej do tego. Wykonuje pop i country. Sama napisała wszystkie teksty na płytę i miała udział w tworzeniu muzyki. Jej gitarę słychać w każdym utworze. Sprawia to, że piosenki brzmią bardzo podobnie. Do tego dorzucamy, że wszystkie są o tym samym i wychodzi nam…nuuuda. Gdyby jeszcze Taylor miała ciekawy głos. Niestety, pod tym względem też nic rewelacyjnego. Jednak Swift zrobiła coś dobrego – udowodniła, że muzyka country też może być popularna i znośna. Jest mi bardzo trudno wyróżnić w jakiś sposób którąś z piosenek, bo niewiele się różnią. Jednak jak mam wybierać, to polecam “Love Story” i “Change”. Podsumowując: Taylor nagrała niby poprawną, ale nudną płytę. Można jej posłuchać raz i drugi, ale w sporych odstępach czasu