RECENZJA: Mary J. Blige “Mary” (1999) (#1221)

Kariera Mary J. Blige po wydaniu przełomowego debiutu “What’s the 411?” szybko mogła runąć. Walcząca z wieloma personalnymi problemami artystka rozumiała jednak, że kluczem do lepszego życia jest muzyka, która często pełni funkcję terapeutyczną. O tym był właśnie album “My Life”. Jego następca, “Share My World”, przedstawiał nam już szczęśliwszą Blige. Ten spokój udzielił się artystce również podczas kompletowania “Mary” – płyty, którą pomachała na pożegnanie słodko-gorzkim latom 90.

Czytaj dalej RECENZJA: Mary J. Blige “Mary” (1999) (#1221)

#1168 Melanie C “Northern Star” (1999)

Ciężko polemizować ze stwierdzeniem, iż Spice Girls są jednym z najbardziej znaczących girlsbandów w historii muzyki. W latach 90. naprawdę nie miały sobie równych, a przyznać trzeba, iż konkurencja była wówczas spora, bo dekada ta obfitowała w wiele świetnych żeńskich formacji wokalnych. Po dwóch płytach dziewczyny postanowiły od siebie odpocząć, lecz część z nich nie potrafiła trzymać się z dala od śpiewania.

Czytaj dalej #1168 Melanie C “Northern Star” (1999)

#733 Macy Gray “On How Life Is” (1999)

Kiedy wiele osób muzyczną karierę zaczyna robić już w nastoletnim wieku, Macy Gray swój debiut zaprezentowała nam po trzydziestce. Świat oszalał, wynosząc krążek “On How Life Is” i towarzyszące mu single na wysokie pozycje list przebojów. Mogłaby być to tylko jedna z wielu płyt krzyżujących soul i r&b, gdyby nie głos artystki – jeden z najbardziej charakterystycznych i interesujących. Nagrywanie tego krążka było cool, bo niczego nie oczekiwałam, mówiła Macy, jakby zapominając, że ważne są także oczekiwania melomanów. Warto sprawdzić, czy Amerykanka podołała zadaniu.

Czytaj dalej #733 Macy Gray “On How Life Is” (1999)

#677 Enrique Iglesias “Enrique” (1999)

Jeszcze zanim Enrique Iglesias nawiązał znajomość z Pitbullem i wypuścił w świat takie przeboje jak “Bailando”, “Do You Know? (The Ping Pong Song)” czy “I Like It”, nagrywał albumy, które uczyniły go jednym z najważniejszych i najbardziej znanych latynoskich artystów. Trzy pierwsze krążki wokalisty (“Enrique Iglesias”, “Vivir” i “Cosas Del Amor”) przysporzyły mu fanów głównie w hiszpańskojęzycznych państwach, lecz to pierwszy anglojęzyczny materiał zebrany pod szyldem “Enrique” sprawił, że także na resztę świata zadziałał urok Hiszpana.

Czytaj dalej #677 Enrique Iglesias “Enrique” (1999)

#647 Jessica Simpson “Sweet Kisses” (1999)

O Jessice Simpson, która swego czasu zajmowała się i muzyką i aktorstwem (a dziś chętniej spogląda w stronę mody i projektowania), przypomniałam sobie robiąc sentymentalną podróż w czasie i sięgając po latach po ośmieszający ją teledysk Eminema “We Made You”. Wokalistka zbyt dobrej prasy nie ma, a niejedna osoba wytyka jej złe zawodowe wybory oraz głupotę, twierdząc ponadto, że Simpson jest żywym przykładem na to, że blondynki z popularnych dowcipów istnieją w rzeczywistości. Coś musiało się jednak wydarzyć, bo jej płytowy debiut z końca lat 90. niczego złego nie zapowiadał.

Czytaj dalej #647 Jessica Simpson “Sweet Kisses” (1999)

#641 Kelis “Kaleidoscope” (1999)


Jako dziecko śpiewała w chórze, grała na pianinie i uczęszczała do prywatnej szkoły. Mając trzynaście lat ogoliła głowę na łyso, a chwilę później (będąc szesnastolatką) została wyrzucona przez rodziców z domu za złe zachowanie. W tym całym swoim buncie Kelis nie zapomniała jednak o muzyce. Poszła do szkoły artystycznej, gdzie założyła zespół BLU. Nie zdążyła jednak z nim wiele zdziałać, kiedy spotkała na swojej drodze producencki team The Neptunes. Z jego pomocą nagrała debiutancką płytę, o której śmiało można powiedzieć, że przeszła do historii czarnej muzyki.

Czytaj dalej #641 Kelis “Kaleidoscope” (1999)

#101, 102, 103 Kate Ryan “Alive” (2006) & Leona Lewis “Spirit” (2007) & Destiny’s Child “Writing’s on the Wall” (1999)

“Alive” to trzecia płyta w dorobku Kate Ryan. Wokalistka nie zmieniła swojego stylu. Nadal jest wierna popowym i tanecznym melodiom. Płyta jednak poniosła komercyjną porażkę. Sprzedano nieco ponad 50,000 egzemplarzy. Trochę mnie to dziwi, bo na mnie płyta zrobiła całkiem pozytywne wrażenie. Album otwiera utwór popularny w 2006 roku – “Je t’adore”. Bardzo udany kawałek, dawka porządnego popu. Bardzo podoba mi się również “Tapping On The Table”. Ma taki fajny klimat, nawet, jeśli zalatuje techno. Z tanecznych numerów do gustu przypadły mi m.in. “Alive” i “Why Imagine”. Ciekawym numerem jest nieco zadziorne “Nothing”. Mamy tu i kilka spokojniejszych kawałków. Typową balladą jest “That Kiss I Miss”, dedykowane jej zmarłej mamie. Piosenka jest piękna. Aż żal pisać, że dobry efekt psuje niezbyt dobry głos Kate w utworze. Jednak tekst piosenki bardzo mi się podoba. Przytoczyć fragment? Where is the rainbow where is heaven Is there a place you have gone(PL: Gdzie jest ta tęcza, gdzie jest raj? Czy to jest miejsce gdzie poszłaś?). Nieco zawiodła mnie piosenka “Love or Lust”. Początek jest naprawdę magiczny, zapowiada się na fajną, elektryczną balladę a tu po 30 sekundach pojawia się wkurzający dance’owy podkład. Inną spokojną piosenką, wartą uwagi, jest “Driving Away”. Oprócz 13 piosenek zaśpiewanych po angielsku, znajdziemy 4 po francusku. Nie są to jednak nowe utwory, raczej francuskojęzyczne wersje zawartych na krążku numerów: “Je t’adore”, “Alive”, “Je Donnerais Tout” (“All For You”), “Combien De Fois” (“How Many Times”). Najgorzej wypada chyba francuska wersja “All For You” i “How Many Times”. Ogółem jednak Kate nagrała przyzwoity album, przy którym można i potańczyć i w inny sposób się zrelaksować.

Z oceną “Spirit” zwlekałam do czasu, aż przesłucham “Best Kept Secret”, czyli płytę demo nagraną kilka lat wcześniej przez Leonę. Oba krążki się różnią. Na oficjalnym debiucie otrzymujemy zupełnie inną Leonę. Mniej tu piosenek tanecznych. Może to i dobrze, bo nieco żywsze “Whenever It Takes” nie zachwyca. Pozostałe utwory to ballady. Na pewno słyszeliście hit “Bleeding Love”. Kiedyś bardzo mi się nie podobał. Cóż, musiałam do tego utworu dojrzeć. Jest to jedna z niewielu piosenek na “Spirit”, w których Leona brzmi nawet autentycznie. Ogólnie mam wrażenie, że to wytwórnia wykreowała taką Leonę. W niektórych piosenkach mnie w ogóle nie przekonuje, mam wrażenie, jakby śpiewała na siłę (np. w “The Best You Never Had”, “Yesterday”). Nie można odmówić jej oczywiście głosu. Wydaje mi się, że chcą z niej zrobić nową Mariah Carey. Cóż, jedną już mamy i niech tak pozostanie. Najlepiej niech będzie sobą. Bardzo podoba mi się tajemnicza, niepokojąca piosenka “Homeless”. Lubię też singlowe “Better In Time”. Bardzo prosta, ale dobra. Razem z “Bleeding Love” to mój top 3 utworów na “Spirit”. Oprócz nich dobre wrażenie zrobiły na mnie “Take a Bow” (żywsze) oraz “Footprints in the Sand”, mimo iż w chwili, gdy piszę tę recenzję nie przypominam go sobie. Nie podoba mi się natomiast “Angel” oraz piosenka ‘pióra’ Avril Lavigne pt. “I Will Be”. Nie ma pojęcia jak trafił ten numer do Leony. Mimo, iż wykonuje go lepiej niż sama Avril, nie przekonuje mnie. Moja ocena jest naj najbardziej przemyślana. Przesłuchałam “Spirit” ponad 5 razy.

Nie długo kazały swoim fanom czekać na nowy krążek dziewczyny z Destiny’s Child. Ich debiut (“Destiny’s Child”) na kolana mnie nie powalił. Można nawet powiedzieć, że nudziłam się podczas słuchania go. Sporo tam było spokojnych numerów, a same dziewczyny wybitnie nie brzmiały. Na “The Writing’s on the Wall” jest już lepiej. Mniej tu popowych melodii, które pojawiały się na debiucie, sporo natomiast hip hopu i soulu (“Bills Bills Bills”, “Bug a Boo”) Zauważyłam, że więcej tu żywszych piosenek. Nie są to wprawdzie rasowe, dyskotekowe rytmy, ale słucha się tego znacznie lepiej. Nie sposób usiedzieć w miejscu przy świetnym “Jumpin’ Jumpin'” czy “So Good”. Polecam również “Hey Ladies” chociaż dla mnie brzmi podobnie jak poprzedzający je numer “Where’d You Go”. Przy niektórych utworach dziewczyny współpracowały z innymi gwiazdami. W “Get on the Bus” pojawia się Timbaland. Może być to niezłe zaskoczenia dla niektórych, biorąc pod uwagę, że teraz zajmuje się bardziej popowymi kompozycjami. Wśród autorów spokojnego “Confession” pojawia się nazwisko Missy Elliott. Piosenka mnie jednak nie przekonuje. Na krążku znajdziemy też kilka balladowych utworów. Niektóre są naprawdę dobre, inne, hmmm, mogło być lepiej. Z tych wolniejszych moim zdecydowanym numerem 1. jest “Say My Name”. Lubię też “Sweet Sixteen” (bynajmniej nie jest to imprezowy kawałek) oraz “Stay”. Nie przepadam natomiast za “Temptation” i “If You Leave”. Najciekawszym utworem jest chyba “Outro”. Zapytacie – jak to możliwe. Destiny’s Child wykonały w nim znany utwór “Amazing Grece”. Podoba mi się to, że dziewczyny dały tej piosence coś od siebie. Niesamowicie brzmią w tym numerze. Płyta podoba mi się bardziej niż “Destiny’s Child”. Całkiem udany krążek.

#96, 97, 98 Destiny’s Child “Survivor” (2001) & Mariah Carey “Rainbow” (1999) & Jamelia “Drama” (2000)

“Survivor” to trzeci album zespołu Destiny’s Child nagrany już bez LaTavi Roberson i LaToyi Luckett. Na ich miejsce przyszła Michelle Williams. Dziewczyny już po raz trzeci serwują nam dawkę dobrego r&b podszytego popem i soulem. Podoba mi się rozmieszczenie utworów na tym krążku. Na początku otrzymujemy solidną dawkę energii w postaci takich piosenek jak “Bootylicious” czy “Sexy Daddy” przez nieco spokojniejsze utwory (“Apple Pie A La Mode”, “Dance With Me”) po zanurzenie się w soulowy świat muzyki za sprawą ballad (“Emotion”, “Dangerously In Love”). Mnie osobiście najbardziej rozwalił początek płyty. W pozytywnym sensie. Uwielbiam “Independent Woman” (obie części), taneczne “Bootylicious”, zadziorne “Nasty Girl” oraz będące jakby hymnem, może nawet nieco patetyczne “Survivor”. Podoba mi się tekst tej piosenki. Naprawdę podnosi na duchu. Dziewczyny wymieniają, jak myśleliby o nich byli faceci, a jakie są naprawdę np. Thought I couldn’t breathe without you I’m inhaling (PL: Myślałeś, że bez ciebie nie złapię tchu, lecz ja oddycham ); You thought that I’d be weak without you But I’m stronger(PL: Myślałeś, że będę słaba bez ciebie, ale jestem silniejsza ). Z balladowej części płyty lubię “Emotions” oraz “Brown Eyes”. Nie potrafię przekonać się do piosenki “Dangerously In Love”. Zarówno ta wersja, jak i ta umieszczona na solowym albumie Beyonce po prostu mi się nie podoba. Najgorzej jednak Knowles wypadła w “Happy Face”. Cóż, ja po przesłuchaniu piosenki nie powiedziałabym o sobie, że mam ‘happy face’. Końcówka w jej wykonaniu jest wręcz tragiczna.Jednakże cenię wokal Beyonce, ale umieszczenie na “Survivor” jej solowej piosenki było chyba przesadą. Owszem, soulowy utwór “My Heart Still Beats” jest pięknym utworem, ale zespół to zespół. Na szczęście to jednorazowe ‘potknięcie’. I to mi się właśnie w Destiny’s Child podoba. Wszystkie trzy mają do odśpiewania swoje partie utworu. Nie jest tak, że Kelly i Michelle zostały ‘zdegradowane’ do roli chórku. Płyta podoba mi się znacznie bardziej niż “Destiny’s Child” i tylko nieco lepiej niż “Writting’s On The Wall”.


“Rainbow” to kolejna płyta Mariah Carey. Ja dopiero zaczynam przygodę z tą wokalistką. Znam pojedyncze utwory, ze dwie starsze płyty i nowy, bożonarodzeniowy krążek. Mogę jednak przyznać, że to jej najgorszy album, który już znam. Z okładki płyty szczerzy się do nas ubrana tylko w bieliznę Mariah. ‘Przechodzi’ przez nią tęcza. Cóż, kiczowato to trochę wygląda. Mariah najwyraźniej chciała pokazać byłemu mężowi (rozwiodła się przed wydaniem tego krążka) co stracił. Powróćmy jednak do zawartości. Materiał jest podzielony w miarę równo. Z jednej strony mamy tu taneczne utwory r&b, z drugiej popowe ballady, takie ‘pościelówki’. Sama miałam okazję tego za pierwszym przesłuchiwaniem doświadczyć. Fani Mariah, nie miejcie mi tego za złe. Był poniedziałkowy wieczór, byłam padnięta, i…zasnęłam. Za karę przesłuchałam jeszcze cztery razy. Wydawać by się mogło, że płyta ciągnie się i ciągnie w nieskończoność. Tym bardziej, że niektóre piosenki trwają z 5 minut (“Crybaby”, “Bliss”). A mimo wszystko szybko to leci. Zaskoczyła mnie ilość gości, którzy się tu pojawili. W otwierającym album “Heartbreaker” rapuje Jay-Z. W zmienionej wersji tego utworu (która mi się bardziej podoba) pojawia się Missy Elliott. W “Crybaby” słychać Snoop Dogga, co wcale nie pomaga tej piosence. W “Did I Do That” i “Thank God I Found You” usłyszymy kolejno Mystkial, Master P i 98 Degrees. Mi najbardziej do gustu przypadły dwie ballady – “Against All Odds (Take a Look at Me Now)” i “Petals”. Mariah znana jest głównie z wykonywania ballad, ale nie wszystkie są perfekcyjne. “Against All Odds” jest coverem utwory Phila Collinsa o tym samym tytule. Jest to jedna z tych piosenek, które zna chyba każdy. Może nie tyle w oryginalne, co w cudzej przeróbce. Ta Mariah brzmi świeżo, ciekawie. Lubię również “Petals” chociaż prawie niezauważalnie przechodzi w “Rainbow” (interlude). I to jest dla mnie zagadką – te intra pomiędzy piosenkami. Na “Rainbow” są dwa – “Rainbow” i “Vulnerability”. Nie mam pojęcia, dlaczego ona takie coś dodała. Może miała fragment piosenki a nie chciało jej się wymyślać dalej? Cóż, to jej słodka tajemnica.


Jamelię kojarzę od dłuższego czasu. Zam głównie single. Szczególnie dobrze te z trzeciej płyty artystki. Podczas przygotowań imprezy 1,2,3 it’s r&b postanowiłam zapoznać się z jej płytami. I tak na pierwszy ogień idzie debiut wokalistki – “Drama”. Czy jest to drama-t? Nie chce tak tego nazywać. To w końcu jej pierwszy album. Z jakim krajem kojarzy wam się muzyka r&b? Z USA, prawda? Zaskoczeniem dla was może być fakt, że Jamelia pochodzi z Anglii.  Myślałam, że album powali mnie na kolana. Taką przynajmniej miałam nadzieję po dwóch pierwszych utworach. Nawet nie spodziewałam się takiej dawki energii w postaci “One”. Kolejny utwór, “Money”, zaśpiewany razem z Beenie Man’em, chociaż jest z pewnością za długi (6 minut!) to dawka dobrego r&b. Pozostałe piosenki też nie są złe. Problem w tym, że brzmią bardzo podobnie, robione jakby ‘na jedno kopyto’. Niewiele rzeczy można w nich wyróżnić. W “Call Me” podoba mi się końcówka, gdzie słychać odgłos telefonu. I to byłoby chyba wszystko. Pojawiają się i spokojniejsze piosenki. Zaliczyć do nich możemy “Not With You”, “One Day” oraz “Boy Next Door”. Najbardziej z nich do gustu przypadła mi ostatnia z wymienionych piosenek. Nie podoba mi się “Guilty” – utwór zniszczony nie tyle przez Jamelię co tego mężczyznę, który śpiewa w trakcie. Nie podoba mi się, po prostu.

#71, 72, 73 Jennifer Lopez “On the 6” (1999) & Paramore “Riot!” (2007) & Shakira “Laundry Service” (2001)

“On The 6” jest debiutanckim albumem początkującej (wówczas) aktorki Jennifer Lopez. Tytuł płyty nawiązuje do jej młodości. Tytułowa 6 to numer linii metra, którą J.Lo podróżowała z Bronxu do Manhattanu. Spodziewałabym się nawiązań do muzyki hip hop, ale jej namiastkę znajdziemy tylko w “Feelin’ So Good”. Zdecydowanie nie jest to mój ulubiony numer na tej płycie. Wkurza mnie przewijający się ten sam taneczny bit. Cały album można podzielić na dwie części. Z jednej strony Jennifer porywa nas do tańca za pomocą takich hitów jak singlowy “If You Had My Love”, zawierający w sobie wpływy r&b; równie fajnym “Open Off My Love” czy dyskotekowym “Una Noche Mas”. Z drugiej strony częstuje nas balladami. Moją ulubioną jest “Should’ ve Never”. Delikatny wokal Jennifer i dźwięki gitary stwarzają wspaniały klimat. Nawet nie przeszkadza mi w niej to, że trwa ponad 6 minut. Inne ballady z tego krążka nie zrobiły na mnie takiego wrażenia, jak wcześniej wspomniana. “Promise Me You’ll Try” najzwyklej na świecie znika w tłumie innych utworów, “Talk About Us” ma dobry refren, cover piosenki Diany Ross pt. “Theme from Mahogany (Do You Know Where You’re Going To) brzmi nie najgorzej, “Could This Be Love”jest subtelnym utworem. Jennifer wielokrotnie podkreśla swoje latynoskie korzenie, mimo iż niewiele piosenek na “On The 6” śpiewanych jest po hiszpańsku. Jednak wyczuwa się tego ‘latynoskiego ducha’. Ciekawym pomysłem jest umieszczenie na płycie dwóch rożnych wersji duetu J.Lo z Marcem Anthonym pt. “No Me Ames”. Swoją drogą, ciekawe czy Jennifer już wtedy przeczuwała, że zostanie żoną Marca. Wróćmy jednak do piosenki. Bardziej przypadła mi do gustu balladowa wersja. Tropikalny remix utworu, choć hawajskie dźwięki są super ;), nie zdał testu. Wokale J.lo i Anthony’ego po prostu nie pasują do tanecznej wersji. Uważam jednak, że jako całość “On The 6” prezentuje się dobrze.

Jak już pisałam w recenzji “Brand New Eyes”nie mogę uwierzyć, że o tym zespole stało się głośno dopiero na moment przed wydaniem trzeciego krążka. Ten – “Riot!” – bardziej mi się podoba. Jest to niezbyt komercyjna płyta, pełna rockowego, pop punkowego grania. Nie bez przyczyny album nosi tytuł “Riot!” (PL: bunt). Hayley buntuje się przeciw słodkim, popowym pioseneczkom. Nie wyobrażam jej sobie w tanecznych numerach. Takowych tu nie znajdziemy ale nie znaczy to, że mamy do czynienia z jakąś smętną płytą. Sporo tu piosenek o niezwykłej mocy. “Misery Business”, “Crushcrushcrush” czy “Fences” od zawsze mi się podobały. Do spokojniejszych, ale wciąż okraszonych gitarowym graniem, numerów można zaliczyć “When It Rains” oraz “We Are Broken”. Mi do gustu bardziej przypadł…no właśnie, oba są warte uwagi. “When It Rains” ma niesamowity początek. “We Are Broken” zaczarował mnie zwrotkami. Z piosenek zawartych na “Riot!” nie przekujuje mnie “That’s What You Get” oraz “For a Pessimist I’m Pretty Optimistic”. Warto wspomnieć jeszcze o “Born For This”, gdzie występuje naprawdę dobry hmm, chórek? Tak, tak to nazwę. I jeszcze słówko na koniec. Piosenki nie zapadają szybko w pamięć, trzeba przesłuchać album kilka razy by zacząć kojarzyć, ale słuchanie go to przyjemność.


“Laundry Service” był pierwszym anglojęzycznym albumem Shakiry. Kiedyś z pewnością nie zrobiłby na mnie takiego wrażenia. Jednak w zeszłym roku, dzięki “Waka waka” przekonałam się do Shakiry. I dobrze zrobiłam. Z tej płyty kojarzyłam tylko single. Jednak zakup “Laundry Service” był dobrą decyzją.  Shakira nie zawodzi. Udowadnia, że ma naprawdę dobry głos, chociaż przyznam, że w kompozycjach takich jak “Rules” czy “Ready For The Good Times” zdarza jej się wydać z siebie dość koszmarne dźwięki. Od Shakiry dostajemy sporą dawkę energetycznych utworów, przy których nogi same rwą się do tańca. Nie są to jednak płytkie numery. Memy tu “Objection (Tango)”, który zawiera w sobie wpływy muzyki latino, nieco dyskotekowe “Ready For The Good Times” czy w końcu hit “Whenever Whenever”. Ten ostatni utwór przekonał mnie do siebie w hiszpańskojęzycznej wersji, którą również znajdziemy na krążku (“Suerte”). Jednak najlepiej Shakirze wychodzą piosenki łączące w sobie pop rock (“The One”), soft rock (“Underneath Your Clothes”) oraz rock en español (“Te Dejo Madrit”, “Que Me Quades Tú”). To właśnie odróżnia Shakirę od wielu innych latynoskich artystów. Na pewno nie można postawić jej obok Ricky’ego Martina czy Jennifer Lopez. Shakira ma pazur. Najwieksze wrażenie na “Laundry Service” zrobiła na mnie wspomniana wcześniej soft rockowa, nieco nietypowa ballada “Underneath Your Clothes”. Uwielbiam moment, gdy Shakira śpiewa You’re a song Written by the hands of god (PL: Jesteś piosenką pisaną rękami Boga). Strasznie podoba mi się “Eyes Like Yours”. Szalona, szybka kompozycja z ciekawym chórkiem. Co tu jeszcze dodać? Powoli zapoznaję się z dyskografią Shakiry. Wiele osób mi mówiło, że ten album jest znacznie gorszy od poprzedników. Na mnie zrobił dobre wrażenie i z pewnością często do niego wrócę.

#54, 55, 56 Rihanna “Music of the Sun” (2005) & Christina Aguilera “Christina Aguilera” (1999) & Britney Spears “…Baby One More Time” (1999)

“Music of the Sun” czyli jak bez podnoszenia się z fotela przenieść się na słoneczne Karaiby. Do tej pory znałam Rihannę z singli oraz trzech ostatnich płyt (Good Girl Gone Bad, Rated R, Loud). Postanowiłam jednak sięgnąć po jej debiutancki krążek. I to był strzał w dziesiątkę. Płyta jest mieszanką popu, reggae, r&b oraz dancehallu i hip hopu. Plus za oryginalność. Dziś, by zaistnieć trzeba nagrać popową płytkę a jeszcze lepiej rozkręcić jakiś skandal. Rihanna tego nie potrzebowała. Świetnie sprawdziła się w takich klimatach. Mimo, iż po latach w wywiadach opowiadała, jak to nie miała nic do powiedzenia przy wyborze muzyki, ja uważam, że wytwórnia postawiła na dobry styl. Patrząc na okładkę nie mogę uwierzyć, że to ta sama dziewczyna, która teraz farbuje włosy co 2-3 miesiące, ubiera się jak strach na wróble oraz obraca się w dennym popie. Jest tu taka naturalna. Piosenki również są miłe dla ucha. “Pon De Replay” bardzo łatwo wpada w ucho. “That la, la, la” oraz “Let Me” to udane kompozycje zawierające w sobie mix hip hopu z r&b. Znalazło się i miejsce dla kilku wolniejszych numerów. “The Last Time” najmniej jednak przypadło mi do gustu ze względy na wokal Rihanny w niektórych momentach. Bardzo podoba mi się natomias “Now I Know”. Tutaj Rihanna brzmi bardzo dobrze. No i nie można nie wspomnieć o “Music of the Sun”, która świetnie podsumowuje płytę o tym samym tytule. “Listen, closely hear the music playing Let it take you to places far away and Relax your senses just do what you want to do No need for questions It’s only for you” (“Słuchaj dokładnie grającej muzyki Pozwól zabrać się w dalekie miejsce Uwolnij swoje zmysły, po prostu rób to, na co masz ochotę Żadnych pytań, to tylko dla Ciebie“). Mogłabym przytoczyć cały tekst tego utworu. Świetny jest. Ja zdecydowanie dałam się porwać muzyce zawartej na tym krążku.

Dziś Christina Aguilera jest znaną na całym świecie artystką. Może popularność już nie ta, co ponad dziesięć lat temu, ale nie można powiedzieć, że słuchacze zupełnie o niej zapomnieli. Aguilera ma na koncie kilka metamorfoz. Każda jej płyta to nowy rozdział w jej karierze. Chociaż takie utwory jak “Candyman” czy “Beautiful” były hitami, nie przebiły piosenek z debiutanckiego krążka. Swój pierwszy album Christina wydała w 1999 roku. Kilka miesięcy po Britney Spears, swojej koleżance z programu “Klub Myszki Miki”. Chociaż to “…Baby One More Time” odniosło większy komercyjny sukces, Aguilera wygrała ze Spears głosem i samymi piosenkami. Nie chcę oczywiście przesadzać. Utwory, które znalazły się na “Christina Aguilera” to zupełnie inna półka niż to, co dostajemy od Xtiny dzisiaj. Piosenki z późniejszych krążków są bardziej dopracowane, ciekawsze. Na debiucie Christina dostała po prostu kilka kawałków do nagrania i tyle. Nie mogła być w pełni sobą, o czym później śpiewała na “Stripped”. Z “Christina Aguilera” wydane zostały cztery single. Pierwszym została piosenka “Genie in a Bottle”. Powiem szczerze, że uwielbiam ten kawałek. Jest bardzo pozytywny. To ciekawa, popowa produkcja, będąca wizytówką Aguilery. Podobnie jak drugi singiel – “What a Girl Wants”. Kiedyś bardzo mi się ta piosenka nie podobała. Dziś sądzę, że to przyjemny, chwytliwy numer. Chociaż oba te numery bardzo mi się podobają, ustępują balladzie “I Turn to You”. Christina zawsze miała talent do spokojnych piosenek, czego dowodem jest chociażby to nagranie. Cudowne. Jednak najbardziej wyrazistym singlem jest taneczne i dynamiczne “Come On Over Baby (All I Want Is You)”. Z pozostałych kawałków trzeba posłuchać “Reflection”. Ta spokojna piosenka nagrana została na potrzeby filmu Disney’a “Mulan”. Christina pokazuje w niej, jak pięknym głosem jest obdarzona. To bez wątpienia jedna z najbardziej lśniących pozycji na Christina Aguilera. Inną balladą jest “Obvious”. Łączy w sobie pop i elementy soulu. Niesamowicie mi się podoba. Stanowi piękne zakończenie całego albumu. Średnio natomiast lubię “Blessed”. To trochę zbyt nijaki, usypiający numer. Sporo miejsca na “Christina Aguilera” zajmują przebojowe, popowe utwory. Mamy chociażby bujające “So Emotional”, taneczne “When You Put Your Hands On Me” i urocze “Somebody’s Somebody”. Debiut Christiny poznałam już po zakochaniu się w “Stripped” i “Back to Basics”. Przeszkadzało mi to w pełni docenić jej wczesną twórczość. Na szczęście udało mi się spojrzeć na utwory z “Christina Aguilera” nieco inaczej. Udało mi się je docenić i polubić. To kawał porządnej, popowej muzyki. Spodobać się może każdemu. Melodie są przyjemne, teksty wcale nie głupie. A dodatkiem do tego jest świetny wokal Christiny.

W tym samym roku zadebiutowała i Britney Spears. O ile się nie mylę miała wtedy 16-17 lat. I to słychać. Niewinna, delikatna i…nudna. Podali jej jak na tacy piosenki – masz, nagraj, nie zadawaj żadnych pytań a my z ciebie zrobimy gwiazdę i jeszcze ‘trochę’ na tym zarobimy. Ok. 30 milionów sprzedanych egzemplarzy “…Baby One More Time” mówi samo za siebie. O co tyle szumu? Melodie zawarte na płycie, mimo, że są do siebie nieraz podobne, wypadają nieźle. Teksty pasują do Britney. Nastolatki będą w siódmym niebie. Duuużo o miłości (“From The Bottom of My Broken Heart”). Jednak jak patrzę na polskie tłumaczenia widzę, jak bardzo są te teksty ‘płaskie’. I must confess that My loneliness is killig me now Don’t you know I still believe That you will be here And give me a sign Hit me baby one more time (PL: Moja samotność zabija mnie (i ja) Musze odejść, wciąż wierzę (wciąż wierzę) Gdy nie jestem z Tobą tracę zmysły Daj mi znak, uderz mnie kochanie jeszcze raz). Ciekawa jest jedynie piosenka “The Beat Goes On”. Nieco elektroniczna. Podobną melodię zrobiłam kiedyś na komórce, a nie skredytowali mnie. Na albumie znajdziemy też duet. Utwór “I Will Still Love You” piosenkarka wykonuje razem z Don’em Phillipem. Nie znam go, ale w tym numerze przygniótł wokalnie Britney. Mam wrażenie, że więcej tu spokojnych numerów niż u rywalki – Christiny Aguilery. “Sometimes”, “Born To Make You Happy”, “I’ll Never Stop Loving You” czy wspomniane wcześniej “From The Bottom of My Broken Heart” mają w sobie sporą dawkę cukru. Zresztą czegokolwiek bym nie napisała o tej płycie, fani Britney wiedzą swoje. A mi pozostaje mówić, że najsłabszym elementem płyty jest…sama Britney.