#129 Mariah Carey “Memoirs of Imperfect Angel” (2009)

Macie problem z zaśnięciem? Wiercicie się i wiercicie a upragniony sen nie przychodzi? Nie trujcie się tabletkami. Mariah Carey rozwiąże wasz problem. Biegnijcie więc do sklepu po jej płytę “Memoirs of Imperfect Angel”. Kiedyś ceniłam ją jako artystkę. Ma nieprzeciętny głos. Umie śpiewać, Ale co z tego, skoro na tej płycie tego nie słychać a w niektórych piosenkach przepuszczony został przez auto tone. Carey na scenie jest od 20 lat. Jej styl się nie zmienia. To od początku pop i r&b, nieco soulu. Gdybym to ja była na jej miejscu, miałabym za sobą nawet epizod z symfonicznym metalem. Nie potrafiłabym być przez te wszystkie lata taka sama. Mariah stała się strasznie przewidywalna. Poprzednie dwie płyty (“E=MC²” i “The Emancipation of Mimi”) były bardziej taneczne. Tutaj Mariah serwuje nam zabójczą dawkę spokojnych utworów. Dosłownie zabójczą. Mnie rozłożyła po pierwszym zapoznaniu się z ty krążkiem. Nuda, nuda, nuda. Aż dziwne, bo producentami płyty byli The-Dream (pracował m.in. z Ciarą przy “Fantasy Ride”) i Tricky Stewart (“Bionic” Christiny Aguilery, “Teenage Dream” Katy Perry). Oni potrafią zrobić coś z niczego, nadać piosenkom fajne brzmienie. Chcieli aż za bardzo wcisnąć Marię w najnowsze trendy, jednocześnie chcąc sprawiać wrażenie, że ich współczesna muzyka nie obchodzi. Mimo wszystko momentami pojawiają się elektroniczne wstawki a w niektórych utworach głos Marii jest przerobiony przez komputer. Do gustu przypadły mi dwie piosenki: nagrane w stylu r&b “H.A.T.E.U.” oraz cover “I Want to Know What Love Is”. Covery wychodzą jej bardzo dobrze. Nawet dwie jej piosenki z poprzednich albumów, które lubię (czyli “Against All Odds (Take a Look at Me Now)” oraz “Without You”) to również przeróbki. Czyżby inni artyści potrafili stworzyć lepsze piosenki od niej, z ciekawszymi tekstami? Oczywiście, że tak. Teksty piosenek z tej płyty tylko utwierdziły mnie w słabej ocenie. Są jakieś takie nudne, nijakie, mało ciekawe. Przerabiałam to już tysiące razy. Chciałabym napisać coś o pozostałych piosenkach, ale zupełnie nie ma co. Są do siebie bardzo podobne. Oj, nie postarałaś się Mariah.

#128 Monika Brodka “Granda” (2010)

Monikę Brodkę pamiętam jeszcze z Idola. Była taką niepozorną nastolatką. Program jednak wygrała i niedługo potem ukazały się jej dwie płyty pełne popowych piosenek. Czasem bardziej przebojowych, czasem mniej. Mnie na pewno one nie zainteresowały. A tu proszę, jaka niespodzianka. Monika wydała album, który jest zupełnie niepodobny do tego, co w polskiej muzyce było. Monika z zwyczajnej, popowej wokalistki stała się prawdziwą artystką. Niszową, warto dodać. Jej piosenek nie usłyszycie już w radiu. Na “Grandzie” nadal sporo popu. Podszytego elektroniką i folkiem. Może inaczej – pop wyższych lotów. Nie dla każdego. Sama musiałam się przekonać do tych piosenek. Bez wątpienia ich najmocniejszą stroną są teksty. W dużej mierze pisane przez samą Brodkę. Sami musicie przyznać, że teksty Paulli czy innych polskich gwiazd są często żenujące i wtórne. Monika poszła o krok dalej. Teksty są naprawdę ciekawe. Wokalistka używa sporo słów, o których, z języka polskiego wiem, że nazywają się ‘archaizmy’ (wyrazy, które wyszły z obiegu). Przykładem może być tytułowa “Granda” i zwrot “porachuję kości”. A jeśli chodzi o piosenki pod kątem muzyki. Najbardziej podoba mi się piosenka tytułowa. Momentami brzmi jak remix, ale może to sprawka sporej ilości elektroniki, użytej w utworze. Uwielbiam wręcz zaśpiewane po francusku “Excipit”. Może ten język nie robi na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia, ale Monika brzmi naprawdę uroczo i ciekawie. Całkiem niezła jest spokojna “Syberia” i zakręcone “W pięciu smakach”. Nie podoba mi się natomiast “K.o.” oraz przynudzające “Kropki, kreski”. Nie rozumiem decyzji o umieszczeniu tu granego przez tatę Moniki utworu “Hejnał”. No ładnie gra, ale ta piosenka tu nie pasuje.

 

#127 Shakira “Fijación Oral Vol.1” (2005)

Ponad cztery lata musieli czekać fani Shakiry na jej nowy krążek. Po znakomicie przyjętym, angielskojęzycznym (nie licząc 4 utworów) wokalistka postanowiła ponownie nagrać coś po hiszpańsku. Z Shakirą jest taki problem, że nie potrafię wybrać, czy wolę ją w angielskim czy hiszpańskim repertuarze. W obu tych wersjach sprawdza się znakomicie. Na “Fijación Oral vol. 1” nagrała 10 nowych piosenek. Utrzymane są one w charakterystycznym dla Shakiry stylu latin pop i rock en espanol. Zastanawiałam się, czy płyta spodoba mi się choć w połowie tak bardzo jak “Laundry Service”. Nie spodziewałam się jednak, że po pięciokrotnym przesłuchaniu podczas jednego dnia nie będę jej miała dość. Jest świetna! Nie ma tu dwóch takich samych piosenek. Każda się czymś wyróżnia. I tak “En Tus Pupilas” zaczyna się jak kołysanka, “No” jest piękną balladą, a w “Escondite Ingles” Shakira nawet…krzyczy! Znam już sporo jej piosenek i nigdy czegoś takiego nie słyszałam. Aż ciarki mnie przechodzą jak tego słucham. A w “Obtener Un Si” na uwagę zasługuje sama muzyka. Dobrze słyszę? Smyczki? Całość wygląda jak nagrana w jakiejś filharmonii. Szczególnie koniec jest piękny. Nie mogę oczywiście zapomnieć o tanecznej części płyty. W końcu Shakirze szybkie piosenki wychodzą idealnie. Na “FijaciOn Oral Vol. 1” godne uwagi jest chociażby “Las De La Intuicion”, wykonywany razem z latynoskim artystą – Alejandro Sanz – hit “La Tortura” oraz nieco elektroniczne “Lo Imprescindible”. Na deser otrzymujemy od Shakiry akustyczną wersję “La Pared”, która jest lepsza od oryginału przede wszystkim dzięki zrezygnowaniu z tej tanecznej melodii na początku (kojarzącej mi się z muzyką September) oraz odrobinę zmienioną wersję singla “La Tortura”. Shakira jest niezwykłą wokalistką. Oprócz tego, że ma oryginalną barwę głosu, sama pisze swoje teksty i (nieraz) muzykę. Znam narazie cztery jej płyty (włącznie z tą) i muszę przyznać, że z “Fijación Oral vol.1” jestem najbardziej zadowolona.

#126 Nightwish “Once” (2004)

Jakiś czas temu ktoś zwrócił mi uwagę, że warto zrecenzować coś od Nightwish. Jestem wielką fanką Evanescence więc powinnam niby i ich posłuchać. Gdyby jeszcze byłoby między tymi zespołami jakieś podobieństwo. Amy Lee i Tarję Turunen łączy jedynie kolor włosów. To dwa zupełnie różne zespoły. Evanescence to bardziej rock (nieco też gothic rock). Nightwish z kolei symfoniczny metal. Obie wokalistki różnią się również wokalem. Tarja sprawdziłaby się w operze! Nie żartuję. Ma niesamowicie głęboki, dojrzały głos. Szeroki wachlarz możliwości. Od razu przyznam się, aby nie było nieporozumień. To moja pierwsza przesłuchana płyta Nightwish. Nie jestem jeszcze zorientowana, jak grali kiedyś. W końcu “Once” to ich piąta płyta. Wiele piosenek powstało w towarzystwie Londyńskiej Orkiestry Symfonicznej (to ta odpowiedzialna za muzykę do “Harry’ego Pottera”). Początek bardzo mnie zaskoczył. Piosenka “Dark Chest of Wonders” zaczyna się szeptem Tarji. Myślałam, że będzie spokojnie. Nic z tego. Za chwilę otrzymujemy dawkę energicznego grania. Muszę przyznać, że jest to całkiem niezły numer. W “Wish I Had an Angel” następuje zderzenie delikatnego głosu wokalistki z ciężkim wokalem jednego z członków zespołu. Małym przegięciem są dwie piosenki: “Creek Mary’s Blood” (motywy indiańskie!) i “Ghost Love Score”. Dlaczego? Pierwsza z nich trwa ponad 8 minut, a druga 10. Na szczęście Nightwish nie popełnili głupiego błędu – przez cały czas trwania piosenki nie jest powtarzana ta sama melodia itp. Na początku myślałam, że to kilka różnych piosenek. A tu taka niespodzianka. Zespół wygrywa na tym, że w połowie utworu potrafią zmienić brzmienie. Dodać jakieś instrumenty bądź też złagodzić brzmienie. Ja dopiero zaczynam zabawę z takimi melodiami, ale wydaje mi si,ę, że zostanę w tym na dłużej. Płyta “Once” całkiem mi się podobała. Momentami miałam jednak wrażenie, że słucham w kółko tego samego.

#125 Linkin Park “Hybrid Theory” (2000)

Już dość dawno obiecałam sobie, że przesłucham ten krążek. Wam wolałam nic o tym nie mówić, by zrobić wam niespodziankę. Spodziewałam się, hmmm, no właśnie? Czego się po Linkin Park spodziewałam? Na pewno muzyki, przy której będę mogła nie tyle się odprężyć (sorry, to miejsce zarezerwowane jest dla Nory Jones) co pomyśleć o swoich sprawach. Nie dali mi jednak na to żadnych szans. Moje myśli cały czas powracały do ich muzyki. Osobiście bardzo lubię rock czy podobne gatunki. Zdarza mi się słuchać Evanescence czy Nightwish. Teraz na pewno dołączą do nich chłopaki z Linkin Park. Na pierwszy rzut oka (a może raczej – ucha) ich muzyka to nu-metal i rock, jakich wiele. Na szczęście w ich piosenkach pojawiają się elementy hip hopu, często rapują. Na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się Chester Bennington. Czasem tylko oddaje głos innemu koledze, ale i tak nie ma tu piosenki bez jego świetnego wokalu. No właśnie, główną siłą grupy jest Chester. Ma bardzo dobry głos. Taki męski. Nie to, co niektórzy (m.in. Michael Jackson, Prince). Czasem śpiewa delikatnie (fragmenty “Crawling”, “In The End”), innym razem pokazuje, że potrafi też krzyczeć (“Crawling”, “Runaway”). Najciekawszą, lecz nie najlepszą piosenką jest “Core For the Itch”. Na początku zdziwiłam się, dlaczego po dwóch minutach jeszcze nie słychać Chestera. Pomyślałam nawet, że w ręce wpadła mi wersja instrumentalne utworu. Jak okazało się później – tak właśnie miało być. Wyszła im kompozycja łącząca w sobie hip hop z innymi dźwiękami. Taki jakby remix, prościej mówiąc. Zremixowany moment znajdziemy i w “With You”. Mimo wszystko nie pamiętam tego utworu. Muszę przyznać, że Linkin Park nagrali całkiem porządny krążek. I aż sama jestem ciekawa, czy utrzymali poziom przy kolejnej płycie.

#123, 124 Madonna “Like a Prayer” (1989) & Ewa Farna “Cicho” (2009)

Czy jest ktoś, kto nie zna “Like a Prayer”? Chodzi mi tu o samą piosenkę. Chyba nie ma takiej osoby. To ponadczasowy utwór. Zachęcona tym singlem postanowiłam zapoznać się z innymi piosenkami na płycie “Like a Prayer”. Pierwsze płyty Madonny (“Madonna”, “Like a Vrigin”) były pełne popowych, tanecznych melodii. Na tej Madonna serwuje nam nadal chwytliwe, ale bardziej ambitne melodie. Zaczyna się od tytułowego “Like a Prayer”. Przyznam, że to jedna z moich ulubionych piosenek od Madonny. Uwielbiam szczególnie początek, gdzie wokalistka śpiewa Life is a mystery, everyone must stand alone I hear you call my name And it feels like home (PL: Życie jest tajemnicą, każdy musi pozostać sam Słyszę, że wymawiasz moje imię I czuję się wtedy, jak w domu). Świetnie w piosence wypadły również chórki. Dalej mamy kolejny singiel – “Express Yourself” albo jak kto woli ‘demo Born This Way’. Piosenka jest świetna, ale z niej również najbardziej podoba mi się początek. Tam, gdzie Madonna mówi: Come on girls Do you believe in love? (PL: Dalej, dziewczyny! Wierzycie w miłość?). To są właściwie najbardziej znane single z tej płyty. Na szczęście nie są to jedyne piosenki, o których da się naskrobać kilka zdań. Na płycie znalazł się duet z Prince’m. Hmmm, ‘książę’ i królowa? Mogło być ciekawie. A tym czasem zaliczam ich piosenkę “Love Song” do najgorszych. Nie tyle w tym winy Madonny co Prince’a. Na albumie znalazło się miejsce dla spokojniejszych utworów – “Promise to Try” i “Oh Father”. “Promise to Try” jest naprawdę dobre. Teraz dopiero sobie uświadomiłam, że wielokrotnie słyszałam podobne piosenki. Nawet jedna od Beyonce mi ją przypomina. Chyba któraś z “I am…Sasha Fierce”. “Oh Father”, mimo obiecującego tytułu,wypada na tle pozostałych piosenek blado, bardzo blado. Sama piosenka nie jest zła, ‘skopała’ ją Madonna. Najoryginalniejszym utworem jest “Act of Contrition”, znajdujący się na końcu płyty. Przez dłuższy czas to po prostu sama muzyka. Jeśli chcecie zobaczyć, skąd wiele gwiazd i gwiazdek czerpie inspiracje, sięgnijcie po któryś z jej starszych albumów. Chociażby po “Like a Prayer”.

C

Prosiliście, prosiliście, aż w końcu uległam i sięgnęłam po drugi polskojęzyczny krążek Ewy pt. “Cicho”. Dotychczas znałam tylko single, które zrobiły na mnie nie bardzo pozytywne wrażenie. Jednak byłam ciekawa, czy sama płyta utrzymuje niezły poziom. Najnowszy krążek Ewy (“Ewakuacja”) podoba mi się. Lubię do niego wracać. Szkoda, że podobnego zdanie nie będę mieć o “Cicho”. Płyta z pewnością cicha nie jest. Sporo tu gitar, pojawia się i perkusja. Zresztą Ewa nie jest jakąś popową gwiazdką, która nagrywa taneczne hity. Jeśli miałabym wskazać gwiazdę, do której Ewa jest podobna (nie z wyglądu oczywiście), wybrałabym Avril Lavigne. Z pewnością nie tą z “Goodbye Lullaby” czy “The Best Damn Thing”, ale “Let Go” jak najbardziej pasuje. Ale niestety, te porównanie wypada na niekorzyść Ewy. Wokalistka ma duży potencjał, kawał głosu, energię, ale to nie wystarczy. Równie ważne są ciekawe melodie, interesujące teksty. A tu mi tego zabrakło. Z większości tekstów miałam niezły ubaw. Jak chociażby z “Już dorośnij”, gdzie pojawiają się słowa Tak po prostu nie mów nic, nie mów mamie lub w “Ogień we mnie” Dlaczego wstawać mam, co dnia. Może był jakiś ukryty sens? Jeśli tak, to nie zauważyłam. Najbardziej podoba mi się piosenka tytułowa – “Cicho”. Fajna muzyka, Ewa śpiewa czysto, da się ogółem posłuchać. Polubiłam też “La la laj”. Sama się sobie dziwię. Kiedyś traktowałam ją jak kołysankę. A teraz zauważyłam, że to całkiem dobry utwór. Polecam również balladę “W niespełnieniu”. Piękna melodia, Ewa zaśpiewała spokojnie, bez udziwnień. Nie potrzebne było umieszczenie na płycie coveru piosenki “Dmuchawce, latawce, wiatr”. Nie przepadam za oryginałem, więc trudno, bym pozytywnie spojrzała na wersję Ewy czy kogokolwiek. Ogółem płyta do przesłuchania raz, czy dwa, w dłuższych odstępach czasu. Gdybym ja najpierw trafiła na nią, bałabym się sięgnąć po “Ewakuację”. Jak podsumować jednym zdaniem? Płyta dla młodzieży. Gimnazjalnej młodzieży.

#121, 122 P!nk “I’m Not Dead” (2006) & Alesha Dixon “The Alesha Show” (2008)

Po nieudanym ‘nalocie’ na muzykę pop punk P!nk wróciła do formy. Tytuł płyty nie jest przypadkowy. “I’m Not Dead” (Nie umarłam), zdaje się nas przekonywać. Nie, P!nk na pewno nie ‘umarła’, po prostu odrodziła się na nowo. I muszę przyznać, że nigdy nie była tak dobra, świeża, pomysłowa. Podoba mi się to, że płyta “I’m Not Dead” nie jest jednostajna, piosenki nie są do siebie podobne. Nie zmienia się jedno – P!nk jest szczera, bezkompromisowa. Nikogo nie udaje. W jej głosie nie czuć ani jednej ‘nutki’ fałszu. Jest sobą, kiedy śpiewa o durnych dziewczynach (“Stupid Girls”) lub pytając prezydenta, czy ten może w ogóle spać spokojnie (“Dear Mr. President”). Rozwinę teraz swoją myśl co do różnorodności krążka. Z jednej strony jest przebojowo. Zaczyna się od mocnego uderzenia – utworu “Stupid Girls”. Może jest to bardziej uderzenie w warstwie tekstowej (policzek dla ‘głupich dziewczyn’) niż muzycznej, ale nie zmienia to faktu, że piosenka jest świetna. Niedługo potem mamy tytułowe “I’m Not Dead”, prawie dyskotekowe “Cuz I Can” oraz wpadające w ucho “Leave Me Alone (I’m Lonely)”. Następnie mamy chwilę wytchnienia, by naładować baterie przed (świetnym!) “Fingers” i nieco tylko ustępującym mu “Centerfold”. A co ze spokojniejszą częścią płyty? Mimo pozorów sporo tu ballad. Zaczyna się od “Who Knew”, do którego na razie nie potrafię się przekonać. Następnie w kolejce czekają “Nobody Knows” i “Dear Mr. President”. Kiedyś uwielbiałam ten drugi utwór. Nadal mam do niego ogromny sentyment, ale przegrywa teraz z “Nobody Knows”. Za jakiś czas wchodzimy bez wątpienia w strefę balladową. Wprowadza nad do niej nieco rockowe “Runaway”. Dalej mamy akustyczne “The One That Got Away”. Szczerze mówiąc, nie podoba mi się. Nieco P!nk rehabilitują dwie kolejne piosenki – “I Got Money Now” i “Conversations With My 13 Year Old Self”. Szczególnie ta druga jest niezwykła. Niby nic, a cieszy ucho. Najciekawszą piosenką jest spokojne, nieco akustyczne “I Have Seen the Rain” zaśpiewane (o ile się dobrze orientuję) przez P!nk i jej ojca. Na początku P!nk mówi o nim. W jej głosie słychać, że ta piosenka jest dla niej ważna. Podsumowując. Poznałam już wszystkie płyty P!nk, ale ta jest zdecydowanie najlepsza.

Alesha Dixon to jedna trzecia brytyjskiego girlsbandu Mis-Teeq. Do nagrania solowej płyty przymierzała się dwa razy. Za pierwszym obserwowaliśmy historię podobną jak u Nicole Scherzinger. Po kilku nieudanych singlach płyta wylądowała w koszu. Alesha wzięła udział w “Tańcu z gwiazdami”. Zaszła daleko. I wtedy dopiero zainteresowano się nią w rodzimej Brytanii. Zaowocowało to płytą “The Alesha Show”. Jaką właściwie muzykę gra Alesha? Przede wszystkim jest to pop i r&b. Na szczęście urozmaica swoje piosenki innymi gatunkami. W singlowym hicie “The Boys Does Nothing” pojawia się swing. W “Let’s Get Excited” szczypta elektrycznych brzmień. W kilku utworach r&b. Cała płyta raczej mi się podoba. Alesha może nie ma głosu jak Beyonce (do której, notabene jest porównywana) ale potrafi stworzyć niezłą, taneczną muzykę. Tego mogłaby Beyonce się od niej poduczyć. Przyznam, że chciałam zawrócić już przy intro – “Welcome To The Alesha Show”. Okropne. Przewidywalne. Ten tekst był po prostu zbędny, nic nie wnosił. Zostawienie samej muzyki byłoby lepszym pomysłem. Tym bardziej, że za chwilę mamy dynamit w postaci “Let’s Get Excited”. Kiedyś uwielbiałam ten utwór. Teraz nieco mniej. Potem Dixon daje nam odpocząć, serwując balladę r&b pt. “Breathe Slow”. Czasami Alesha sięga po popularny (w czasie wydania tej płyty – 2008) retro pop. Warto polecić tu zawierające w sobie ten gatunek chwytliwe utwory w postaci “Cindrella Shoe” oraz “Italians Do It Better”. Na dokładkę mamy nieco tajemnicze, ciekawe “Chasing Ghosts; spokojne, ale z elementami rapu “Hand It Over”; balladę “Do You Know The Way It Feels” autorstwa Diane Warren (“I Belong to Me” Jessica Simpson, “You Haven’t Seen the Last of Me” Cher). Ta ostatnia piosenka nieco odstaje od innych utworów, ale jest naprawdę dobra. Alesha nagrała dobry, jeśli nie bardzo dobry album. W sama raz na wakacje. Świetnie sprawdza się w tanecznych piosenkach, ballady również wychodzą jej nieźle. Niedługo zabieram się za jej nowy krążek. Oby tylko utrzymał poziom tego, bo jak nie, to będę strasznie zawiedziona.