RECENZJA: Sophie Ellis-Bextor “Hana” (2023) (#1401)

Wokalistka Sophie Ellis-Bextor, która przed wieloma laty była jedną z najjaśniejszych gwiazd brytyjskiej sceny tanecznej, od dłuższego czasu traktuje podróże po świecie jako źródło inspiracji. Po wizycie na terenach Wschodniej Europy (album “Wanderlust”) i Meksyku (“Familia”) artystka ponownie wybrała się na drugi koniec świata. Tym razem wylądowała w Japonii i daje nam znać, że rozkwitła niczym pąki wiśni, które przyciągają w tamte rejony Azji tłumy turystów.

Z pewnością to znacie – nie przesłuchaliście jeszcze jakiejś płyty, ale już macie o niej pewne wyobrażenia. Podobne odczucia towarzyszyły Sophie przed jej wizytą w Japonii. “Hana” brzmi jak mój pomysł na to, jak może wyglądać miejsce, do którego za chwilę dotrę – mówi po premierze swojej siódmej studyjnej płyty Brytyjka. Także i ja na wieść o japońskim krążku Ellis-Bextor miałam w głowie różne wizje. Spodziewałam się płyty neonowej, mieniącej się całą feerią barw, krzykliwą, nieco nawet dziwaczną. Tak wyobrażam sobie tamten kawałek świata. “Hana” tymczasem skręca w zupełnie innym kierunku.

Sophie tak dobrała otwierającą i zamykającą album piosenkę, że w przypadku tej pierwszej ciekawość zżera, co znajdziemy dalej, a ta druga pozostawia niedosyt. Jedną z nich jest syntezatorowe, przestrzenne “A Thousand Orchids”, w którym to wokal Brytyjki brzmi bardzo uroczyście. Zaś utwór wieńczący płytę, “We’ve Been Watching You”, to świetny popis psychodelicznego, elektroniczno-oldskulowego popu. Pomiędzy znajdziemy sporo kompozycji, w których wokalistka łączy synth popowe inspiracje z bardziej alternatywnym graniem. Kto chce pobujać się przy popowych, euforycznych dźwiękach, ten zerknąć powinien na takie nagrania jak rozpędzone “Everything Is Sweet”; zahaczające o disco “Reflections”; wpadające w ucho “Beyond the Universe”; żonglujące tempem “Hearing in Colour” czy w końcu gitarowe “Breaking the Circle”.

Perełką jest alt rockowe “Until the Wheels Fall Off” traktujące o miłości, która przetrwa wszystko. Piosenka ta przypomniała mi o fakcie, że na samym początku muzycznej kariery Ellis-Bextor była członkinią indie rockowej formacji Theaudience i naprawdę nie miałabym nic przeciwko, jakby takie brzmienia przemycała do swojej solowej twórczości częściej. Gitara w swoim akustycznym wydaniu przenika “Tokyo” – spokojna, nastrojowa kompozycja jest jednym z największych zaskoczeń na “Hana” i najlepszym przykładem tego, że moje wyobrażenia o japońskim krążku artystki mogę włożyć między bajki. Utworowi “Tokyo” daleko bowiem do chaosu, w jakim pogrążone jest to miasto. Odprężenie przynosi także wiosenny numer “Lost in the Sunshine”.

Po latach odgrzewania starych numerów Sophie Ellis-Bextor gotowa była na zaprezentowanie nam swojego kolejnego oblicza. Czy nowego? Nie do końca, gdyż na “Hana” brytyjska wokalistka nie odkrywa terenów, na jakich jej stopa jeszcze nie stanęła. Ona raczej podbiera to, co najbardziej jej się podoba z synth popu i gitarowych klimatów. Nie daje to efektu jakoś bardzo spektakularnego, ale i nie ma klapy. “Hana” jest po prostu kolejnym dobrym krążkiem dojrzałej artystki, która nie ma ochoty się z nikim ścigać. Ona powoli smakuje świat. To jaki kierunek obieramy następnym razem?

Warto: A Thousand Orchids & We’ve Been Watching You

_____________

Read My LipsShoot from the HipTrip the Light FantasticWanderlustFamilia

One Reply to “RECENZJA: Sophie Ellis-Bextor “Hana” (2023) (#1401)”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *