#530 Kate Bush “50 Words for Snow” (2011)

Pokój posprzątany, choinka już ubrana, kłótnia o to, gdzie podziały się (co roku ginące) świąteczne ozdoby również odhaczona. Można więc usiąść i włączyć playlistę z takimi przebojami jak “Last Christmas” czy “Christmas (Baby Please Come Home)” i spróbować poczuć magię Świąt Bożego Narodzenia. Hmm… chyba w tym roku przeholowałam z takimi piosenkami, bo ich słuchanie jak nigdy nie sprawia mi przyjemności. Przypominam sobie jednak o albumie, który ze świętami nic wspólnego nie ma, ale jest pięknie zimowy. Kate Bush “50 Words for Snow”.

Brytyjska artystka, która zadebiutowała pod koniec lat 70., od samego początku zwracała na siebie uwagę. Wystarczyła dziwna piosenka “Wuthering Heights”, by Kate przebiła się do pierwszej ligi gwiazd muzyki. Jednak nawet po wielkim sukcesie woda sodowa nie uderzyła jej do głowy. Bush od zawsze była inną wokalistką. Nie lansowała się na imprezach, nie przepadała za występami, nie nagrywała duetów z najpopularniejszymi artystami. Trzymała się na uboczu. Mogłaby wydać świąteczny album i pokazywać nam, jak cieszy się z Bożego Narodzenia, ale naprawdę chcielibyście usłyszeć Kate wykonującą “Winter Wonderland”?

“50 Words for Snow” jest płytą iście zimową. Chłodną, zdystansowaną. Ale jednocześnie bardzo kameralną, intymną i cichą. Idealnie można się przy niej zrelaksować i uciec od codziennego zgiełku i hałasu. Do mitycznego świata Kate Bush zaprasza dość prosta, ale trzymająca słuchacza w napięciu, kompozycja “Snowflake”. Na pierwszy plan wysuwa się w niej fortepian. To ważny instrument na zimowym albumie Bush. Dawno bowiem nie był tak eksploatowany na jej płytach, jak właśnie na “50 Words for Snow”. Klimat “Snowflake” przypomina mi o wspaniałym albumie Goldfrapp “Felt Mountain”. Więcej dzieje się w eleganckim (te smyczki!), ale bardzo tajemniczym “Lake Tahoe”. Kate towarzyszą Michael Wood oraz Stefan Roberts, którzy swoimi wysokimi głosami tworzą piękne chórki i kontrastują z niższym wokalem Brytyjki. Samą siebie artystka przeszła w trwającym ponad trzynaście minut gigancie “Misty”, w którym zręcznie balansuje między jazzową a bluesową stylistyką.

Jeśli początek albumu wprowadził kogoś w senny nastrój, rozbudzi go “Wild Man”, charakteryzujące się wyraźnie zarysowaną melodią, chórkami oraz… mocniejszym refrenem, którego nie sposób przegapić. Warto posłuchać ośmiominutowego duetu Kate Bush z Eltonem Johnem – “Snowed in at Wheeler Street”. Piosenka mogłaby być nieco krótsza, tym bardziej, że jej największym atutem jest emocjonalna, żywiołowa (jeśli mogę w przypadku albumu “50 Words for Snow” użyć tego słowa) końcówka, w której artyści powtarzają jak modlitwę zdanie

I don’t want to lose you (PL: Nie chcę cię stracić).

Elton John nie jest jedynym gościem Bush. W tytułowym nagraniu pojawia się brytyjski komik Stephen Fry. To właśnie on jest gwiazdą piosenki “50 Words for Snow” – jednej wielkiej wyliczanki przy wciągającej, lecz jednostajnej muzyce. Na mecie naszej podróży przez zaspy i skute lodem krainy nieco ogrzać się można przy romantycznym “Among Angels”.

Nie często recenzując albumy mam ochotę przygotowywać osobny akapit o tekstach utworów. Inaczej jest jednak z Kate, której piosenki od początku muzycznej kariery porażały dojrzałością, a przede wszystkim wskazywały na bogatą wyobraźnię ich autorki. Na “50 Words of Snow” trzy teksty zwróciły najbardziej moją uwagę. “Misty” wydawać by się mogło dość śmieszne – opowiada bowiem o romansie z… bałwanem. Opowieść ma jednak drugie dno, bo traktuje o przemijaniu miłości (wszak bałwan najzwyczajniej na świecie się rozpuszcza i nie zostaje po nim nic innego jak tylko mokra plama). Nie mniej baśniowo jest w “Wild Man”, opisującym mitycznego człowieka śniegu, którego ludzie za wszelką cenę chcą wytropić. Z piosenki płynie dość smutna prawda – w dzisiejszym świecie ciężko o zachowanie tajemnic. Zachwyca nieco horrorowe “Lake Tahoe”, przedstawiające historię psa oraz jego właścicielki, która utonęła w tytułowym jeziorze, i powraca dziś jako zjawa.

“50 Words for Snow” jest idealną odpowiedzią na pytanie, czemu uwielbiam Kate Bush. Jej na hasło grudzień wcale przed oczami nie staje choinka czy Mikołaj, ale malują się całe zimowe historie. Ostatni, jak na razie, album brytyjskiej ikony jest jej najmniej komercyjnym wydawnictwem. Tak! Przebija pod tym względem niezapomniane “The Dreaming” z lat 80. Piosenki są wybitnie nie radiowe. Zaręczam, że po przesłuchaniu “50 Words for Snow” w głowie zostanie wam coś więcej niż pomysły na to, jak można inaczej określić śnieg, którego w tym roku jest jak na lekarstwo.

 

4 odpowiedzi do “#530 Kate Bush “50 Words for Snow” (2011)”

  1. W tym miesiącu słuchałam tej płyty kilkukrotnie 🙂 Bardzo przyjemna, ma to “coś” i jestem pewna, że będę do niej wracać 🙂 I fajnie się zdobiło pierniczki, kiedy się jej słuchało 🙂

  2. Powinienem Cię zhejtować. Snowed in at Wheeler Street jest idealne w całości, choć końcówka faktycznie miażdży, a skrócenie go byłoby grzechem. Koniec hejtu.
    Tak na poważnie 50 Words for Snow to przepiękny longplay. W sumie widzę tu pewną analogię do The Ninth Wave z HOL – tak samo piękne, naturalne, a jednocześnie porażające niekonwencjonalnymi (czyżby najczęściej używany przymiotnik w kontekście Kate Bush?) tekstami. W sumie nic więcej nie trzeba pisać, kompozycje po prostu bronią się same.

    Nowy post – Vilppu’s Best Song of 2014 Battle – @ http://FizzzReviews.blogspot.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *