TOP75: najlepsze albumy 2016 roku (75-51)

75. FOXES ALL I NEED

Pod adresem premierowych piosenek Foxes skierowałam całkiem sporo komplementów. Z „All I Need” mam jednak ten problem, że słuchanie całego zestawu na raz potrafi mnie zmęczyć. Chociaż wokalistka nie wychodzi poza obręb popowo-kołyszących melodii, zostając przy tym w bezpiecznym położeniu, odnoszę wrażenie, że brakuje jej luzu, by odpowiednio „ugryźć” te melodie. Przy muzyce pop nie warto się spinać. Jednak nie sposób nie docenić postępu, jaki Foxes zrobiła od ostatniej płyty.

74. CYNDI LAUPER DETOUR

Cyndi Lauper nie znosi nudy – taki prosty wniosek wysnuć można przeglądając (nawet pobieżnie) jej dyskografię. Muzyczne ADHD wokalistki mogło doprowadzić do tego, że spora część fanów poczuła się zagubiona. Pop, vocal jazz, blues. „Detour” to ukłon w stronę country. Lauper odrobiła lekcje i czuwała nad tym, by fani country nie poczuli się zażenowani, a jedynie tylko trochę zaskoczeni. Artystka chętnie zaprosiła do duetów ludzi, którzy z danym gatunkiem są za pan brat, co tylko podbija wartość jej nowego albumu.

73. BRITNEY SPEARS GLORY

Nie tak świetny jak „In the Zone”. Nie tak rewolucyjny jak „Blackout”. Nie tak przebojowy jak „Femme Fatale”. Nie tak beznadziejny jak „Britney Jean”. Nie posiadający nawet w połowie takiej liczby popowych hymnów, iloma wypełnione były jej trzy pierwsze albumy. Ale słucha się tego nie tylko dobrze – obcowanie z „Glory” może sprawiać przyjemność. Wadą wydawnictwa są jednak błahe teksty i mocno poprawione wokale (szczęśliwie nie ośmieszono Britney tak jak w „Scream and Shout”). Cieszy natomiast fakt, że Spears podjęła próbę odnalezienia się w 2016 roku i na niej nie poległa. „Glory” jest jej najlepszym albumem od czasów „Circus”.

72. JOJO MAD LOVE

Kiedy przesłuchałam ten album, zastanawiałam się, dla kogo on właściwie jest. JoJo musiała zaczynać od początku. Fanki, będące jej równolatkami, także mają dziś dwadzieścia pięć lat i znalazły już sobie innych muzycznych idoli. Niekoniecznie z grupy artystów obracających się w świecie pop-r&b. Najbardziej oczywistymi odbiorcami „Mad Love” są nastoletnie osoby, przeżywające dziś okres fascynacji Seleną Gomez, Arianą Grande czy Little Mix. Czy znajdą miejsce na jeszcze jedną młodą wokalistkę? Nie wydaje mi się, choć trzymam kciuki, bo panna Levesque to utalentowana bestia. Jej powrotny album nie jest płytą, która grałaby u mnie 24/7, ale w swojej pop kategorii prezentuje się nieźle.

71. MACKLEMORE & RYAN LEWIS THIS UNRULY MESS I’VE MADE

Przed hip hopowym duetem stanęło trudne zadanie – przeskoczenie „The Heist”. „This Unruly Mess I’ve Made” jest jednak naturalną kontynuacją debiutu. Macklemore wciąż nawija z zaangażowaniem o ważnych dla niego sprawach i doświadczeniach, a Ryan produkuje utwory, w ramach których nieraz z zamiłowaniem zmienia aranżację, nastrój czy tempo. O ile starszymi numerami Macklemore & Ryan Lewis zrobili tytułowy „niesforny bałagan”, tak nowymi zostawiają po sobie większy porządek. Piosenki trzymają poziom, choć nie da się ukryć, że końcówka zostawia po sobie pewien niedosyt.

70. KINGS OF LEON WALLS

Tylko dziesięć nagrań. Widocznie grupa stwierdziła, że taka ilość w przypadku płyty „WALLS” będzie najbardziej optymalna i odpowiednia do wyłożenia na stół wszystkich pomysłów na premierowe utwory. A tych wiele chyba nie było, bo słuchając lwiej części tegorocznych piosenek Kings of Leon towarzyszyła mi myśl, że mam do czynienia ze znanymi już kawałkami zespołu, ale w bardziej popowym odzieniu. Nie jestem do końca usatysfakcjonowana tym krążkiem, mimo obecności takich perełek jak „Muchacho” czy „Over”

69. TWEET CHARLENE

Tweet chciała chyba wynagrodzić nam swoją długą nieobecność, stąd niestandardowa liczba kompozycji, które trafiły na jej tegoroczne wydawnictwo. „Charlene” to jeden z tych albumów, na których ciężko wskazać zarówno wspaniałe, jak i nieudane utwory. Wszystko jest aż do bólu poprawne, i naprawdę potrzeba spędzić z krążkiem kilkanaście dobrych dni, by piosenki przestały zlewać się w jedną, długą kompozycję. Stąd też „Charlene” jest „płytą-tłem”, którą lubię włączać, gdy zajmuję się czymś innym a nie chcę siedzieć w ciszy. Ciężko jednak odmówić nowej Tweet uroku.

68. ANGIE STONE COVERED IN SOUL

Nie zdążył minąć rok a amerykańska wokalistka Angie Stone miała dla nas nowy album. Jego przygotowanie nie wymagało poświęcenia dużej ilości czasu – artystka nagrała bowiem covery. Sięgnęła po kompozycje z lat 60. i 70. (m.in. „These Eyes”, „Red Red Wine”, „It’s to Late”) a także na nowo zinterpretowała trzy swoje przeboje (m.in. nieśmiertelne „Brotha”). I właśnie ta końcówka, gdzie Stone coveruje samą siebie, wypada najlepiej, udowadniając, że jej kompozycje nie chcą się zestarzeć.

67. JAKE BUGG ON MY ONE

Płyta budzi we mnie różne emocje. Z jednej strony pojedynczych piosenek słucha się świetnie. Z drugiej jednak album jako całość sprawia wrażenie wydawnictwa chaotycznego i nie do końca przemyślanego. Ciężko wprawdzie spierać się o to, który z albumów Jake’a Bugga zawiera najdojrzalsze utwory, ale zdania nie zmienię, że „Shangri La” zawiera kompozycje łatwiej wpadające w ucho, a przede wszystkim bez problemu wpływające na mój nastrój, sprawiając, że słuchanie go nie jest czynnością bezproduktywną.

66. REBECCA FERGUSON SUPERWOMAN

W 2015 roku zachwyciła w jazzowym repertuarze. Dziś Ferguson nie chce być nową Billie Holiday. Wraca do popu – tego szlachetnego, chętnie wchodzącego we współpracę z r&b czy soulem. „Superwoman” to dobra propozycja dla osób, które tęsknią za charakterystycznymi (często brytyjskimi) głosami, wyśpiewującymi pozbawione komputerowych obróbek i ulepszeń kompozycje. Warto posłuchać, choć nie ma co nastawiać się na porcję przełomowej, zmieniającej świat muzyki. Ale za takie numery jak „Hold Me” czy „I’ll Meet You There” należą się Ferguson oklaski.

65. XXANAXX FWRD

„FWRD” miało być albumem, na którym duet zmierza dalej, chce więcej, jest jeszcze lepiej przygotowany do podbijania densflorów i – nawiązując do tytułu, będącego skrótem od słowa forward – robi duży krok naprzód. Coś nie do końca się udało. Mało która piosenka zostanie ze mną na dłużej, choć trafnym pomysłem było zanurkowanie w świat bardziej popowych melodii przy jednoczesnym ograniczeniu dream popowych wpływów. Ciekawostką się pierwsze w historii XXANAXX polskojęzyczne kompozycje. Choć ode mnie Klaudia i Michał mają dużą czekoladę za znakomite „Leaves & Petals”.

64. ALUNAGEORGE I REMEMBER

W 2013 roku mieliśmy dwa mocne debiuty spod znaku UK garage – Disclosure i właśnie AlunaGeorge. Oba są duetami i oba zdążyły już razem coś zrobić (kawałek “White Noise”). Oba też na swoich drugich albumach obniżyły loty, próbując stworzyć coś bardziej radiowego. U AlunyGeorge zmieniło się coś jeszcze – dopuścili do produkcji i pisania tekstów wielu innych twórców, co przyczyniło się do zwiększenia różnorodności wydawnictwa przy jednoczesnym zatraceniu kawałka własnego “ja”. Po przymknięciu na to oka otrzymujemy całkiem przyzwoitą płytę do zabawy i tańca.

63. SANTIGOLD 99¢

Na swojej trzeciej studyjnej płycie Amerykanka wciela się w postać obserwatora dzisiejszego społeczeństwa. Santigold nagrała piosenki o konsumpcjonizmie. Przedstawia swoje refleksje na temat komercjalizacji oraz dążenia do perfekcji i sławy. A temu wszystkiemu towarzyszą melodie kolorowe, często pogodne i łączące w sobie m.in. elektronikę, egzotyczne rytmy i nieoczywisty pop. „99¢” jest płytą prostszą w odbiorze w porównaniu do poprzedniczek, ale mniej zachęcającą do ponownego wsłuchiwania się w nią.

62. CARLY RAE JEPSEN EMOTION SIDE B

„E•MO•TION Side B” warto traktować jako ciekawostkę i dodatek do tej właściwej płyty. To wciąż porcja niezłego popu, ale pozbawiona takich smaczków jakimi na „E•MO•TION” były np. ejtisowe „All That” czy mięsiste, elektroniczne „Warm Blood”. Pop od dawna nie jest moim ulubionym muzycznym gatunkiem, ale jeśli jest dobry i porządnie wykonany, to czemu mieszać go z błotem? Tym bardziej, że taka Carly Rae Jepsen w swoich ostatnich kompozycjach lubi sięgać po brzmienia lat 80. i 90., stając się najlepszą przedstawicielką, nazwijmy to, retro popu.

61. BIRDY BEAUTIFUL LIES

W wywiadach Birdy chętnie mówi o tym, że nie jest buntowniczką i że źle by się czuła w roli kontrowersyjnej gwiazdy estrady. Za słowami idzie i muzyka. Twórczość Brytyjki jest bardzo grzeczna. Momentami aż za bardzo, bo od tego w końcu „rzut beretem” do przesłodzenia. Na szczęście młoda wokalistka z gracją łączy indie pop z folkowymi melodiami, śpiewając o różnych odcieniach miłości. „Beautiful Lies” potrafi jednak w połowie zmęczyć swoim niezdecydowaniem. Chciałabym, by w przyszłości Birdy wybrała, czy wciąż w jej duszy grają młodzieżowe numery, czy może znacznie dojrzalsze kompozycje. Tak czy inaczej płyta trzyma poziom.

60. M.I.A AIM

„AIM” należy do tych płyt, które podczas pierwszego spotkania w ogóle nie zachwycają. Potem jest wprawdzie lepiej, ale piąty studyjny album M.I.A. nie zbliża się do swoich poprzedników choćby o milimetr. Same piosenki to niezłe produkcyjne popisy, z których kilka potrafi zapaść w pamięć. Uwiera za to ich zachowawczy charakter. Gdzie podziały się te niuanse, które wyróżniały muzykę M.I.A. z tłumu? Krzyki? Hałasy? Bogate orientalne motywy? Irytujące, hałaśliwe dźwięki? „AIM” to album bezpieczny i odpowiedni dla osób, które dotąd trzymały artystkę na dystans. Fani niestety mogą być zawiedzeni. Ale może właśnie taka chwila odpoczynku była M.I.A. potrzebna?

59. SUICIDE SQUAD (SOUNDTRACK)

To zbiór ciekawych, czasem nawet zaskakujących kompozycji, okraszonych najczęściej mocnymi, wyrazistymi melodiami, których tematyka kręci się głównie wokół ludzkiego szaleństwa i obłąkania. Na płycie króluje hip hop, choć twórcy albumu nie zapomnieli i o innych gatunkach, trzymając jednak daleko od siebie piosenki słodkie i banalne. Na początku ten rozrzut może sprawiać wrażenie czegoś chaotycznego i niekontrolowanego, ale po obejrzeniu filmu odbieram go jak próbę pogodzenia różnych charakterów i osobowości. Zupełnie jak w filmowym legionie.

58. IMANY THE WRONG KIND OF WAR

Wyglądałam „The Wrong Kind of War” z głową pełną oczekiwań. Imany ponownie okazała się być osobą, która wraz z muzyką sprzedaje szczerość i prawdę. Ciągle ma ten sam szacunek do dźwięków. Gdybym miała wybierać – nadal jestem zauroczona debiutem. Tegoroczne wydawnictwo w połowie zaczyna mnie męczyć, choć osobno mam ochotę często wracać do niemalże każdej kompozycji. Stylistycznie nie odbiegają od znanych już piosenek artystki. To wciąż soul przemieszany z bluesem. Brzmiący mało nowocześnie, ale szybko trafiający do serca słuchacza. Ozdobą tych smutniejszych, idealnych na jesienne wieczory kawałków jest charakterystyczny wokal Imany.


57. BANKS THE ALTAR

To nie moja muzyka się zmieniła, lecz ja sama – tak w jednym z udzielonych niedawno wywiadów mówiła wokalistka. Rewolucji w brzmieniu nie ma, gdyż „The Altar” jest naturalnym następcą „Goddess”. BANKS wciąż miesza alternatywne r&b z elektroniką i dark popem. Niespodzianki nie są domeną Amerykanki, co jednak nie przeszkadza w zasłuchiwaniu się w jej najnowszych kompozycjach. Chwilami jednak ta powtarzalność zaczyna mnie męczyć. Lekiem na nią są przyjazny, nieraz lekko zniekształcony wokal BANKS i tematy, które porusza w swoich utworach.

56. LION BABE BEGIN

Płyta „Begin”, jak sam tytuł zresztą wskazuje, jest pierwszym longplay’em w karierze amerykańskiego duetu. LION BABE chętnie miksują r&b, neo-soul i elektronikę. Przyznam szczerze, że po „Begin” spodziewałam się czegoś innego. Żywiłam przekonanie, że duet chętnie podzieli się z nami większą liczbą utworów przypominających singlowe „Jump Hi” czy „Where Do We Go”. Myślałam, że będzie tanecznie, skocznie, po prostu imprezowo. Piosenek mających rozruszać nasze kości jest tu niewiele, ale ciężko mi się na LION BABE gniewać, jeśli spokojniejsze kompozycje stoją na wysokim poziomie. Warto ich obserwować.

55. RAY LAMONTAGNE OUROBOROS

Amerykański facet z gitarą był sensacją 2004 roku, zaliczając głośny debiut albumem “Trouble”. Wraz z premierą “Till the Sun Turns Black” (2006) przyszedł spadek popularności. Kolejne albumy Ray’a są mi jeszcze nie znane, ale ciekawą rzeczą było odkrywanie wydanego w 2016 “Ouroboros” i obserwowanie różnic między nową płytą a wspomnianym krążkiem sprzed dziesięciu lat. Wielkiej rewolucji nie ma. To wciąż folkowe, akustyczne granie, chętniej niż wcześniej wzbogacane elektrycznymi gitarami i osnute lekko psychodelicznym klimatem.

54. TINASHE NIGHTRIDE

Szarpała się z wytwórnią kilka miesięcy, ale w końcu się udało. W listopadzie Tinashe niespodziewanie wydała swój drugi album, który początkowo jako „Joyride” ukazać miał się jeszcze w zeszłym roku. Płytę zapowiadały co jakiś czas nowe, wtórne single, które kazały mi obawiać się kolejnego dzieła Amerykanki. „Nightride” pozytywnie jednak zaskakuje. Szczególnie do gustu przypadł mi ciemniejszy początek albumu, który faktycznie nadaje się do tytułowej nocnej jazdy opustoszałymi ulicami dużego miasta.

53. GWEN STEFANI THIS IS WHAT THE TRUTH FEELS LIKE

Do trzeciej solowej płyty Gwen Stefani podchodziłam bez żadnych oczekiwań. Pomyślałam – posłucham z ciekawości. Świetnie jest się czasem tak miło zaskoczyć. Artystka ponownie udowodniła, że jest w stanie robić muzykę, której chce się słuchać. Na „This Is What the Truth Feels Like” pop jest podstawą do eksperymentów. Może mniej odważnych aniżeli na „L.A.M.B.”, ale wciąż potrafiących postawić Amerykankę w gronie najciekawszych kobiecych postaci na światowej scenie.

52. THE LAST SHADOW PUPPETS EVERYTHING YOU’VE COME TO EXPECT

Osiem lat to kupa czasu. A właśnie tyle kazali na swoje drugie wydawnictwo czekać The Last Shadow Puppets – duet tworzony przez znanego z Arctic Monkeys Alexa Turnera i muzyka Milesa Kane’a. Pochłonięci własnymi projektami dopiero niedawno zaleźli czas na reaktywację TLSP. “Everything You’ve Come to Expect” jest dla mnie płytą, która (takie odnoszę za każdym razem wrażenie) powstawała w luźnej, swobodnej atmosferze. Bez spiny. Bez trzęsienia się nad każdą piosenką. I to czuć. Chociaż na albumie króluje mocniejsze, rockowe brzmienie, łatwo się przy serwowanej przez Alexa i Milesa muzyce zrelaksować.

51. REBEKA DAVOS

Stylistycznie to, co otrzymaliśmy na „Davos”, nie odbiega od brzmień znanych z „Hellada”. Rebeka ponownie zanurkowali w świat elektronicznych, synthpopowych melodii, które na koncertach sprawdzają się świetnie. Druga płyta duetu prezentuje nam jednak mroczniejsze i bardziej melancholijne oblicze Iwony i Bartosza. Przedsmak tego otrzymaliśmy już na epce „Breath”. Kontynuacja wyszła zespołowi na dobre, a niewielka liczba utworów (dziesiątka) sprawia, iż krążek się niepotrzebnie nie dłuży.

4 Replies to “TOP75: najlepsze albumy 2016 roku (75-51)”

  1. W moim przypadku o wyborze piosenki zdecydowała statystyka (last.fm) i ładunek emocjonalny, który spowodował, że po pierwszym razie tę piosenkę odrzuciłem, po czym po kilku tygodniach dostałem od niej po głowie. Właśnie dla takich momentów warto słuchać muzyki, chociaż dla osoby postronnej ten sam kawałek może niewiele znaczyć.

    Z Twojego zostawienia powyżej, najbardziej do mnie przemówiło to, co napisałaś o LION BABE, bo odczucia miałem bardzo podobne. Naprawdę słychać, że ich płyta jest mocno dopracowana, ale niestety brakuje tego “wow”, które towarzyszyło pierwszym singlom, z “Where Do We Go” na czele.

    A w odpowiedzi na Twoje pytanie – tak, tak sobie teraz myślę, że zrobię z albumów jakies Top 3, może nawet Top 5 🙂

  2. Płyta Gwen mnie bardzo zawiodła, co prawda jest tam kilka dobrych kawałków, ale to trochę za mało.
    Myślałam, że Macklemore & RL będą jakoś wyżej, krążek nie jest tak rewelacyjny jak ,,The Heist”, ale również utrzymuje dobry poziom.
    Soundtrack do Legionu Samobójców również mi się podoba, ciekawy zbiór kawałków.

    Nowa recenzja: Fifth Harmony ,,7/27″. Zapraszam, http://www.Music-Rocket.blogspot.com

  3. Britney rzeczywiście zaskoczyła. Co do Mad Love jak i This Is What the Truth Feels Like uważam, że są okropnie słabe. The Altar wyłączyłam po paru piosenkach – taka muzyka nie jest dla mnie. A soundtrack do Suicide Squad jest genialny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *