#994 Lana Del Rey “Norman Fucking Rockwell” (2019)

Kiedy w pierwszej połowie ubiegłego wieku malarz i ilustrator Norman Rockwell publikował swe dzieła, krytycy nie byli zachwyceni. Nie były to obrazy zbyt wymyślne czy nadające się do wieszania w muzeach. Bo i sam Rockwell nie był postacią tajemniczą, wyrafinowaną czy oderwaną od rzeczywistości. W swoich pracach przedstawiał codzienne życie białej, amerykańskiej klasy średniej. Dziś jego prace są ponadczasowe, lecz jednocześnie wspaniale nostalgiczne. Po wysłuchaniu “Norman Fucking Rockwell” Lany Del Rey przestaje dziwić wybór patrona nowego albumu wokalistki.

Swoją nową płytę artystka zapowiadała od wielu miesięcy. Ujawniała kolejne single, chętnie opowiadała o projekcie, przekładała datę premiery. Odnieść można było wrażenie, iż faktycznie bardzo wierzy w swoje nowe dzieło i jest dumna z efektów swej pracy. Po “Honeymoon” Del Rey nieco obniżyła poprzeczkę. Krążek “Lust for Life” sprzed dwóch lat bardziej nudzi niż zachwyca. Brakowało na nim kompozycji, które wyróżnić by się mogły z katalogu Lany. Było trochę eksperymentowania z trapem, hip hopem i klimatami lat 50./60., ale całość złożyła się na efekt co najmniej przeciętny. Na “Norman Fucking Rockwell” Amerykanka pozbywa się różnych ulepszaczy i stawia na skromne aranżacje.

Piosenką, która z tego zestawienia porusza mnie najbardziej, jest “Hope Is a Dangerous Thing for a Woman Like Me to Have – but I Have It”. Prościutka, ledwie zauważana gra pianina towarzyszy smutnym, zmęczonym wokalom artystki. Utworem tym Lana się z nami żegna, pozostawiając nas w depresyjnym nastroju. Od roku rozczula mnie także singiel “Mariners Apartment Complex”, którym Del Rey rozpoczęła najbardziej folkową erę swojej muzycznej kariery. Stylizowana na lata 70. piosenka pięknie płynie w kierunku podnoszącego na duchu refrenu (You lose your way just take my hand. You’re lost at sea, then I’ll command your boat to me again). Z ujawnionych wcześniej nagrań lubię także słodsze, duszne “Doin’ Time” (Summertime, and the livin’s easy… Del Rey już nie raz udowadniała, że w letnio-melancholijnych klimatach jej do twarzy). Jedynie minimalistyczne, klasyczno-popowe “Venice Bitch” z psychodeliczno-rockowym zacięciem wciąż szuka sposobu, by wkraść się w moje łaski. Przeszło dziewięć minut na ten numer to za dużo.

Z pozostałych kompozycji do gustu najbardziej przypadły mi takie kawałki jak “Norman Fucking Rockwell”, “Fuck It I Love You”, “California”, “Bartender” i “Happiness Is a Butterfly”. Pierwsza jest zaaranżowaną na pianino i smyczki balladą o naturalnym wydźwięku. “Fuck It I Love You” czaruje marzycielskim klimatem. “California” intryguje zmianami tempa, niejednostajnymi wokalami i słodko-gorzką warstwą liryczną, w której artystka wspomina ukochanego, który wprawdzie zniknął z jej życia, ale gdy come back to California, jest przez nią mile widziany. “Bartender” ujmuje delikatnością i słodkimi wokalizami Lany. “Happiness Is a Butterfly” prowadzi od cichych zwrotek ku wyraźniejszemu, emocjonalnemu refrenowi.  I chociaż tytuł utworu brzmi optymistycznie, całe nagranie należy do najsmutniejszych momentów “Norman Fucking Rockwell”.

A pozostałe piosenki? Wprawdzie przy “Love Song” i “The Greatest” zdarza mi się ziewać, to “Cinnamon Girl”, “How to Disappear” i “The Next Best American Record” nieźle się bronią. O pierwszy z utworów zahaczyły lekkie elektroniczne wpływy. “How to Disappear” swoją elegancką aranżacją przenosi nas w czasie do lat 50. Melancholijne “The Next Best American Record” stworzone zostało do wolnych tańców – jest to bowiem kołyszący kawałek o romantycznym wydźwięku, przedstawiający historię pary, która patrzyła w tym samym kierunku i wspierała się.

Nawet jeśli będą to słowa na wyrost, Lana Del Rey wydaje mi się dziś być żeńskim odpowiednikiem samego Leonarda Cohena z przełomu lat 60. i 70. Jej nowe kompozycje również są mocno amerykańskie, odnoszą się do kultury i muzycznych tradycji Stanów Zjednoczonych, sporo w nich smutku, nostalgii, tęsknoty za tym, co minęło. Nie ma w nich ani grama fałszu. Do tego odnoszę wrażenie, iż z płyty na płytę tekściarski warsztat Del Rey udoskonala się. “Norman Fucking Rockwell” jest wydawnictwem bardzo spójnym i dość trudnym w odbiorze. Mało to już refrenów, które szybko uczepiają się słuchacza. Są za to melodie, które sprawiają, iż można doczepić nowej płycie artystki łatkę ponadczasowa. Amerykanka zanotowała bardzo dobry powrót i poważnie się zastanawiam, czy w moim prywatnym rankingu jej krążków “Norman Fucking Rockwell” nie przeskoczy surowego “Ultraviolence”.

Warto: Hope Is a Dangerous Thing & Mariners Apartment Complex & Happiness Is a Butterfly

4 Replies to “#994 Lana Del Rey “Norman Fucking Rockwell” (2019)”

  1. Ja tak słucham i słucham, no i nie podchodzi mi. Trochę wstyd przyznać, ale chyba najbardziej lubię Lanę z tymi wpadającymi ucho refrenami i inspiracjami hip-hopem, a moim ulubionym albumem wciąż jest “Born to Die”…
    Pozdrawiam. 🙂

  2. Mam dopiero w planach sięgnąć po ten album, ale podoba mi się już to co piszesz w podsumowaniu. Osobiście Lanę Del Rey (lub jak to mówią jej krytycy Lana Del Rey/more of the same 😀 😀 ) bardzo szanuję za wrażliwość i klimat, który jest nie do podrobienia.

    Pozdrawiam!
    https://wmuzyce.wordpress.com/

  3. Ta płyta dla mnie jest niesamowita Cinnamon Girl tworzy taki mocno jesienny klimat Love Song mi nie podeszła ale Maeiners Apartment Complex jest po prostu znakomitym kawałkiem.Płyta jest ogólnie całą piękną opowieścią o tęsknocie, miłości i …depresji
    Ale za to kocham piosenki Lany, cudowne proste a zarazem z nie do podrobienia klimatem retro

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *